piątek, 30 marca 2018

Dylan.pl, czyli płyta, koncert i... życzenia






Jak wiele czasu potrzeba, by człek
zobaczył znów słońca blask?
I jak wiele czasu potrzeba, by człek
usłyszał znów ludzki płacz?
I jak wielu z nas musi zginąć, by człek
zrozumiał, że skończyć z tym czas?
Odpowiedź, mój bracie, unosi wiatr
odpowiedź unosi wiatr


Tym fragmentem nowego tłumaczenia tekstów Dylana przez Filipa Łobodzińskiego (chyba pora zapolować na tę książkę), rozpoczynam ostatnią marcową notkę i jednocześnie zostawiam Was z życzeniami na czas Wielkiej Nocy. Czasu dla bliskich, dla siebie na zatrzymanie się na zadumę, na docenienie tego co mamy, rozpoznawanie znaków, by nie przegapić w zabieganiu tego co najważniejsze.

A dziś notka podwójna, bo nie tylko o płycie, ale i o koncercie.

czwartek, 29 marca 2018

Chumesz Lider, czyli czy rozumiemy zwyczaje i korzenie

Dziś Wielki Czwartek, rozpoczyna się Triduum Paschalne, czyli tak naprawdę trzy najważniejsze dni, bo niedziela i poniedziałek nie są już żadnymi świętami - to co najważniejsze już się dokonało. Ciekaw jestem ilu z nas o tym myśli, zdaje sobie sprawę, próbuje analizować symbolikę tych Świąt, przyglądać się źródłom tradycji.
W tym roku wyjątkowo nie zniknę z sieci już dziś, jeszcze jedna notka czeka Was jutro, ale postanowiłem sięgnąć po trochę inne rzeczy, niż zwyczajowe dotąd lektury religijne, z którymi Was zostawiałem na ten czas. Nie tylko dlatego, że akurat się nie wyrobiłem, że czytam inne rzeczy. Może to jakaś potrzeba zmian? Mam wrażenie, że jakoś nie tyle patrzę na pewne sprawy inaczej, co dokonuje się powolny proces odchodzenia od tego co można by nazwać zewnętrznymi rytuałami. Tak jakby coraz mniej one znajdywały umocowanie w tym co wewnątrz. Od dawna postrzegałem siebie jako poszukującego, ale kiedyś źródło wydawało się dużo bliższe, nie czułem w sobie tylu rozterek. Może napiszę o tym jeszcze jutro, ale na dziś chciałbym podzielić się z Wami emocjami z kolejnego przeżycia teatralnego.
Wybieram tę notkę na dziś nieprzypadkowo. Pascha to święto żydowskie, a w naszej tradycji jakoś mało jest refleksji nad tym czym jest Ostatnia Wieczerza, nad symboliką Triduum, ogromnym bogactwem znaków, które nie są puste, ale łączą Stary i Nowy Testament. Z wdzięcznością dla tych, którzy mi to kiedyś pokazywali, z nadzieją że wciąż będę to odkrywał. Żeby wiara, słowa i gesty nie były puste...
Dziś więc o spektaklu dość wyjątkowym. Po pierwsze granym w Synagodze (i to wciąż żywym domu modlitwy), po drugie w języku jidysz. Podwójne dotknięcie kultury naszych starszych braci w wierze. Nawet potrójne, bo tekst spektaklu oparty jest również na wątkach biblijnych.

Maksymilian i Maria. Między władzą i miłością, czyli uczmy się jak to robić

Dla tych, którzy lubią kino historyczne i szukają realiów, a nie łażenie w prześcieradłach i scenariuszy pisanych jakby film miał być telenowelą, polecam miniserial "Maksymilian i Maria". Cholera, niby Austriacy nie mają takich pieniędzy jak np. Amerykanie i to widać, to potrafili zrobić film, który chce się oglądać. Czy to takie dziwne, że wolę pisać o nim, a nie o "Koronie Królów"?

środa, 28 marca 2018

Nieznośny urok PRL - Janusz Rolicki, czyli trzymać się stołka

Gdy ujrzałem okładkę "Nieznośnego uroku PRL" pomyślałem, że to będzie kryminał. Albo zabawna komedia, takie połączenie Barei i Joanna Chmielewskiej. Tymczasem to lektura rzeczywiście dość lekka, ale jej tematyka troszkę mnie rozczarowała. Mieszanka zakulisowych rozgrywek na wyższych szczeblach, dostatniego życia elit PRL, romansu jednego z dygnitarzy z dużo młodszą od niego kobietą i sensacji, w wątku gdy służby mają go śledzić. Więcej tu polityki, niż prawdziwego życia, a nawet jako satyra na ówczesnych bonzów książka sprawdza się średnio - ani oni straszni, ani śmieszni. Ot zwyczajni ludzie, którzy poświęcili różne rzeczy by wdrapać się na szczebel kariery na jakim są i pilnują żeby nie zlecieć, a może i jeszcze wyżej się załapać. Przysługi, znajomości, dupokrytki, nawet szantaże, czyli prawdę mówiąc nic nowego. Czy zaskoczeniem miał być wątek dziennikarki, która dostaje szansę na wyjazd do Berlina z delegacją rządową, a tam w dramatycznych okolicznościach przeżywa coś co zmienia jej perspektywę życiową? Gdyby to jakoś sensownie pociągnąć, może i coś z tego by i było. Rolicki jednak przeplata różne wątki, niespecjalnie chyba przejmując się tym dokąd one prowadzą i czy się kończą.

Pakt z diabłem, czyli spodziewałem się więcej

Ten film to dowód na to, że nie wystarczy dobry pomysł, znany aktor, który da twarz głównemu bohaterowi, trzeba jeszcze tą historię umieć opowiedzieć. Johny Depp nie wystarczył tym razem do sukcesu, choć jego rola jak zwykle przykuwa uwagę.  
James "Whitey" Bulger zasługiwał na dobry film, w końcu to jeden z najsłynniejszych amerykańskich gangsterów, brutalny i bezkarny, bo kryty przez FBI, któremu wystawiał swoich wrogów. Nie traktował tego jako zdradę, ale po prostu interesy, zwłaszcza że do tego układu wciągnął go jego dawny przyjaciel z podwórka. W środowisku imigrantów wiadomo, że wszyscy trzymają się razem - tak było przez długie dekady i dzięki temu różne grupy przestępcze mogły sobie spokojnie funkcjonować w swoich dzielnicach, bo byli traktowani przez społeczność jako swoi, jako opiekunowie. Jak się okazuje, mając kumpla w FBI, można przez lata mordować, handlować prochami i robić różne przekręty, byle jakaś niewielka działka skapnęła również dla niego. Irlandczycy podobnie jak Włosi trzymają się razem.

wtorek, 27 marca 2018

Żebro Adama - Antonio Manzini, czyli nie chciałbyś go za szefa

Przegapiłem pierwszy wydany u nas kryminał Manziniego, właśnie ukazuje się trzeci, a ja dopiero odkrywam, że kryminał włoski to nie tylko Camillieri i Carofiglio. Manzini jest troszkę inny, mniej u niego uroków samych Włoch, ale są za to inne fajne smaczki. Na pewno różnice między południem i północą, postrzeganie się wzajemne przez mieszkańców tych regionów, odrobina czarnego humoru oraz bardzo ciekawa postać głównego bohatera. Wicekwestor Rocco Schiavone został "zesłany" na daleką północ w Dolinie Aosty, prawie pod Alpy, bo w Rzymie narobił sobie problemów. Niby wszyscy mają go za świetnego śledczego, ale po pierwsze jest bezczelny i chamski, a po drugie jego metody działania nie zawsze są zgodne z regulaminem. Cóż, wychował się gdzieś na Zatybrzu, wciąż utrzymuje kontakty ze swoimi dawnymi przyjaciółmi, którzy wybrali zgoła inną drogę kariery niż służenie prawu. Jest świadom więc, że czasem prawo jest bezsilne, gdy nie masz silnych dowodów, gdy ktoś ma duże pieniądze, władzę lub kontakty, by się wyślizgnąć z rąk organów ścigania. A gdyby tak czasem trochę kogoś przydusić, nastraszyć, jakoś podejść, od razu uzyskuje się potrzebne informacje, bez tych wszystkich adwokatów, którzy potrafią wszystko popsuć. Można by się nawet zastanawiać co Schiavone robi w policji z takim dość swobodnym podejściem do prawa, ale on naprawdę chce łapać przestępców, jest w tym dobry, tyle że czasem lubi grać według własnych zasad.

Krzyk góry, czyli czy mam szansę na szczęście

Od początku istnienia bloga jakoś mocno ciągnęło mnie do filmów, które wcale nie są "topowe", o których piszą wszyscy, najnowszych hitach. Z wielką przyjemnością grzebię w klasyce, dokształcam się jeżeli chodzi o twórczość sławnych reżyserów, sięgam po produkcje z krajów dla nas egzotycznych. Wtedy nawet w prostych historiach można znaleźć fascynujące rzeczy.
Krzyk góry może zachwycić pięknymi zdjęciami niewielkiej wioski położonej gdzieś wysoko w górach. Tarasowo umieszczone poletka, niewielka społeczność w której słowo wójta jest święte, zamiatanie kłopotów pod dywan, a w tle historia miłosna. Nieoczywista, nieszczęśliwa, ale i poruszająca.

Artysta, czyli praca w surowym drzewie i na otwartej duszy

plakat_artysta
Kolejny spektakl w Teatrze Młyn. Miejscu, które za każdym razem doświadczam bardzo wielu wspaniałych przeżyć. Często towarzyszy mi tam zdziwienie, że w tak krótkim czasie można przekazać tak dużo, że tak prostymi słowami, czasem śpiewanymi, czasem znowu jak teraz prostymi dialogami, można uruchomić taką masą refleksji, wspomnień i emocji. Nic dziwnego, że potem chce się gadać i gadać. Zobaczcie sami.
Dziękuję M.

MaGa: Wyszedłeś z teatru uśmiechnięty, a ja z poczuciem niedosytu … czegoś mi w tym spektaklu brakowało …

Robert: Uśmiechnięty, bo po raz kolejny Teatr Młyn zafundował mi coś bardzo smakowitego. I choć często ich sztuki mają w sobie lekkość, humor, połączone ze świetnym zmysłem obserwacji rzeczywistości, tu dostaliśmy coś poważniejszego. Ten uśmiech trochę wywołany był dyskomfortem jaki u wielu osób mogło wzbudzić zakończenie sztuki, tak otwarte i chyba dość zaskakujące. Zaczęliśmy o nim rozmawiać już na schodach. A dla mnie ono było idealne, nie żadne serialowe: i żyli długo i szczęśliwie, ale pokazanie, że bohaterka dojrzała do własnych decyzji, do oceny tego co dla niej dobre. Widzimy ją trochę inną niż na początku - mniej zbuntowaną, spokojniejszą, ale jednocześnie bardziej świadomą siebie, swojej wartości...


MaGa: A wiesz, że faktycznie… Ja nie znoszę żadnych seriali i nie oglądam, więc nie bardzo wiedziałam o czym mówisz, ale jak nad tym pomyśleć to rzeczywiście… Autorka (scenariusz i reżyseria: Natalia Fijewska-Zdanowska) zamiast postawić „mocną kropkę nad i” jak w większości sztuk i książek - postawiła wielokropek.

niedziela, 25 marca 2018

Azyl, czyli czemu nie Polacy?

Oglądając ten film nie mogłem pozbyć się poczucia żalu, że Polacy w żaden sposób nie wykorzystali takiej historii i nie uczestniczyli w żaden sposób w tej produkcji, choćby w takim stopniu jak przy "Pianiście" czy "Liście Schindlera". Przecież to aż wstyd, by film opowiadający historię, z której moglibyśmy być dumni, dziejącą się w Warszawie Hollywood kręci w Pradze. Nie, nie naszej. Czeskiej.
No żal. Trochę też żal, że producenci stworzyli (chyba nie tylko z powodu braku funduszy, a co za tym idzie również rozmachu) film, który dość wiernie opowiada o wydarzeniach, ale robi to w sposób bardzo prosty, trochę "po łebkach". Ma wzruszać, ale czy rzeczywiście zapamięta się go na dłużej?
Nie czepiam się aktorstwa, bardziej scenariusza i pomysłu. Hollywood jednak właśnie tak robi filmy i trzeba kogoś wyjątkowego, by włożył w to jakąś cząstkę życia, serca i sprawił, że dana historia zostanie zapamiętana na wieki. Tu tego zabrakło.

Tresowany mężczyzna, czyli i kto ma być głową w tym związku

Najnowsza premiera w Teatrze Kamienica to kolejna komedia w ich repertuarze, ale przecież nie ma nic w tym złego - jeżeli publiczność kocha takie lżejsze sztuki, a teatr musi sam się utrzymać, musi w jakiś sposób brać pod uwagę gusta publiczności. Na szczęście ich spektakle nie są schematycznymi farsami, w których komedia kilka par wciąganych jest w komedię pomyłek, zawsze można odnaleźć w nich jakąś świeżość, pomysł, temat, który oprócz dialogów i gry aktorów będzie nas bawił.

W "Tresowanym mężczyźnie", tekście Johna von Duffela na motywach bestsellera Esther Vilar „Der dressierte Mann”, twórcy bawią się schematami postrzegania płci, rolami w związku i przemianami jakie następują w tym względzie. Coraz częściej zdarza się przecież, że młodzi żyją ze sobą bez ślubu, dlatego że tak im wygodnie, ale bez nacisku na to, że to pewno relacja do końca życia. Dla kogo to jest wygodne i czy wszyscy z takiego modelu są zadowoleni? Choć przecież wydaje się, że to idealna sytuacja dla mężczyzny, który nie czuje się do końca odpowiedzialny i w razie trudności może zwinąć manatki, to przecież młode kobiety, pozując na wyzwolone i nowoczesne twierdzą, że nic im w takim układzie nie brakuje. Tylko czy aby na pewno.

czwartek, 22 marca 2018

Demon luster - Martyna Raduchowska, czyli kocham cię do szaleństwa

Po lekturze "Szamanki od umarlaków" obiecywałem sobie i Wam, że nie będę długo odkładał sięgnięcia po kontynuację. Równie ładnie wydane wznowienie "Demona luster" kusiło. Widzę, że Uroboros szykuje też wznowienia i kontynuacje serii również innych autorek z pogranicza fantasy np. Kańtoch. No i miło, będę nadrabiał zaległości, dotąd czytałem głównie panów, to teraz korzystam z tego co interesuje starszą córkę i podczytuję panie. A piszą świetnie!
Przed sięgnięciem po "Demona luster" warto na pewno zapoznać się z wcześniejszymi przygodami Idy Brzezińskiej, bo niby tu mamy wprowadzenie w fabułę i przytoczenie finałowych zmagań bohaterki z poprzedniego tomu, ale to jednak nie to samo. Szamanka od umarlaków władowała się w nie lada kłopoty, bo próbując ratować człowieka przed nagłą śmiercią, stanęła oko w oko z potężnym demonem. Jak się okazuje jej "podopieczny", o którym śniła od dłuższego czasu eksperymentował z czarną magią, a teraz gdy sama przyłożyła rękę do jego zgonu, obiecała jego żonie przynajmniej odnaleźć i przeprowadzić na drugą stronę jego duszę. Przysięga złożona zmarłej, by mogła zaznać spokoju, ma swoją wagę - jeżeli Ida jej nie wypełni, po prostu sama zniknie, a jej dusza roztopi się w odmętach zapomnienia.

środa, 21 marca 2018

GOOD L.U.C.K. - L.U.C., czyli najlepsze przed nim

L.U.C. zawsze wydawał mi się człowiekiem pełnym energii, z masą pomysłów muzycznych, ale na dłuższą metę jednak jego eksperymentu i zabawy z dźwiękami wydawały mi się dość nużące. Zachwyciłem się w 100% dopiero chyba przy Rebel Babel, tą energią, żywiołowością. Ale powiem Wam, że jego najnowsza płytka (dopiero od kilku dni na rynku) jest równie sympatyczna. Masa pozytywnej mocy, świetne pomysły muzyczne, a w dodatku całość w dość lekkim, żartobliwym tonie. Gdy usłyszysz jak Tomasz Kot robi czajnik, to już nic Cię nie zdziwi. Niektórzy po prostu tak mają - oprócz piosenek naprawdę wpadających w ucho, sporo tu dowcipów (np. Relacja z pierwszej połowy spotkania). Same teksty również są z jajem, choć przecież mówią nie zawsze o sprawach wesołych (smutny jest żywot singla), a w dodatku do nagrywania L.U.C. zaprosił ciekawych artystów: oprócz Kota, są również Mecwaldowski, Figura, Czarnecka, Jakubik, Sarsa, Bovska. Nie byłby sobą gdyby jednak nie pobawił się trochę muzycznie, nie łączył różnych estetyk, stąd np. obecność Laboratorium Pieśni, czyli fragmentów muzyki ludowej.

wtorek, 20 marca 2018

Nigdy cię tu nie było, czyli spraw żeby ich bolało

Premiera dopiero w połowie kwietnia, ale podobnie jak inne filmy wprowadzane przez Gutek Film na nasze ekrany, pewnie będziecie mogli go upolować wcześniej na jakichś pokazach. A ja już dziś powiem krótko czemu moim zdaniem "Nigdy cię tu nie było" warto zobaczyć.
Po pierwsze:
żeby zobaczyć Joaquina Phoenixa w roli, która zaskakuje. Wrażliwy brutal. Morderca z duszą dziecka. Bezwzględny a jednak z zasadami. Sporo określeń kotłujących się w głowie, szufladek do których by się chciało jego postać włożyć i każda okazuje się trochę za ciasna. W takiej odsłonie jeszcze tego aktora nie widzieliście. 
Po drugie:

poniedziałek, 19 marca 2018

Teatr jest kobietą, czyli festiwal w Drugiej Strefie

O Teatrze Druga Strefa, czyli bardzo klimatycznym miejscu na warszawskim Mokotowie (Mordor dla wtajemniczonych) już kiedyś pisałem przy okazji bardzo dobrego spektaklu "Noc Helvera".
Tym razem w ten prawie wiosenny, a mimo to totalnie biały wieczór (miasto stało z powodu centymetra puchu), wpadliśmy tam na jeden z wieczorów festiwalu Teatr jest kobietą. I aż żałowałem, że nie mogłem zajrzeć w kolejne dni, bo każdy dzień oferował widzom coś innego. Pięć monodramów, każdy z nich o kobietach i w ustach pań. Ale przecież nie tylko dla pań (choć się spieraliśmy o to, czy facet w pełni może zrozumieć ten przekaz, czy też zrozumie go jedynie druga kobieta). A do tego jeszcze wystawa prac Marty Frej.

Fashion victim - Corrie Jackson, czyli świat mody od podszewki

Corrie Jackson, „Fashion victim”Corrie Jackson jest dziennikarką i pisząc swój debiut w dużej mierze wykorzystała swoje doświadczenie. Choć akcja "Fashion victim" dzieje się w światku modowym: projektantów, agentów, fotografów i modelek, to główną bohaterką, która prowadzi dochodzenie jest właśnie dziennikarka. Dzięki temu cała sprawa ma trochę inny klimat: chwilami trudno się połapać czy Sophie Kent bardziej zależy na złapaniu i ukaraniu sprawcy, czy po prostu na tym, żeby mieć dobry materiał dla swojego szefa. Policjanci są na drugim planie, często przez nią wykorzystywani jako źródło informacji, podążający za tropem w całkiem niezłym tempie, ale ona i tak jest zawsze krok przed nimi. I nie ma oporów, by czasem zatrzymać tylko dla siebie, by zrobić zdjęcia na miejscu zbrodni, choć tego jej robić nie wolno. Ten dodatkowy smaczek z lektury, jakim jest obserwowanie metod dziennikarskich, wydobywania informacji od świadków, kłamstw, obietnic, manipulacji i nawet szantażu, przyznam że bardzo mi się podobał. Bohaterka wkurza, ale właśnie dzięki temu jest interesująca. Zdaje się, że stanie się bohaterką kolejnej niezłej serii kryminalnej.

niedziela, 18 marca 2018

Kobiety mafii, czyli od blachary po przykrywkę


Po "Botoksie" niby obiecywałem sobie, że filmy Patryka Vegi będę omijał z daleka, ale po raz kolejny ciekawość okazała się silniejsza. I powiem Wam, że jest lepiej. To znaczy można dostrzec jakąś fabułę. I ona nawet trzyma się kupy. Ale co do moich zarzutów, które pisałem już na Notatniku wtedy, można spokojnie by powtórzyć i teraz.
Vega ma jakąś dziwną potrzebę, aby swoje filmy wypełniać scenami, które sprawiają wrażenie jakby były rodem albo z głupich dowcipów albo też z wymyślanych przez jakieś środowisko legend, takich historyjek, które mają sprawić, że ktoś się od nich odczepi i nie będzie nic chciał. Każdy gangster czy glina chce się wydawać w oczach innych bardziej groźnym, bardziej sprawnym, bezwzględnym. A Vega sprawia wrażenie jakby wierzył w te wszystkie bzdury i na dodatek jeżeli już znajdą się one na taśmie filmowej, znajduje masę ludzi, którzy również biorą to wszystko na serio. Można by scena po scenie analizować kompletne idiotyzmy i brak prawdopodobieństwa, których moim zdaniem jest pełno w "Kobietach mafii", tylko po co. To spór tych, którzy lubią taką estetykę i tych, którzy są zniesmaczeni, w którym raczej żadne nie przeciągnie nikogo na swoją stronę. Vega nie jest przecież naturalistą, świadomie przerysowuje, bawi się umieszczaniem w swoich filmach różnych scen bardziej zabawnych. O ile naturalizm i portrety może i mu wychodzą, to w różnych "dowcipach", bluzgach i sytuacjach w jakich stawia swoich bohaterów nakazując im bohaterstwo, niestety się gubi. U Tarantino, czy innych mistrzów, bawisz się od początku do końca, nie czując zdegustowania, może czasem szok. A tu? Patrzysz i nie rozumiesz jak można było sprzedać taki idiotyzm...

Shannon, czyli św. Patryk po naszemu

 Miesiąc temu szaleństwo rytmów bałkańskich z Bum Bum Orkestar, ale na dzień św. Patryka nie można było inaczej: musiało być po irlandzku. Żałuję, że tak późno odkryliśmy folkowy cykl koncertów w ArtBem, bo co jeden to lepszy. Tym razem Shannon. Polsko-irlandzka kapela (choć raczej polska z jednym Irlandczykiem), która na scenie jest już ponad 20 lat i ma na swoim koncie 9 płyt (10 się nagrywa). Tym razem jednak będzie króciutko o samym koncercie bo niestety nie mam żadnej ich płyty do zrecenzowania - może niedługo? Ale za to zostawię Wam sporą dawkę muzyki.

sobota, 17 marca 2018

186 szwów. Z Czeczenii do Polski. Droga matki - Anna Kaszubska, Zargan Nasordinova, czyli blizny i tysiące kilometrów ucieczki

Maraton znowu mi się zrobił. Środa: dwa filmy. Czwartek: teatr. Piątek: dwa razy teatr. Dziś: koncert. Jutro: pogrywka nocna w planszówki.
I na bloga czasu nie ma. Ale ratuje mnie Mirka. Jak zwykle znalazła ciekawą lekturę. Zapraszam do notki.



Chciałabym, aby stworzono takie prawo, że ten kto wywołuje wojnę stanął z całą swoją rodziną w pierwszym szeregu walczących ….
Podobno lubimy się bać. Tak bezpiecznie, siedząc w wygodnym fotelu we własnym domu lub w kinie.
Amerykański przemysł filmowy opanował do perfekcji produkcje filmów strachu i grozy: z zombie, wampirami. I te wojenne. Podziwiamy efekty specjalne, boimy się wraz z bohaterami, walczymy wraz z nimi o lepsze jutro.
Amerykańskie media co jakiś czas donoszą, że jakiś weteran wojenny popełnił samobójstwo, stoczył się w alkoholizm lub inny nałóg, w ekstremalnych przypadkach wziął broń do ręki i zabił. Był leczony z zespołu stresu pourazowego w specjalnym ośrodku … był pod opieką psychologów … a mimo to … Silny, potężny mężczyzna … a jednak przeżycia wojenne z prawdziwej wojny i obrazy w głowie, o których ciężko zapomnieć były dla niektórych nie do zniesienia… nie dał rady z nimi żyć.
Zargan - Czeczenka, muzułmanka. Matka, żona, siostra, córka. Urodziła się w Groznym.

wtorek, 13 marca 2018

To, co możliwe - Elizabeth Strout, czyli niepozorne, ale jakże intensywne

Po zachwycie nad "Olive Kitteridge", chyba jednak tym razem trafiłem troszkę nie bardzo w kolejność czytania wydawanych u nas pozycji autorstwa Elizabeth Strout. Zamiast sięgnąć po bardzo chwaloną i nagradzaną "Mam na imię Lucy", nie potrafiłem się powstrzymać i niecierpliwie rzuciłem się na najnowszy zbiór opowiadań, czyli "To co możliwe". To nie jest tak, że mi się nie podobało, ale to wchodzenie trochę w świat postaci i zdarzeń, które zostały opisane wcześniej, do których się nawiązuje, a ja ich przecież nie znam. Mam wrażenie, że w ten sposób dużo z tej lektury tracę, mógłbym czerpać z niej dużo więcej. Może to znak, żeby za jakiś czas do niej wrócić?
Wszak tu nawet nie chodzi nawet o same zdarzenia, o jakiś ukryty suspens, a raczej o to by chwilę pobyć z tymi bohaterami, poczuć ich emocje. Pomilczeć. 

poniedziałek, 12 marca 2018

Chłopiec z latawcem, czyli takie historie jednak lepiej wypadają na papierze

Powieści Khaleda Hosseiniego przybliżają nam trochę dla nas egzotyczny świat Afganistanu - ciekawa kultura, religia i skomplikowana historia ostatnich kilku dekad, a do tego wzruszające historie rodzinne. Nic tylko przenosić to na ekran. I prawdę mówiąc nie wiem co się stało takiego, że nagle połowa tego uroku jaki pamiętam, gdzieś zupełnie znika. W kilku miejscach "Chłopca z latawcem" miałem nadzieję na pociągnięcie jakiegoś wątku, ale za każdym razem okazywało się, że twórcy prześlizgują się obok, jak najszybciej ciągnąc fabułę do przodu, jakby to finał miał cokolwiek wynagrodzić.
A przecież już początkowa relacja między bogatym chłopcem i zapatrzonym w niego synem hazarskiego służącego jest bardzo interesująca. To przyjaźń podszyta jednak poczuciem wyższości, wstydem, zazdrością i kłamstwami. Jak łatwo zniszczyć coś pięknego, dziecięcego i szczerego, gdy otoczenie narzuci ci własny punkt widzenia na temat tego kto jest lepszy, a kto gorszy.

niedziela, 11 marca 2018

Niepokój. Detektywistyczna seria o Axelu Steenie - Jesper Stein, czyli moje miasto płonie

Gdy w ubiegłym roku na rynku pojawiły się pierwsze kryminały wydawane w ramach nowej serii Editio Black, sięgałem po nie dość sceptyczny - tyle na rynku literatury, że coraz trudniej o coś zaskakującego, mam wrażenie, że w całej masie ciężko znaleźć to co najciekawsze. Wtedy byłem bardzo miło zaskoczony - każda z wydanych książek była trochę w innym klimacie i generalnie nie było wtopy, trzymało dobry poziomi. I oto na wiosnę mamy kolejne propozycje od wydawnictwa, znowu jednak sięgają po nowych autorów, nowe serie, ciekawe więc czy (i kiedy) doczekamy się kolejnych tomów. Nie ukrywam, że podobnie jak kiedyś przy pierwszej książce Horsta wydanej w Polsce, tu też wróżę sukces. Choćby z serią detektywistyczną o Axelu Steenie.
Niepokorny wobec przełożonych glina, po rozwodzie i wciąż marzący o odzyskaniu żony i córki, pracoholik, radzący sobie z bezsennymi nocami dzięki haszyszowi, skuteczny, ale chodzący własnymi ścieżkami, nie zawsze legalnymi - o takim bohaterze naprawdę chciałoby się więcej. Zwłaszcza, że debiut autora, czyli pierwsza część cyklu (są już 4 części) daje sporo satysfakcji z lektury. Poniżej więcej o książce, a jeżeli ona Was zainteresuje, znajdziecie ten tytuł tu.

 

sobota, 10 marca 2018

Nieznajomi: Ofiarowanie, czyli przestańcie nam to robić

Nigdy nie byłem jakimś specjalnym fanem horrorów, ale od czasu do czasu zdarza mi się coś obejrzeć i za każdym razem zaskoczony jestem, że zamiast wymyślać jakieś nowe pomysły, szukać sposobów na przestraszenie, twórcy wciąż grają tymi samymi schematami, a nawet robią kolejne odsłony w tych samych scenografiach. Czy te same maski morderców, ten sam potwór, czy ten sam nawiedzony dom ma gwarantować, że widz będzie reagować równie dobrze jak przy pierwszej odsłonie danej historii? Najczęściej kolejne części są coraz słabsze, a jeżeli nikt nie wymyśli jakiegoś nowego klucza, nie ma szans na powtórzenie sukcesu.
I tyle chyba wystarczyłoby napisać o kontynuacji horroru z 2008 roku. Nowa odsłona jest wtórna, przewidywalna i w dodatku nie straszna.

Uciekinier - Łukasz Czeszumski, czyli stracił złudzenia, ale nie honor i miecz

Łukasz Czeszumski. Nawet jeżeli dotąd nie słyszeliście o tym autorze, warto zapamiętać sobie to nazwisko. Reporter, podróżnik i pasjonat historii napisał powieść historyczną, którą sam wydał (i to jak pięknie!), a rzecz jest naprawdę zacna i godna uwagi. Nie tylko dlatego, że u nas ten gatunek trochę został zapomniany (niesłusznie), młodzież która zniechęcona lekturami w szkole Sienkiewicza uznaje za ramotkę, na hasło rycerze i historia dostaje wysypki. Można by oczywiście wskazać Cherezińską czy Wollnego jako przykłady, że nie trzeba sięgać po fantasy, by pisać wciągająco o historii, ale to wciąż wyjątki. Nie wiem czy powieść Czeszumskiego, a raczej cały cykl, bo rzecz jest zaplanowana na 5 tomów, cokolwiek zmieni w kwestii mody, ale niezależnie od gustów czytelniczych i tak "Krew wojowników" będę polecał. Świetnie udało się wyważyć proporcje między przygodą, różnymi sytuacjami, w które wpada bohater, a próbami pokazania realiów epoki, atmosfery tamtych czasów. Dzieje się to jakby mimochodem, bez epatowania jakimiś szczegółami, które miałyby nas zaznajamiać z nazwiskami, koligacjami, stanowiskami, czy sytuacją geopolityczną. 
Pierwszy tom cyklu to powieść drogi, dojrzewanie młodego człowieka, który z początku szuka dla siebie wyzwań, chwały, chce zakosztować wojny, a pod koniec powieści znajdziemy go już dużo bardziej zgorzkniałego, twardego żołnierza, który zarabia na pracy mieczem, nie ma domu, rodziny, ani też większego celu w życiu. Może dlatego wychodzi obronną ręką z różnych opresji, nie zależy mu już na niczym, walczy niczym diabeł, nie ma już młodzieńczych skrupułów.   

czwartek, 8 marca 2018

Disaster artist, czyli z miłości do kina


Ten film to pewnego rodzaju fenomen. Nakręcić wysokobudżetową produkcję o tym jak kręcono niskobudżetowy film, uznawany za jeden z najgorszych gniotów ostatniej dekady (a niektórzy mówią nawet o najgorszym filmie wszechczasów) - na taki pomysł mógł wpaść albo ktoś genialny albo wariat. James Franco wyczuł w tej historii (i słusznie) jej potencjał i opowiedział ją można by rzec jeden do jednego. Nie widziałem co prawda osławionego oryginały, czyli "The room" Tommy'ego Wiseau - dopiero się zbieram - ale gdy widzisz jak wiernie odtworzono te sceny, ile wysiłku włożono, by uchwycić ten przedziwny klimat, to trudno nie być braw. 

środa, 7 marca 2018

Najsztub i Sumińska o Polsce, strachu i kobietach, czyli porozmawiajmy o... zwierzętach

Piotr Najsztub – dziennikarz i publicysta, pozujący trochę na ekscentryka albo przynajmniej za takiego uważany oraz Dorota Sumińska - lekarka weterynarii, autorka powieści i książek podróżniczych, dziennikarka i publicystka. Gdy ma się takich rozmówców wiele nie trzeba, by mieć ciekawy materiał. Gorzej trochę z ukierunkowaniem ich na te sfery, które chciałoby się poruszyć, bo przecież nie zawsze mogą mieć ochotę mówić o sobie lub też mówią w taki sposób, że niby jest mądrze, ale nie jest to odpowiedź na dane pytanie. Irena Stanisławska, z wykształcenia psycholog, pewnie bardzo by chciała, by jej rozmówcy byli bardziej spolegliwi, konkretni, szczerzy i nie zbaczali z tematu. Ale są jacy są.
W efekcie zawartość może być trochę myląca: tytuł zapowiada że będzie o Polsce, strachu i kobietach, a w efekcie mamy dość luźne pogaduchy na temat związków, ról, oczekiwań. A najwięcej jest o... zwierzętach. Przecież jedno i drugie z rozmówców ma dla nich dużo serca, co i rusz sięgają więc po jakieś przykłady ze świata fauny, by na ich podstawie opowiadać również o mechanizmach psychologicznych ludzi. Ile w nas jeszcze zwierzęcej natury, jak daleko od niej odeszliśmy i czy na pewno kierunek w jakim zmierzamy jest tym co ludzkości służy. 



wtorek, 6 marca 2018

Zawiedzione nadzieje - Mari Jungstedt, czyli tu będzie nam lepiej

zawiedzione-nadzieje-b-iext51989985.jpgLäckberg i Marklund już zapoznane, pora na kolejną kobiecą gwiazdę kryminalną rodem z północy. Mari Jungstedt zasłynęła z tzw. serii gotlandzkiej, ale mi wpadł w ręce tytuł z nowego cyklu, którego akcja dzieje się na pięknej słonecznej wyspie Gran Canarii. Dla uściślenia dodajmy, że to już druga książka z tymi samymi bohaterami, czyli dziennikarką Sarą Moberg i byłym policjantem Kristianem Wede, ale spokojnie można czytać je niezależnie - poprzednia sprawa jest gdzieś wspomniana jedynie mimochodem, bo dzięki niej od początku mogą lepiej współpracować. Ona ma o czym pisać, a on, w tej chwili jedynie współpracując z policją jako tłumacz z konsulatu, nie jest tak mocno związany przepisami dotyczącymi tajemnicy śledztwa. Dla całej, bardzo licznej społeczności szwedzkiej na wyspie morderstwo dokonane na ich rodaczce jest wstrząsem, a ponieważ sprawa wcale nie jest tak prosta jak z początku się wydawało, nic dziwnego, że oboje chcą pomóc w rozwiązaniu sprawy.

Brytania, czyli wyobraźcie sobie Starą baśń

Wszelkie fantasy z domieszką historii, porównywane jest teraz do Gry o tron, a przecież to poprzeczka do której bez milionów na produkcję nie ma jak doskoczyć. Zapomnijmy więc o porównaniach albo porównajmy to do naszej Starej Baśni. Nawet tematyka podobna. Stare wierzenia, plemiona wojujące ze sobą i nowy wróg na horyzoncie. Ba, nawet po sąsiedzku kręcone to było (Czesi niezłą kasę koszą na tym), więc to porównanie wcale nie jest od czapy. Wtedy można już spokojnie ocenić Brytanię jako produkcję na niezłym poziomie, opowiedzianą sprawnie i wizualnie robiącą wrażenie.
Po obejrzeniu całego sezonu (a emitowało to HBO), nawet cieszę się, że twórcy nie pokończyli wszystkich wątków, bo jest spora nadzieja na kontynuację. W końcu Rzymianie wciąż panoszą się na wyspach, a mimo finalnego zamieszania jest jeszcze sporo przestrzeni do zaognienia konfliktu.

poniedziałek, 5 marca 2018

Czasodzieje. Klucz czasu - Natalia Sherba, czyli żeby zawartość była równie piękna jak opakowanie

Mam trochę kłopot z tą książką. Na stoisku wydawnictwa Ene Due Rabe dałem się skusić, by kupić ją dla młodszej córki. Zarówno wydanie jak i sposób na jej promocję oceniam na piątkę z plusem, gorzej niestety z samą zawartością. Być może takie tytuły powinna oceniać głównie grupa wiekowa, które jest ich adresatem, czyli młodsze nastolatki, ale przecież na serię z Harry Potterem załapałem się już jako stary koń, a bawiłem się przy niej świetnie i do dziś mam do niej sentyment.
W przypadku "Czasodziejów", mimo, że to pierwszy tom, który powinien mnie delikatnie wprowadzić w wymyślony świat, wciągnąć akcją, sympatycznymi postaciami, miałem poczucie, że jestem wrzucony w historię, której kompletnie nie znam i jej nie czuję. Od samego początku autorka niewiele wyjaśnia, a po prostu opisuje kolejne fragmenty swojej kreacji, jako coś zupełnie normalnego. Nie chodzi nawet o to, że to jest jakoś strasznie skomplikowany świat (choć mam wrażenie, że dla nastolatków może być trudny do ogarnięcia), ale raczej o chaos w jaki się nas wpycha, niewiele wyjaśniając, a opisując kolejne dziwne fragmenty funkcjonowania tego świata. A raczej nawet nie świata, ale ludzi w tym świecie.

sobota, 3 marca 2018

Czwarta władza, czyli ile można wygrać, a co przegrać

Jutro już noc Oscarowa, a ja znowu nie zdążyłem obejrzeć wszystkich nominowanych i napisać o tych, które widziałem. "Niemiłość" jest jednak taką traumą, że niełatwo o nim pisać, zresztą chyba moich typów już nic nie zmieni. "Trzy billboardy..." mam nadzieję, że rozbiją bank.

Czy wśród nagrodzonych widzę miejsce dla "Czwartej władzy". W sumie niekoniecznie, choć warto pamiętać, że to nagrody przyznawane przez Amerykanów, więc mogą uznać, że wartość tej historii zasługuje na uznanie.
Dla nas to jest trochę inny świat. Owszem - zawsze prasa ma dylemat czy ma na tyle twarde dowody, by iść na wojnę z rządem, cenzura to nie jedynie relikt PRL, ale również niuanse związane z układami biznesowymi i politycznymi, od których przecież każdy jest w jakimś stopniu zależny. Ale w Stanach wolność słowa jest zagwarantowana w konstytucji i to jest mit, do którego oni są bardzo przywiązani. Choćby publikacja czegoś groziła dużymi konsekwencjami, niewielu tam myśli o tym tak poważnie, a bardziej o tym żeby zarobić na rozgłosie. Każdy argument iż to nieodpowiedzialność, zawsze można odwrócić, wskazując że przecież to nie prasa zawiniła, ona jedynie ujawnia.

piątek, 2 marca 2018

Kotka na gorącym, blaszanym dachu, czyli z rodziną to najlepiej na zdjęciu

Dawno nie byłem na transmisjach teatralnych z Londynu w ramach cyklu Na żywo w kinach i nie ukrywam, że stęskniłem się trochę za tym doświadczeniem teatru w trochę inny sposób. Niby dalej, ale jednak paradoksalnie bliżej (kamera pozwala nam zobaczyć nawet to czego nie widzą ludzie siedzący w pierwszych rzędach), niby nie na żywo, ale emocje wcale nie mniejsze - nie raz dyskutowaliśmy po spektaklu jeszcze bardzo długo.
Przy okazji porządków na blogu znalazłem jeszcze jakąś niedokończoną notkę z przedstawienia Rosencrantz i Guildenstern nie żyją, ale dziś o czymś świeżym, co dopiero niedawno zostało pokazane na pierwszych pokazach, a lada chwila rusza w Polskę do innych kin. "Kotka na gorącym blaszanym dachu" to tekst Tennessee Williamsa, który w bardzo różnych obsadach gości na naszych deskach teatralnych od lat, tym bardziej jednak za każdym razem rodzi się ciekawość, czy można odkryć w tej sztuce coś nowego, pokazać ją jakoś inaczej. No i jak to zrobią Brytyjczycy? Benedict Andrews zdaje się, że pożegnał się tą sztuką z Young Vic na West Endzie przekazując stanowisko dyrektora artystycznego w inne ręce, chciał więc pożegnać się chyba z przytupem. Jego wersja "Kotki..." ma w sobie wszystko to, co w tej sztuce najważniejsze: żar, emocje, pragnienie, rozczarowanie i destrukcję.

Czas mroku, czyli biorę pełną odpowiedzialność

Winston Churchill jest tak wyrazistą postacią, że doczekał się już kilku filmowych biografii, na szczęście jednak zwykle koncentrują się one na różnych etapach jego życia. Tym razem to praktycznie krótki odcinek czasu, gdy walczy o stanowisko premiera, a potem o jego utrzymanie.
Historia mocno uwikłana w polityczne rozgrywki (nie popiera go nawet jego własna partia), nie ukrywajmy, że trochę patetyczna (szczególnie pod koniec), a mimo to ogląda się to naprawdę dobrze. Głównie za sprawą świetnej kreacji aktorskiej Gary'ego Oldmana, ale i sam scenariusz na pewno nie przynudza. Człowiek sobie myśli: cholera, czemu w Polsce nie kręcimy takich filmów, przecież nie brakuje nam ciekawych życiorysów. A że nie są znane na całym świecie? To sprawmy, żeby je poznano. Bez wikłania się w niuanse, rozdrapywanie narodowych ran, ale jak najprościej wyłożyć tło, a skupić się na fascynującym życiorysie i osobowości. Dołożyć do tego jakiś przełomowy moment, walkę z przeciwnościami i właśnie taki film zgłosić do Oscara. Do dziś nie rozumiem czemu nie postawiono na pierwsze tego typu produkcje jak Bogowie, czy Sztuka kochania.
Ale wróćmy do "Czasu mroku".