środa, 31 maja 2017

Rosencrantz i Guildenstern nie żyją, czyli wybierz się do teatru

Bakcyla teatralnego złapałem jakby na nowo w roku ubiegłym, mocno się zintensyfikowały moje wypady w różne miejsca i nawet wyjazdy na konferencje nie mogą się obyć bez tego punktu (za tydzień Teatr STU w Krakowie). Wspominając o teatrze nie mogę jednak zapomnieć o niesamowitej frajdzie jaką dają mi okazje do oglądania spektakli (głównie z Londynu) na dużym ekranie. To doświadczenie bliższe właśnie teatrowi niż kinu, a ci co ze mną byli, potwierdzają, że emocje i frajda wcale nie jest dużo mniejsza.
Dziś kolejny spektakl w kinie Atlantic w ramach pokazów National Theatre Live (kto ma wolny wieczór niech wbija). Daniel Radcliffe na scenie i to w komedii? Ciekaw jestem bardzo jak to wyjdzie.

Rezerwuję więc tu miejsce, może jutro wrzucę już recenzję. I tym samym zamykam miesiąc maj - po raz kolejny zgodnie z planem - jedna notka dziennie. I tak już 2343 razy...



wtorek, 30 maja 2017

Ziemia kłamstw - Anne B. Ragde, czyli bliscy, a jakby obcy

Rany, jakie to jest inne od lektur z ostatnich miesięcy. Przyzwyczajony do tego, że non stop coś się dzieje, buduje się napięcie (ech to uzależnienie od kryminałów), nagle znajduję się jakby w zupełnie innym świecie. Można by zażartować, że podobnym do telenoweli brazylijskiej, tyle, że tam non stop coś się mówi, gra, wywala na zewnątrz emocje (niekoniecznie prawdziwe). Przenieśmy się jednak do chłodnej Norwegii... Wydawnictwo Smak Słowa już kiedyś zaskoczyło mnie powieściami Henriksena (sprawdźcie tu albo tu), ale tu jeszcze bardziej doświadczyłem tego jak wciągająca może być lektura, w której prawie nic się nie dzieje. Wszystko jest takie zwyczajne, jednak im bardziej się temu przyglądamy, tym mocniej wchodzimy w tę opowieść.
Przyznaję się bez bicia: gdy czytam saga rodu..., to od razu mam skojarzenia z rozciągniętą na kilka pokoleń, pełną dramatów, wielkich radości i smutków historią, która zwykle rozgrywa się jeszcze na tle równie ciekawych przemian kraju, społeczeństwa.
Zapomnijcie. Powieść Anne B. Ragde wcale taka nie jest. A mimo to...

poniedziałek, 29 maja 2017

Bóg nie umarł 2, czyli wytoczmy działa

Gdy pisałem o pierwszej części, która w USA zrobiła sporo zamieszania, mocno wkurzałem się na uproszczenia i zadałem pytanie: po co? Ale po obejrzeniu drugiej części (która też nie jest wolna od wad), chyba zaczynam rozumieć potrzebę tworzenia takich filmów. Od dłuższego czasu słychać opinie, że kino, kultura nie tylko nie pokazują wartości, ale wręcz je starają się deprecjonować, ośmieszać. Teatr, film, czy inne sposoby artystycznej wypowiedzi im bardziej negują wiarę, pokazują ją w karykaturalnym świetle, tym większe brawa zbierają od krytyków, którzy mówią: wreszcie, odważne, świeże itp. Ślepy by nie dostrzegł, że sztuka wpada w tę samą pułapkę, którą krytykuje: kiedyś nie wolno było krytykować rzeczy chrześcijańskich, dziś nie wolno antychrześcijańskich. Wierzący czują się atakowani, obserwują jak świat się zmienia, nie chcą się z tym pogodzić, więc z tego "syndromu oblężonej twierdzy" rodzi się też język jakiego używa się do mówienia o tym co ich otacza, o potrzebie walki, męczeństwie, prześladowaniach itp. W pewien sposób to rozumiem, choć nie do końca zgadzam się z oceną tego co się dzieje i postawami, które mają stanowić odpowiedź na zagrożenie (np. każda krytyka jest niesłuszna, jest atakiem na wiarę, każdy kto nie przejawia postawy bojownika sam jest lewakiem, skażonym ateizmem i laicką papką medialną itp.). Jedna i druga strona bywa tak zacietrzewiona w swoich poglądach (druga strona nie lepsza wmawiając, że każdy duchowny to pedofil, złodziej, kłamca itp.), że nie ma tam wcale przestrzeni na dialog, na szacunek dla drugiego człowieka, na próbę zrozumienia. I to jest też mój podstawowy zarzut dla tego filmu.

niedziela, 28 maja 2017

Świadectwo prawdy - Jodi Picoult, czyli morderstwo w raju

Nie bardzo rozumiem fenomen po.pularności Jodi Picoult, przynajmniej jeżeli chodzi o książki. Faktycznie świetnie nadają się na przerobienie na scenariusz i to chyba jest głównie ich siłą (to tak jak np. z Grishamem), autorka stara się poruszać jakieś trudne, etyczne problemy, ale w warstwie fabularnej, budowie postaci, to jej pisarstwo jest po prostu straszliwe mierne. Gdyby oddzielić dialogi i sposób myślenia bohaterów od sprawy, z którą się zmagają, to ta pozostałość niewiele różni się od harlequinów.
W "Świadectwie prawdy" (ekranizacja już jest) akcję osadziła w wiosce Amiszów i to właśnie okazja do tego by poznać troszeczkę ich kulturę i zwyczaje, sprawia, że raczej nie żałuje się lektury tego tytułu, nawet jeżeli od początku przewidywało się kierunek, w jakim to wszystko ma potoczyć.

Polskie kino próbuje poszukiwać, czyli Córki Dancingu i Demon





W ostatnich dniach jakoś dużo chętniej zalegałem z lekturą, kompletnie olewając pisanie na blogu, przecież jednak zarzucić tego nie warto. Po tylu notkach, po tylu latach? Może będzie więc krótko, ale za to szykuje się przynajmniej jedna ciekawa lektura do opisania w najbliższych dniach. 
A dziś kontynuacja dwupaków z filmem polskim. 
Rzadko kiedy u nas krytycy i widzowie zgadzają się w ocenach - ludzie lubią rzeczy proste, a znawcy kina ich nie cierpią, stąd może sytuacje, że coś jest chwalone w prasie, a ma znikomą oglądalność (i na odwrót). Twórcy też chyba mają z tym kłopot, bo muszą starać się przypodobać albo jednym, albo drugim. I dziś dwa przykłady tego, że coś może być totalnie olane przez widzów, choć zasługuje na uwagę.
Twórcy "Córek dancingu" i "Demona" stwierdzili chyba, że wolą zrobić coś oryginalnego, coś swojego, niż starać się przypodobać widzowi. W efekcie mamy filmy, które są interesujące, choć nie bez wad - za granicą pewnie by je ciut dopracowano i miałyby szansę na sukces, bo wartość artystyczna rzadko tam wygrywa z komercyjnym potencjałem (wykładający kasę już o to zadbają)


sobota, 27 maja 2017

Czarny manuskrypt - Krzysztof Bochus, czyli przed burzą

Kolejny bardzo smakowity debiut. Wydawnictwo Muza ma dobrą rękę do takich spraw (Kalinowski, Herman), dopisuję więc kolejne nazwisko do tych, które warto śledzić. "Czarny manuskrypt" jest bowiem nie tylko niezłym kryminałem retro, ale daje też szansę na ciekawą kontynuację, z ciekawym bohaterem i jeszcze ciekawszym tłem. 
Zawsze przy kryminałach z historią w tle, wychodzi dość szybko na ile autor jedynie naśladuje pewną modę, zmieniając jedynie dekoracje przy trupach, a na ile rzeczywiście ma coś ciekawego do opowiedzenia. Krzysztof Bochus wybrał nie tylko ciekawy okres historyczny, miejsce, ale również interesującą perspektywę. Co prawda można wskazać, iż to Krajewski jako pierwszy uczynił bohaterem i sprawił, że polubiliśmy grubiańskiego policjanta pochodzenia niemieckiego, ale tam wszystko było jakieś inne (i nawet nie o to jedynie chodzi, że bardziej mroczne, brudne). Mock fascynuje swoją osobowością, ale i drażni, radca Christian Abell z powieści Bochusa ma zupełnie inny charakter. Inne są też same miasta: Wrocław był tyglem narodowości, miał zupełnie inną atmosferę niż niemieckie Pomorze, gdzie toczy się akcja "Czarnego manuskryptu". Tu policjanci nie mają doświadczenia w prowadzeniu jakichś większych spraw, nie są tak mocno uwikłani w politykę, w jakieś interesy, wszystko ma mniejszą skalę, ludzie żyją jakoś spokojniej, innym tempem. Może dlatego dwa następujące po sobie morderstwa duchownych, tak mocno wstrząsnęły mieszkańcami. Przełożeni Ablla jak najszybciej chcieliby zakończyć sprawę i wskazać sprawcę. Dodajmy: najlepiej takiego, który by jakoś wpisywał się w nastroje społeczne. 

czwartek, 25 maja 2017

Burton mistrzem jest i basta, czyli Edward Nożycoręki i Gnijąca Panna Młoda

Tim Burton. Rany jak ja lubię tego gościa. Niewielu jest reżyserów, którzy mają jakiś swój tak unikalny styl i pomysły, że potrafią zaskakiwać nie jednym, nie kilkoma, ale całą serią świetnych obrazów, które przechodzą do klasyki. Może mniejszym entuzjazmem pałam do jego nowych dzieł, ale to już niestety problem nie tylko jego (czyli jak dorównać bardzo wysoko postawionej poprzeczce), ale i mój (piszę o tym coraz częściej - dużo lepiej słucha i ogląda mi się rzeczy sprzed lat).
Dziś więc dwa klasyki Burtona, a w planach jeszcze kolejny oryginał, czyli Anderson. Powoli nadrabiam sobie filmografię wielkich reżyserów :) No bo jak - ponad 1000 notek filmowych, a brakuje w nich filmów, które absolutnie warte są zobaczenia? Nie może tak być. Niektóre oglądam więc po raz n-ty, choćby po to, by jeszcze raz przeżyć frajdę i napisać choćby parę zdań.

Gnijąca Panna Młoda. Animowany musical? Toż to przecież kojarzy się z Disneyem i przesłodzonymi filmami dla dzieci (choć kto wie, dzieci rosną, a Disney szuka oryginalności). A tu proszę: przychodzi Burton i pokazuje historię totalnie przewrotną. Taką, w której świat żywych jest szary, pełen chciwych, zakłamanych i złych ludzi, a świat pozagrobowy jest barwny, pełen dobrych dusz i paradoksalnie również wesoły :)

środa, 24 maja 2017

Ostrze zdrajcy - Sebastien de Castell, czyli płaszcz, szpada i odrobina magii

Zanurzony mocno od kilku miesięcy w kryminały (wciąż mi się nie znudziło), gdy sięgam po inne gatunki, jestem jakiś sceptyczny. Czasem jednak zdarzają się miłe niespodzianki. "Ostrze zdrajcy" (dziś premiera - szukajcie informacji o książce np. u wydawcy, czyli Insignis) sprawiło mi masę frajdy. Chyba od czasów lektury Wegnera fantasy tak mnie nie wciągnęło. Tu w dodatku jest to dość lekkie, wypełnione akcją, więc wciąga błyskawicznie. Może dla kogoś będzie wadą fakt iż nie poznajesz za dobrze świata, w którym się to dzieje, jego geopolityki, a od razu jesteś wrzucany w wir wydarzeń, ale te realia, na poły baśniowe i średniowieczne, nie są bardzo skomplikowane. Niech się schowają wszystkie Szklane trony, Szklane miecze i tym podobne sagi. De Castell nie musi lać wody, by wypełnić 600, czy 700 stron - on daje czytelnikom esencję. I ja to kupuję.

wtorek, 23 maja 2017

Polskie kino próbuje być zabawne, czyli Panie Dulskie oraz Kebab i horoskop

Uzbierało mi się sporo rzeczy obejrzanych jakiś czas temu, znowu więc muszę sięgnąć po sposób z łączeniem różnych obrazów w pakiety. Może z tego jakiś cykl się zrobi. Na przykład o polskim kinie.
Dziś pierwsze dwie produkcje.
Panie Dulskie zachwycają obsadą i to jest mocna strona tego obrazu. Gorzej już ze scenariuszem. Filip Bajon zdaje się postanowił zabawić się we współczesną interpretację dramatu Gabrieli Zapolskiej, ale rozszerzył historię na kilka pokoleń, pokazując, że prędzej czy później wszystkie skrywane brudy i tak muszą wyjść na światło dzienne,
Co nas drażni w rodzicach, co bawi, zawstydza i czy czasem nie postępujemy w pewnym wieku wobec swoich dzieci prawie identycznie. Może wydaje się nam, że tak właśnie będzie stosownie, bezpiecznie, bez naruszania fundamentów rodziny. Bo ta jest świętością i nawet błędy należy wybaczać (przynajmniej na zewnątrz), a wszystkich w ryzach trzymać choćby krzykiem, zastraszaniem, szantażem emocjonalnym. Co tam uczucie...

poniedziałek, 22 maja 2017

1976: A space Odyssey - Zbigniew Wodecki, Mitch&Mitch, czyli będziemy wracać


A niech mnie. Na profilu Notatnika na FB coraz częściej wspominam ze smutkiem kogoś z wielkich artystów, którzy odchodzą. I słowo: wielki nie jest tu dla mnie przesadą, choć to raczej artysta, którego lubili moi rodzice. Fakt, że słucham trochę innej muzyki, nie znaczy, że nie szanuję gościa, który od tylu lat był na scenie, komponował fajne rzeczy, nie znam jego nagrań. Przejrzałem swoją półkę i nie znalazłem tam jego nagrań (w sumie zaskoczony nie byłem), choć pewnie jakieś pojedyncze znalazłbym na kolekcji nagrań trójkowych. Pomyślałem jednak, że notka wspomnieniowa pojawi się na blogu i poświęcę ją płycie, która ukazała się wcale nie tak dawno. Dla wielu osób to było odkrycie kompozycji i talentu Zbigniewa Wodeckiego jakby na nowo. Trochę już zapomniany, nagle stał się gwiazdą również dla młodych. Dlaczego? Przecież nie chodziło w tym projekcie o jakieś remiksowanie, uwspółcześnianie, dawnych nagrań (sprzed 40 lat!), to jest zagrane prawie tak jak wtedy, brzmi oldschoolowo, ale też dzięki temu jeszcze bardziej docenia się te melodie, bogactwo tych aranżacji. Młodzi muzycy bawią się tym, ale i podchodzą z jakimś respektem do tych utworów, wkładają w to całe serce.

niedziela, 21 maja 2017

W kryminale liczy się nie tylko zbrodnia, czyli Midnight Sun i W pułapce

Kontynuujmy notki kryminalne. Dziś dwa seriale, a kolejne przecież w oglądaniu. Jeden ze Szwecji, drugi z Islandii, a oba wciągają nawet nie tyle samą fabułą, co scenerią w jakiej się rozgrywają. No po prostu palce lizać. Jeżeli ktoś potrafi dobrze wykorzystać atmosferę miejsca, pokazać specyfikę społeczności i czasem egzotyczne dla nas warunki życia, potem nie trzeba dużo wysiłku, żeby zainteresować widzi. 
W Midnight Sun co prawda mamy więcej niż jednego trupa, więc tempo cały czas rośnie, ale bywa, że wystarczy do prowadzenia intrygującego śledztwa jedna zbrodnia, wypadek, zaginięcie...
Szwedzi umiejscowili akcję w Laponii i naprawdę można zakochać się w tych krajobrazach. Wszystko w pełnym słońcu, które świeci nawet w nocy, bez śniegu, jaki zwykle kojarzy nam się z odległą północą, wcale też nie mamy do czynienia z jakimś pustkowiem, bo duża cześć wydarzeń dzieje się w sporym miasteczku, w którym funkcjonuje też wielka kopalnia.

sobota, 20 maja 2017

Czas Herkulesów - Marcin Wroński, czyli pijak, brutal, leń, a jednak również dobry glina


Marcin Wroński. Czas HerkulesówBędzie mi brakować Zygi Maciejewskiego. Cholercia, co prawda jeszcze przed nami zbiór opowiadań, ale te powieści były naprawdę świetną lekturą. Każda trochę inna, ale wszystkie klimatyczne, takie kryminalne retro w bardzo dobrym wydaniu. W odróżnieniu od Mocka, zawsze było u Wrońskiego trochę miejsca na humor, no i sam bohater był jakiś taki bardziej swojski, ludzki. Często lawirując między głupimi rozkazami i "słuszną" linią śledztwa, a swoim sumieniem, pomiędzy różnymi światopoglądami i ideami, starając się zachować zdrowy rozsądek, po prostu próbuje dobrze wykonywać pracę policjanta. Dodajmy do tego jeszcze ten region, trochę zapomniany w literaturze: Zamość, Lublin, czy choćby tak jak w tej powieści Chełm... Zdecydowanie da się napisać dobrą powieść, pełną smakowitych detali i nie musi być ona od razu o jakimś wielkim mieście.
O ile przy ostatniej powieści Wrońskiego postawiłbym chyba jedynie 4 z plusem, to tu moja ocena na pewno byłaby wyższa. Choć komisarz nie jest na swoim terenie, wciąż ma wrażenie, że jest robiony w konia, to jednak charakter ma wciąż taki sam i nie ma zamiary odpuścić.

Święta Joanna, czyli pójdziemy za tobą, ale tylko kawałek


Kolejne przedstawienie z Londynu, oglądane na małym ekranie i znowu lekcja tego jak można o historii opowiadać współczesnym językiem, z pomysłem, w poruszający sposób. Św. Joanna walcząca z Anglikami o wyzwolenie swojego kraju, staje się symbolem walki o inne wartości, a jej śmierć dowodem na to jak możni tego świata załatwiają wszelkie problemy mogące zagrozić ich władzy.
A wszystko to na malutkiej scenie (Donmar), przy minimalistycznej scenografii (jedynie stół i krzesła). W dodatku cała ta historia sprzed wielu lat rozgrywa się praktycznie we współczesnych strojach. Żadnych bitew, a zamiast nich narady przy biznesowym stole. Czy da się opowiedzieć w taki sposób o świętej wojowniczce? Ano da się.

piątek, 19 maja 2017

Sekretne życie drzew, czyli z dedykacją dla ministra Szyszki

Tym razem z audiobookiem nie trafiłem. Będę musiał wrócić kiedyś do tej książki, bo ewidentnie pewne fragmenty były fascynujące, ale gdy się tego słucha, a nie ma możliwości oglądać, człowiek trochę traci wątek i połowa ciekawych rzeczy ucieka drugim uchem. Gdyby się czytało, zwłaszcza tę wersję albumową (widziałem! jest śliczna!), pewnie dużo więcej by zostało w głowie. A może jednak e-book, żeby nie pozbawiać życia kolejnych drzew?

Przy słuchaniu "Sekretnego życia drzew" przypominały mi się programy przyrodnicze z mojego dzieciństwa, choćby Zwierzyniec i słuchałem tego chwilami prawie z otwartą buzią, niczym dobrego kryminału. Tyle, że jednak warto to czytać w spokoju, żeby więcej zapamiętać. Przecież w lesie dzieje się tyle zdumiewających rzeczy.
Ta gawęda nawróconego leśnika (nawróconego, bo do swoich poglądów, że las najlepiej zostawić w spokoju, a nie go na siłę uzdrawiać lub uprawiać, dochodził czas jakiś), powinna być przerobiona na podobny program, który byłby puszczany nie tylko w telewizji, ale np. w szkołach na lekcjach biologii. Czy rozumiemy bowiem czym jest las? Jak żyją drzewa? Czego potrzebują? I najważniejsze: jak wiele nam dają...

czwartek, 18 maja 2017

Petardy księdza Kaczkowskiego, czyli coś po sobie zostawić

Wczorajszy koncert w Proximie był fantastyczny z różnych powodów: artystycznych, duchowych, społecznościowych. Zebrać tylu różnorodnych artystów, którzy zagrają za darmo, by przysłużyć się sprawie wymyślonej przez księdza katolickiego - to przecież dziś mało popularne. A jednak ksiądz Kaczkowski miał taką charyzmę, że nawet niewierzący doceniają to co robił i chętnie przyłożą swój kamyczek do dzieła. Artyści nie zawiedli. Szkoda, że mimo iż koncert był darmowy (z zachętą wrzucania do puszek i udziału w licytacjach) ludzi było tak mało. Jednak ci którzy byli, mogą potwierdzić: atmosfera była świetna.

wtorek, 16 maja 2017

The Circle. Krąg, czyli jak to jest dzielić się czymś z innymi

Najpierw ukłony dla kina Atlantic za możliwość oglądania przedpremierowo różnych rzeczy (ten film jeszcze w czwartek), a zaraz potem recenzja, która w sumie nawet nie wiem czy będzie do końca pozytywna i wszystkich przekona.
Nie jest to bowiem film, który by jakoś powalał: aktorstwem, scenariuszem, zdjęciami... Nawet trudno by było go nazwać odkrywczym. Tyle, że jednak w pewien sposób myślę, że jest on ważny - pokazuje bowiem kierunek przemian jakie obserwujemy, których moje pokolenie się jakoś obawia, chciałoby przestrzegać przed zagrożeniami. The Circle pokazuje moim zdaniem coś ważnego, o czym warto rozmawiać, przemyśleć to sobie, pójść do kina razem z jakimś starszym nastolatkiem, młodym człowiekiem, który pewnie patrzy na rzeczywistość podobnie jak bohaterowie tego filmu. Dla nich Internet jest oczywistością. Oni nie znają świata bez tych wszystkich nowinek, technologii, więc nawet jeżeli na chwilę przychodzi jakaś refleksja, że być może coś jest nie tak, albo że tego jest w naszym życiu za dużo, zaraz potem i tak sięgamy po jakiś elektroniczny gadżet, żeby tą naszą refleksją podzielić się z innymi.


poniedziałek, 15 maja 2017

The walk. Sięgając chmur, czyli dla tych kilku minut?

Chyba minęły czasy, gdy nazwisko Roberta Zemeckisa było gwarancją dobrego widowiska. Zadziwiające, że taki temat jak życiorys i wyczyny Philippe Petit'a, chodzącego na linie na ogromnych wysokościach, w filmie dokumentalnym podobno wypadał dużo lepiej (muszę teraz sprawdzić "Człowieka na linie") niż w filmie fabularnym z olbrzymim budżetem.

Jejku, może i parę scen jest ładnych wizualnie, kilka jest zabawnych, czy trzymających w napięciu, ale między nimi rozpina się olbrzymia przestrzeń nudy. Najgorsze chyba są komentarze Josepha Gordona-Levitta, który gra głównego bohatera - niby nic nie zdradza, ale już sam fakt, że stoi przed nami, oznacza, że przynajmniej się nie zabił, więc połowa emocji od razu znika.

niedziela, 14 maja 2017

Prus. Śledztwo biograficzne - Monika Piątkowska, czyli lęki i pragnienia

Najpierw była zapowiedź, teraz pełna notka. Postanowiłem jednak wrzucić post wcześniej, żeby zaprosić Was do słuchania radiowej dwójki, gdzie w tym tygodniu "Prus. Śledztwo biograficzne" Moniki Piątkowskiej będzie się pojawiać. Grzegorz Damięcki będzie czytał fragmenty książki, a w piątek autorka będzie gościć w audycji "Wersy i akapity". 
To co - ktoś chętny? Audycja "To się czyta" od poniedziałku do piątku (15-19.05) w godz. 9.45-10.00

Gruba cegła, masa informacji, bogate źródła i ciekawe spojrzenie na autora "Lalki". Tak chyba można by szybko streścić świeżutką książkę Moniki Piątkowskiej "Prus. Śledztwo biograficzne". Przyznaję się bez bicia: wcześniej nie sięgałem po inne pozycje na temat tego autora, moja wiedza o jego życiorysie była bardzo pobieżna, więc tezy stawiane przez autorkę były chwilami dość zaskakujące. To spojrzenie na Prusa nawet nie przez jego twórczość, co poprzez jego psychikę, traumy i doświadczenia. Czy rzeczywiście wszystko co napisał miało swoje źródło w tym co przeżył sam, lub czego był świadkiem?
Zwykle biografie zostawiają nas z poczuciem, że o kimś wiemy już więcej, że go poznaliśmy, znamy odpowiedzi na jakieś swoje pytania. Ciekawe, bo po lekturze "Prus. Śledztwo biograficzne" mam wrażenie, że ten człowiek jest dla mnie wielką zagadką i mam więcej pytań niż pewności.

Zanim spadnie deszcz, czyli przeczuwając wojnę

Szybka notka filmowa i tym razem znowu coś z kraju, o którym niewiele wiemy. Macedonia. Wyobrażam sobie, że oglądanie obrazu o kawałku polskiej historii gdzieś na zachodzie, jest dla widza równie egzotyczne, jak dla nas filmy z Macedonii, opowiadające między innymi o konflikcie między jej mieszkańcami, a Albańczykami. Film z roku 1994, nakręcony tuż przed wojną w byłej Jugosławii, oddaje w pewien sposób pewne przeczucie uśpionych demonów, jakie ciągle tkwią w ludziach na tych terenach.

sobota, 13 maja 2017

Taj Mahal & Keb' Mo', czyli ach, jak by się chciało z nimi zagrać

Recenzja Hamleta wreszcie napisana, można więc wykorzystać wolny wieczór i dłubać sobie dalej w różnych tekstach. Żona na koncert punkowy, a ja po całym dniu pracy mam ochotę poleniuchować. Poducha pod plecy, klawiatura na kolana i jazda. A w tle muzyka. I to jaka przyjemna.
Tym razem nie mam zamiaru reklamować serwisu, z którego czerpię muzę, bo w sumie każdy przecież potrafi pewnie się poruszać w sieci, w tym co legalne i sam ma swoje preferencje. Jedno wolą Spotify, a ja tam wolę...

Tym razem blues! Ale co ciekawe, choć obaj panowie grają bluesa klasycznego, to razem nagrali płytę, która jest zaskakująco popowa, przebojowa. Może to jest jakiś pomysł na promocję - nawiązanie do korzeni, zabawa pomysłami, ale generalnie wpisać się trzeba w jakiś główny nurt (nawet reggae się tu znalazło)...
Mamy więc dwóch dinozaurów, którzy weszli do studia, a zagrali tak, że młodziaki mogą się schować. To muza w której dużo klimatów znanych nam choćby z płyt Joe Cockera. Dla znawców pewnie to będą klasyki, dla mnie te kawałki są raczej nieznane, choć zdaję sobie sprawę, że panowie sięgnęli głównie po starocie.

Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz, czyli a zapowiadało się tak dobrze

Zarówno w scenariuszowej historii dla bohaterów, jak i dla mnie przed telewizorem: zapowiadało się tak dobrze. Sidney Lumet za kamerą, Philip Seymour Hoffman przed nią... A potem zamiast wciągającego thrillera kryminalnego, mamy zabawę w drobiazgową analizę przyczyn i konsekwencji.
Czyż widząc dwóch braci, którym ewidentnie kasy brakuje, nie można się domyśleć tego co się zadziało? Lumet opowiada o tym jak od drobnej rzeczy, konsekwentnie brnie się w bagno, a lęk przed karą, przed konsekwencjami, nie pozwalają na wycofanie się ze zła. No cóż.

czwartek, 11 maja 2017

Hamlet, czyli ni to klasycznie, ni to współcześnie

Prawie 4 godziny z Hamletem w Teatrze Współczesnym...
Nie zasnąłem :) Mimo, że duszno i zmęczonym strasznie.

Dlatego notka nie od razu, tylko po pewnym czasie. Ale mam nadzieję, że nie umknie Waszej uwagi.
Przedstawienie w reżyserii Macieja Englerta zostaje w głowie szczególnie dzięki kreacji Borysa Szyca, ale choć dostrzegam w nim trochę słabych stron, uważam, że teatr wykorzystał jak najpełniej swój zespół i choćby za to należą się brawa. Choć surowa scenografia i trochę uwspółcześniona wersja tekstu dramatu, pewnie kusiła, by w tej małej przestrzeni skupić się na psychologii postaci (co przez 4 godziny byłoby trudne do zniesienia), twórcy postanowili urozmaicać widzom całą historię, co i rusz wprowadzając na scenę kogoś z bogatego zespołu aktorskiego Współczesnego. Czasem w rolach drugoplanowych, choćby na chwilę, ale ponieważ to twarze znajome, od razu publiczność reaguje inaczej. I nie mówię tu tylko o Kowalewskim i Charewiczu, ale również choćby o Damięckim, Wakulińskim, Michałowskim, Garlickim. Zdarzają się i obsadowe zdziwienia, ale może na nie spuśćmy zasłonę milczenia - może źle trafiliśmy po prostu (każdy może mieć zły dzień).

środa, 10 maja 2017

Nasza klasa, czyli komu potrzebna ta prawda?

Przede mną dwa wieczory teatralne, więc pewnie notki będą pojawiać się późno w nocy. A dziś z tej okazji też notka teatralna. 
"Nasza klasa" według tekstu Tadeusza Słobodzianka i w reżyserii Ondreja Spisaka, to spektakl, o którym by można pisać długie elaboraty i pewnie i tak wszystkiego by się powiedziało. Bo to nie jest kwestia jedynie rozważania tego dramatu od strony fabuły, kolejnych scen, ich interpretacji, rozkładania ciężaru win, wskazywania na przesłanie. To sztuka, która strasznie intensywnie oddziałuje na nasze emocje. Dosłownie usztywnia nas, ściska za gardło, sprawia, że chłoniemy kolejne sceny, nawet jeżeli mamy wewnętrzny sprzeciw, by dalej to oglądać. A potem długo milczymy. Bo trudno powiedzieć cokolwiek. Wszystko brzmi jakoś banalnie. 
Nie chodzi o to, że to jest tak mocne. Niejednokrotnie teatry próbują fundować nam mocniejsze historie. Ba! Czasem nawet je pokazują. Ale tu się to wszystko przeżywa.
Może dlatego, że to tak proste, jest zarazem tak łatwe do tego, by wejść w tę opowieść. Uniwersalną, a zarazem, przecież opowiadającą o bardzo indywidualnych losach.
Dużo napisał o tym spektaklu Włodek (Chochlik Kulturalny), który już od dawna namawiał mnie do wybrania się do Teatru Dramatycznego (scena na Woli). Nie wiem czy podobnie jak on, potrafiłbym to obejrzeć więcej niż raz, ale ten jeden raz, uważam, że każdy powinien obowiązkowo. Tu już nawet nie chodzi o to, by kogoś przekonać, by w różnych dyskusjach na temat naszej historii zajmował inne stanowisko. Raczej o to, by rozumiał, że tu nawet nie chodzi o liczby, a o ludzi. Kolegów, sąsiadów, może nawet krewnych (jak to bywało również na Wołyniu, ale potem i np. w byłej Jugosławii). Bo choć nasza klasa jest o stosunkach polsko-żydowskich, to przecież podobne historie można opowiadać o innych granicach, innych miasteczkach. Mam nadzieję, że ten uniwersalny aspekt historii rozumiany jest za granicą, gdzie "Nasza klasa" jest pokazywana na wielu scenach. Bo to nie tylko sztuka o złych Polakach. Na tym miejscu może być Francuz, Węgier, Niemiec... 
Co wielka historia, presja, zazdrość, animozje, chciwość mogą zdziałać w sercach i głowach dawnych przyjaciół. Właśnie o tym jest ta sztuka.

wtorek, 9 maja 2017

Odrobina rapu, czyli Straight Outta Compton i 8 mila


Dla kogoś kto czuje rap i hip hop, wszystkie te klimaty rodem z afroamerykańskich dzielni, te filmy na pewno mogą być ważne i odbiera je zupełnie inaczej niż przeciętny widz. Domyślam się, że dla niego to gwiazdy, jak dla mnie artyści z lat 70, czy 80, ekscytuje go muza, teksty, więc cała ta otoczka tworzy mu jakąś sensowną opowieść. Gdy ja tych rytmów nie czuję, zostaje dla mnie dość prosty motyw: chłopaki z problemami, z ubogich rodzin, słuchają swojej muzy, zaczynają sami rapować, śpiewają o tym co ich otacza, jak im ciężko, zostają gwiazdami i koszą miliony. Koniec.
Można by dodać. Gdy już zarobią trochę szmalu zapominają o swych korzeniach i niby udają, że nadal są "swoje chłopy", ale więcej w tym ściemy i kreacji niż prawdy. 
Tyle, że to problem nie tylko raperów, ale generalnie wszystkich buntowników. Skoro okazało się, że na buncie można zarobić, że można stać się jego symbolem, wyrazicielem gniewu i kosić szmal, to weź i z tego zrezygnuj. Pokusa wielka. Zawsze może wmawiać, że nadal jesteś antykapitalistą, komunistą i nie zależy ci na kasie, a po koncercie czy wywiadzie wracać limuzyną do swojej willi, by odpocząć po ciężkim dniu "pracy". 


poniedziałek, 8 maja 2017

Jeden z nas. Opowieść o Norwegii - Asne Seierstad, czyli trudno uwierzyć

Jutro pierwsze ze spotkań na temat zawieszenia tego bloga i dużych zmian. Budowa nowej strony, może wejście na trochę inny poziom. Jak to było? Chciałbym, ale się boję?
Nic to. Nie zamierzam rezygnować z jednego. Nadal będę pisał to co myślę, nawet jeżeli to niekoniecznie komuś pasuje, nie jest gramotne i odbiega od standardowych recenzji. I nadal zamierzam wrzucać jeden tekst na dzień. Skoro mam o czym pisać, to czemu nie?

Dziś o reportażu, który trochę mnie wkurzył, a jednocześnie przecież zainteresował na maksa tematem. Oto opowieść o Breiviku, facecie, który dokonał chyba najbardziej wstrząsającego aktu terrorystycznego w ostatnich latach. 77 ofiar. Jeden facet. Bez wsparcia. Cyniczny. To się w głowie nie mieści. Ta książka to nie tylko próba zrozumienia jak w takim "szczęśliwym" kraju mógł zrodzić się tak potworny plan, ale i również oskarżenie, że Norwegia kompletnie nie była przygotowana na coś takiego (również organizacyjnie). 

niedziela, 7 maja 2017

Nienawistna ósemka, czyli nie pytaj tylko strzelaj

 Odświeżam sobie "Miasteczko Twin Peaks", zapycham dekoder do granic możliwości, ale jeszcze co nieco wpycham na niego innych rzeczy. Takich, które jakoś ominąłem w kinach, mając dziesiątki innych rzeczy na głowie. Z różnych wydarzeń, spotkań, premier, zapisanych i ciekawych tytułów, udaje się skorzystać może z 20%... A resztę trzeba szukać potem już np. na małym ekranie albo żałować jeżeli to wystawa lub teatr (jak np. wystawa japońskich drzeworytów). Najłatwiej z filmami. I upolowałem wreszcie najnowszą produkcję Tarantino. Django bardzo lubię, ale Nienawistna ósemka (mimo świetnej obsady) mnie niestety trochę rozczarowała.

sobota, 6 maja 2017

Dowód osobisty - Petr Šabach, czyli obywatelu proszę z nami

Notka z fotkami z wypadu do Pragi pewnie w ciągu kilku dni, a na razie kolejna lektura autorstwa Czecha. Mam jakąś fazę ostatnio na literaturę z tego kraju. I praktycznie bez pudła, bo zarówno nowe rzeczy, jak i klasyka, po prostu czytają się świetnie. Na stosie jeszcze kilka leży, a ja już zacieram ręce na myśl o buszowaniu na Targach w Warszawie. Stoisko Wydawnictwa Akurat na pewno nie pominę. Większość wydanych przez nich tytułów już znam, ale liczę na jakieś nowości. 
Petr Sabach. Która to już jego książka u mnie recenzowana? Możecie sprawdzić w zakładce przeczytane. Uwielbiam jego gawędziarski styl, lekko nostalgiczny, ale też z ogromną dawką humoru. Nic dziwnego, że tak często jego powieści z dość pokręconymi bohaterami są w Czechach filmowane. 
Tym razem opowieść (jak zwykle za szybko się kończy) kręci się wokół dowodu osobistego. Ale nie tego obecnego, plastikowego, o który mało kto pyta. Przed rokiem 89 ta książeczka była czymś cholernie ważnym, a jeszcze trochę wcześniej obywatel musiał mieć tam wpisane nie tylko miejsce zamieszkania, ale np. takie informacje jak zatrudnienie. Niby powinno się taki dokument przyjmować z dumą, jako dowód na przekroczenie pewnego progu dorosłości (choć w Czechach dostaje się go wcześniej), ale dla każdego była to też smycz, na której trzymało go opresyjne państwo.

Zimowy sen, czyli artysta jest ponad maluczkich

Są takie obrazy, które wymagają dużego skupienia, pełne ukrytych znaczeń, myśli, których trzeba się doszukiwać zarówno w obrazach, jak i w słowach, które na pierwszy rzut oka wydają się pełne frazesów. Turecki reżyser Nuri Bilge Ceylan jest na różnych festiwalach zawsze hołubiony za takie właśnie filmy. Moja znajoma określiła "Pewnego razu w Anatolii" jako najnudniejszy obraz świata, ciekaw jestem więc co by powiedziała o nagradzanym "Zimowym śnie". To po prostu kino, które trzeba lubić, oglądać uważnie i potem jeszcze układać sobie różne obrazy i własne refleksje przez czas jakiś.
Gdyby oglądać ten obraz pobieżnie, to pewnie też by znudził, zostały by w głowie niesamowite zdjęcia budynków w skałach, ta surowa sceneria zimowa. Kurort? Miejsce prawie odcięte od świata, gdzie można w ciszy medytować. To właśnie tu, w centralnej Anatolii, w górach Kapadocji, niewielki hotel prowadzi emerytowany aktor Aydin. Poważany przez okolicznych mieszkańców, sam traktując ich z wyższością, siedzi nad swoim najważniejszym dziełem: historią teatru tureckiego. Mistrza trzeba szanować, nie przeszkadzać mu, doceniać na każdym kroku, bo nie daj Boże się obrazi i wyjedzie do stolicy.

piątek, 5 maja 2017

Clashes - Monika Brodka, czyli z jakiego to filmu

Po Fryderykach jeszcze bardziej stwierdzam, że jestem nie na czasie i nie znam ostatnich produkcji, nawet jeżeli nagrali je artyści, których lubię. Trzeba nadrabiać. A może i uda się w tym roku załapać na Męskie Granie gdzieś w Polsce? Skubani zwykle mają dobrą rękę, wybierając to co najbardziej interesujące z naszej sceny muzycznej. Oczywiście jeżeli mówimy o wykonawcach gdzieś ze środka głównego nurtu. W tym roku pewnie trafi na ich sceny Monika Brodka. Ta dziewczyna odważnie eksperymentuje nie tylko ze swoim wizerunkiem, ale i muzycznie potrafi zaskoczyć, otwierając się na pomysły producentów, czy muzyków, z którymi współpracuje. I dobrze na tym wychodzi.
Słuchając jej najnowszego albumu zachodzę w głowę do jakiego filmu można by to podłożyć jako ścieżkę dźwiękową - do Finchera pewnie nie, ale do Lyncha? Oooo jak najbardziej. Może nawet nie sam głos, bo ten jest jakby z innej bajki, eteryczny, ale ta muza - normalnie do jakiegoś horroru by się to nadawało. Takiego oldschoolowego, w klimatach retro albo wiążącego różne epoki jak Knick.

czwartek, 4 maja 2017

Mały Jakub, czyli każdy dorosły kryje w sobie dziecko

9850df53-b8b1-4414-ac9f-fea2c073cd51.jpg
Podtytuł, który umieszczono na plakacie mówi tak naprawdę wszystko o tym filmie. Ale nie spodziewajcie się dramatu psychologicznego, wyciągania flaków na wierzch - Mariusz Bieliński zrobił raczej impresję poetycką, w której nie wszystko jest dopowiedziane, choć przecież tak wiele rzuca się w oczy od razu.
Samotny mężczyzna, który ma poukładane (chyba nawet aż obsesyjnie) życie, nagle odkrywa, że do jego domu ktoś się wkrada pod jego nieobecność. Gdy wreszcie przyłapie w domu małego chłopca, pod jego wpływem i w nim zajdą jakieś zmiany, obudzą się wspomnienia.

poniedziałek, 1 maja 2017

Ares, czyli kto by się spodziewał, że właśnie on stanie się symbolem

Ostatnio mniej czasu mam na chodzenie do kina, będę więc obdarowywał Was jakiś czas notkami na temat filmów z telewizji albo z sieci. Ale te drugie też jak najbardziej legalne, choćby z stron VOD. Zaglądacie do takich serwisów? Można czasem tam znaleźć nie tylko filmy kinowe zanim pojawią się na małym ekranie, ale również premiery, które w kinach nie gościły. Nie pytajcie dlaczego dystrybutorzy nie decydują się na ich wprowadzanie - jakością często nie różnią się od tego co nam się funduje. No chyba, że wychodzimy z założenia, że w kinach to tylko wielkie nazwiska, inaczej ludzie nie pójdą.
Nic to, pozostają inne kanały dotarcia. Przypominają się trochę lata 80, gdy większość produkcji szła od razu na kasety vhs, często pirackie, amatorsko tłumaczone, ale ile emocji było przy och oglądaniu. Seagal, Van Damme i masa innych stała się dla nas gwiazdami wcale nie dzięki dużemu ekranowi. Większość tamtych produkcji charakteryzowała dość prosta fabuła i masa bijatyki. Trochę się właśnie takich klimatów obawiałem gdy sięgałem po "Aresa", produkcję francuską z umięśnionym aktorem szwedzkim znanym jako Ola Rapace. Ale wiecie co? Cholera, ten film naprawdę ma fajny klimat. I udało się go uzyskać przy całkiem niedużych wydatków, co się oczywiście wyczuwa, ale  za cholerę to nie przeszkadza. Przy filmach S-F to rzadkość.