środa, 8 lipca 2020

Im dziwniej, tym lepiej, czyli Koko-di Koko-da, Trainspotting 2, Wojna polsko-ruska

Trudno się oderwać od nowego Miłoszewskiego, a tu kolejne nowości kuszą (dziś wyszła Nadzieja z opowiadaniami m.in. Krall, Tokarczuk, Myśliwskiego). Dziś więc krótko.
Trzy filmy, ale ponieważ każdy z nich mnie tak zaskoczył, że nie wiem co o nich powiedzieć, nie będę musiał się rozpisywać. Pod hasłem: dziwne pewnie mógłbym więcej wrzucić ze starszych rzeczy, które widziałem, ale łapię się na tym, że jak przez kilka miesięcy nie zrobiłem notki, to potem już niewiele poza samym opisem można napisać i sporo szkiców z tytułami odpada. Mówi się trudno. Jak się odkłada porządki, potem zostaje żal i wyrzucanie.

"Koko di, koko da" jest jedną z bardzie oryginalnych rzeczy jakie ostatnimi miesiącami widziałem. Spodziewałem się horroru, a dostałem... No właśnie. Cóż to jest? Dramat psychologiczny, w którym widzimy wizualizację lęków i frustracji rodziców, którzy stracili dziecko?

wtorek, 7 lipca 2020

Dziewczyna, którą znałaś, czyli same sobie winne?

Jakoś dziwnie dużo u mnie okładek z kolorem niebieskim ostatnio. Podświadoma tęsknota za wodą?
Dzisiejszy tytuł kończy serię lekkich, na najbliższe dni będę miał ciut bardziej ambitne lektury, ale ze stosu wyciągam kolejne kryminały i thrillery. W wakacje takie odmóżdżacze fajnie działają. Pod warunkiem oczywiście, że wciągną. Niestety z tym tytułem tak nie było. Dawno się tak nie wynudziłem, a przecież jeżeli coś kojarzone było w reklamach z dość przeciętną "Dziewczyną z pociągu", powinienem przewidzieć, że będzie raczej gorzej niż lepiej. Tak jak u nas masowo sprzedają się erotyki i romansidła, których wartość literacka jest delikatnie mówiąc niewielka, tak chyba za oceanem masowo w ten sposób produkuje się również thrillery. Najlepiej o kobietach. I napisane przez kobietę. Potem można już sprzedać prawa do innych krajów z etykietą bestseller, bo przecież Stany to duży kraj, tam milion to tyle co nic.
Ten tytuł mnie nie tylko wynudził, ale powiem, że nawet wkurzył. Dawno nie czytałem nic co by mi podniosło w ten sposób ciśnienie - kobieta pisze o innych kobietach w ten sposób? Przecież to okropne.

poniedziałek, 6 lipca 2020

Młokos i diabeł/Cierpienie złamanego serca - Boris Akunin, czyli nie tylko Fandorin

Jako fan Erasta Fandorina i siostry Pelagii do autora tych serii mam stosunek gdzieś pomiędzy uwielbieniem i fanatyzmem, co zwykle skutkuje tym, że jak mam okazję sięgać po jakiś jego nowy/stary tytuł, robię to odrzucając inne nie mniej kuszące. Niektóre z jego książek czytałem po kilka razy! Ale oto odkryłem cykl, który jeszcze nie jest mi znany: "Bruderszaft ze śmiercią" to cykl 10 mini historii (wydawanych zwykle w tomach po dwie) osadzonych w czasach I wojny światowej i opowiadających o rywalizacji między wywiadami rosyjskim i niemieckim.
Mimo, że to nie Fandorin, którego tak polubiłem, z ciekawością sięgnąłem po pierwszy tom i już chciałbym, prawdę mówiąc, czytać kolejne. To co u Akunina zawsze stanowiło mocną stronę, czyli wartka akcja, odrobina humoru, wyraziste postacie,
barwnie opisane realia życia na początku XX wieku, znajdziecie również i w tym cyklu. Walka między wywiadami mocarstw, które właśnie rozpoczynają wojnę, okazuje się nie mniej intrygująca jak i sprawy kryminalne. A i bohaterów zaczynam lubić.

niedziela, 5 lipca 2020

Zombie na celowniku, czyli Truposze nie umierają i Zombieland: Kulki w łeb


Jarmush tworzy filmy według swojego pomysłu i nie przejmuje się masowymi upodobaniami. Chyba niewielu reżyserów wybaczono, by takie kpiny z zombie, z taką obsadą aktorską. Przecież żywe trupy to u nas raczej kino kategorii B, no chyba że raz na jakiś czas trafi się niezły horror (np. z Azji). Jak poważnie podejść do takiego tematu? A tu proszę - niby cały czas jest kpina z gatunku, a jednocześnie wcale nie zrobiono tego według schematu - żadnego przyspieszania akcji, epatowania przemocą, grozy, gonitw. Zombie snują się po mieście, zabijają, a ludzie przyjmują to z dziwnym spokojem i fatalizmem. Skoro sami naruszyliśmy prawa natury, chyba można się spodziewać konsekwencji. A te są zadziwiające i znane jedynie tym, którzy uwielbiają popkulturowe smaczki rodem z kiepskiego kina i komiksów. Kilku nerdów jednak nie pokona armii żywych trupów, trzeba być bowiem bez serca by walczyć z tłumem, w którym widzisz np. przyjaciół lub członków rodziny.

sobota, 4 lipca 2020

Tyko trzy dni, czyli magicznego Podlasia chciałoby się więcej

Oj dawno nie było u mnie notek z fotkami z różnych wypadów krajoznawczych. To nie znaczy, że wyjazdów nie było (choć wiadomo, że ostatnio było ich mniej), to raczej kwestia czasu i pomysłu. Moje opisy tzw. trzydniówek to w zamierzeniu było zaproszenie do ruszenia się z domu i doświadczenie tego, że nawet w niedalekiej okolicy można odkryć coś fajnego. Jak wyszukacie etykietę podróże powinny się wyświetlić wpisy tego typu (Sandomierz, Ojców, Kraków, Łódź, Wrocław, okolice Gniezna itp.).
Nie pisałem o wszystkich wyjazdach - te służbowe choć wcale nie tak rzadkie, to zwykle niewiele czasu na zwiedzanie, bo ten jest tylko przed zajęciami i późno po nich, te zagraniczne chyba nie zaskoczą tych, którzy sięgają po jakikolwiek przewodnik... Pozostaje masa zdjęć (zwykle na profilu prywatnym na FB), wspomnień, ale bardziej takich osobistych, wrażeń, knajpek, spacerów na ślepo, czasem ludzi, a czasem po prostu miejsc... Gdyby tak tego byłoby więcej z jednego miejsca można by się pokusić o coś takiego jak Mariusz Szczygieł - przewodnik subiektywny. Ale że zwykle jest króciutko i z ograniczonym budżetem, to i nie próbuję udawać, że jakieś miasto czy region znam.
Tym razem jednak stwierdziłem, że trochę dla siebie, a trochę być może dla innych ku inspiracji, notka powstanie. Znajoma dała klucze do działki i kierunek Białystok...

piątek, 3 lipca 2020

Dziewczyna z daleka - Magdalena Knedler, czyli pod rozwagę



Spowiedź niemal stuletniej Nataszy powinna być lekturą obowiązkową. Tylko to się nie uda, bo autorka wprowadziła do tej dwutorowej opowieści takich bohaterów współczesnych, że ręce opadają. Długo się zastanawiałam czy tę książkę rekomendować… z jednej strony przepiękna, choć tragiczna, opowieść bardzo starej kobiety, która wiele przeszła, stoi nad grobem i chce nareszcie wyznać prawdę, której ukrywanie zniszczyło jej duszę, z drugiej – bohaterowie współcześni, zupełnie jak wydmuszki. A muszą być, bo w rękach jednego z nich znajduje się istotna część historii, nie ma więc jak ich ominąć.
Na początku była miłość. Przystojny polski szlachcic zakochał się w pięknej Niemce i przywiózł ją do swojego majątku pod Wilnem, które wtedy leżało w granicach RP. Ona szybko uczyła się polskiego, asymilowała z sąsiadami, dbała o majątek i jego pracowników. Z tego związku urodziła się Natalia, dziewczę rezolutne, skore bardziej do biegania po polach niż do nauki. Kiedy zaczęto podejrzewać wybuch wojny, miała lat niespełna osiemnaście.

Jedna krew - Stefan Darda, czyli wydawało się, że tak trzeba

Cierp duszo, skoro wzięłaś na trzydniowy wyjazd lekturę, którą połknęłaś w jeden dzień. Cierp. A przecież mogłeś się tego człowieku spodziewać, bo znasz już kilka powieści tego autora i wiesz, że Darda potrafi wciągnąć w opowieść. Mimo niepokoju jaki budzi się w trakcie czytania (oj potrafi budować klimat), nie masz ochoty przerywać.
Co prawda wciąż nie mogę wybaczyć autorowi rozpoczynanie cyklu, a potem zajmowanie się odrębnymi historiami (bo tak należałoby to potraktować), może jednak następna książka pojawi się wkrótce (trzymam kciuki).
Jedna krew nie jest związana z poprzednimi seriami (Czarny wygon, Dom na Wyrębach), ale można dostrzec pewne podobieństwa. Oto lokalna legenda, jakieś wierzenia ludowe, przesądy, kompletnie niezrozumiałe dla innych i być może nawet zapominane współcześnie przez najmłodsze pokolenia, wbrew pozorom jednak dziadkowie wiedzieli co robią, by uchronić się przed złem. Możemy się wzdrygać z przerażaniem, próbować szukać naukowych wyjaśnień tego co naszym zdaniem byłoby wyjaśnieniem ich obaw, czy aby na pewno jesteśmy od nich mądrzejsi i nie popełniamy ich błędów?

czwartek, 2 lipca 2020

Lily, czyli znikający trup

Gdyby Machalica słuchał Jandy… nie byłoby zabawy.

Jednak po kolei. Tęskniąca za teatrem „na żywo”, wynudzona bezczynnością w okresie izolacji zachowałam się trochę jak pies spuszczony z łańcucha… pobiegłam na spektakl, który pierwszy wpadł mi w oczy, czyli właśnie „Lily” w OCH-Teatrze. To komedia kryminalna autorstwa Jacka Popplewella. Komedia kryminalna to według mnie czyli najtrudniejsza komedia do wystawienia na scenie, bo musi mieć tempo, charakterystycznych bohaterów, napięcie i oczywiście – śmieszyć. I to wszystko w „Lily” jest.


wtorek, 30 czerwca 2020

Przyjaciel - Sigrid Nunez, czyli pisanie o sensie pisania... i życia

Ostatni wpis czerwca. I jednocześnie to 9 i pół roku Notatnika. Dzień po dniu, kolejne notki do kolekcji. Wiele z nich jest jakoś dla mnie istotnych, były emocje przy ich pisaniu, a czasem z zaskoczeniem do nich wracam i odkrywam zupełnie nowe emocje przy lekturze. Czasem mam ochotę wrócić do książki czy filmu... Choć wiele wpisów może wydawać się komuś mało istotnych, ot kolejna rozrywka, która zostanie wyparta za rok czy dwa przez inny modny/głośno reklamowany tytuł, są i takie, przy których nagle Notatnik staje się miejscem do wpisów bardzo osobistych i rekomendacji, które będą - jestem tego pewien, ważne i za kilka lat. 
I dzisiejsza książka będzie do nich należeć. Być może będą czytelnicy, których ona znudzi, którzy będą marudzić, że to zbyt rozwlekłe, za dużo cytatów z innych, a za mało akcji. Jestem jednak przekonany, że znajdzie się sporo takich osób jak ja, których z pewnych powodów ta książka mocno poruszy. Nie tylko tym jakie tematy porusza, ale też właśnie w jaki sposób to czyni.

Incognito, czyli czy tylko biologia?

Mimo tego, że teatry wciąż funkcjonują w rzeczywistości troszkę schizofrenicznej (widzowie w maseczkach, aktorzy bez, połowa miejsc i sporo innych mniej lub bardziej wygodnych rozwiązań), nie obawiają się startować z premierami. W sumie czas pandemii można było wykorzystać na próby (przynajmniej częściowo), więc może dobrze, że nie odkłada się tego do jesieni. W teatrze WARSawy powraca też cykl społecznej sceny debiutów, czyli spektakli, w których amatorzy, studenci aktorstwa i młodzi absolwenci, którzy nie mieli jeszcze wielu okazji do pracy na scenie, pod okiem profesjonalistów mogą pokazać swoje umiejętności. Na Notatniku jest już kilka recenzji ze spektakli przygotowanych w ostatnim roku w ramach tego cyklu, więc wiecie już, że: 
1. bywa naprawdę wybornie, z czego wynika dość oczywiste 2
2. warto dać szansę tym spektaklom. 

Najpierw napisałem własny tekst, ale M., zaproponowała rozmowę, więc zapraszamy do kolejnego dialogu po spektaklu (jej propozycje podtytułu to Wszechświat w pigułce).

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Zabawnie i niegłupio, czyli Late night i Gdzie jesteś Berandette?


Pierwsza produkcja obejrzana chyba głównie z sympatii do Emmy Thompson i tak naprawdę ona ratuje ten film. Pewnie można by wyciągnąć z tego pomysłu coś więcej, ale zamiast ostrego humoru, twórcy w którymś momencie chyba wybrali drogę bajeczki nie dość, że propagującej polityczną poprawność, to raczej z miałkim morałem i niewielką ilością humoru. A przecież film o kobiecie prowadzącej program satyryczny (czy też po prostu autorskie show), powinien być ostry jak brzytwa. Zwłaszcza, że chodzi nie tylko o jedną prowadzącą, ale o cały zespół, który specjalizuje się w pisaniu żartów i monologów.A tego pazura jaki znamy ze stand-upu tu brak.

niedziela, 28 czerwca 2020

Świrus - Jacek Ostrowski, czyli a wszystko przez ten sowiecki szajs

A nie mówiłem, że czwarty tom z Zuzą Lewandowską nie będzie długo czekać u mnie na swoją kolej? Od razu trafił na wierzch duuuużego stosu i połknąłem ten tytuł w jeden dzień.
Wszystko co napisałem o poprzednich książkach z tego cyklu podtrzymuję i nie zamierzam odwoływać. Dobra, charakterna postać bohaterki to połowa sukcesu. I choćby sama sprawa kryminalna wydawała nam się zagmatwana i mało wciągająca, to ze względu na niebanalne poczynania pani mecenas, trudno się oderwać o lektury, wciąż kombinując co takiego ona jeszcze wymyśli i do czego ją to doprowadzi? Zatłuką ją ci, którym wejdzie na odcisk? A może znajdą inny sposób na to by jej się pozbyć, choćby zgadzając się na przyznanie paszportu i sugerując, żeby nie wracała? Lewandowska od zawsze z władzą ludową się nie lubiła, z radością przyjmuje sprawy, w których widzi szansę na to, żeby utrzeć jej nosa, ale teraz trafiła naprawdę na nie lada zagwozdkę. I nie chodzi bynajmniej o to, iż wszystko zaczyna się od spadającego na kamienicę w Płocku radzieckiego satelitę, bo walka o odszkodowanie dla człowieka, któremu spadło to cholerstwo na głowę raczej była symboliczna. Gorzej, że człowiek któremu stara się pomóc, nagle przejawia jakieś zaćmienia umysłowe i zaczyna gadać o tym, iż zamordował człowieka. Milicji dużo więcej nie trzeba. A gdy do tego znajdują ciało tam gdzie im o tym opowiedział, chłopak stał się dla nich świetnym kozłem ofiarnym i sposobem na to, by zrobić kariery na bezprecedensowym procesie zbrodniarza.

Dirty sun - Robert Cichy, czyli potrafią i u nas!

Dzieci się śmieją, że w muzyce lubię tylko to co już znam, ale to nie do końca prawda - raz na jakiś czas odkrywam coś, co wpada mi w ucho i nie chce wyjść, coś gdzie wszystko mi pasuje. Klimat, wokal, pomysły muzyczne, solówki... Tak właśnie mam z najnowszym krążkiem Robert Cichego, muzyka który współpracował z wieloma znanymi artystami, a od niedawana nagrywa też sam.
Podoba mi się to, że mimo iż wyczuwa się jego inspiracje, to w czym dobrze się czuje, czyli folkowe granie (blues, country), to brzmienie tego co robi jest na wskroś nowoczesne. Nie boi się eksperymentów, łączenia stylów, chwilami jest więc i popowo, są kawałki z ciężkim graniem, ale wciąż w tym wyczuwamy ducha grania jak sprzed lat.

sobota, 27 czerwca 2020

Niewiarygodne, czyli taka kara to ja rozumiem

Z Netflixem wciąż jakoś "nie chwyciło" tak jak to reklamowali mi inni. Wybieram sobie kilka rzeczy, ale oglądam powoli, nie mam zamiaru robić sobie maratonów. "Niewiarygodne" jednak oceniam dość dobrze - nawet nie tyle jako kryminał, czy też thriller kryminalny, ale trochę za coś innego.
Nie chodzi tu przecież o jakieś spektakularne tempo, trzymanie w napięciu itp. Akcja rozwija się dość wolno, a twórcom chyba nie zależało na tym, by trzymać widza za gardło. Starają się dość wiernie odtworzyć pewną autentyczną historię oraz zwrócić dzięki temu uwagę na pewne sprawy. Sam tytuł można interpretować dwuznacznie - sama opowieść jest trudna do uwierzenia, ale i chodzi o drugi aspekt - o to, że czasem ofiara jakiegoś przestępstwa (tu akurat gwałtu), ze względu na jakieś okoliczności, może przeszłość, może rozbicie psychiczne i nieskładne zeznania, uznana zostaje za niewiarygodną. Czy może być coś gorszego? Zostać skrzywdzonym i to dwukrotnie, bo zamiast dostać wsparcie, zostajesz sama, zarzuca ci się kłamstwa, nie jesteś rozumiana...

środa, 24 czerwca 2020

Serce - Bartosz Szczygielski, czyli pozostała zemsta

Bartosz Szczygielski
Serce
Wyd. W.A.B.
2019
416 stron
Głowa przy ostatniej lekturze, ale do niej potrzebuję chyba chwili, by napisać o niej spokojnie. Ewidentnie coś "zaiskrzyło".

To na dziś kolejny thriller. Tym razem męski, krwawy, brutalny. I nie chodzi bynajmniej o akcję, o jakieś gangsterskie porachunki itp. U Szczygielskiego to nie tylko ci "źli" są w stanie dokonać czegoś ekstremalnego. Wszak każdy ma jakąś swoją wytrzymałość i jeżeli otrzymuje wciąż ciosy, to w którymś momencie może mieć dość i będzie w stanie rzucić się na oprawców, nie licząc się z konsekwencjami. I o tym między innymi jest "Serce". O bólu tak dużym, że nie ma już chęci do życia, do robienia planów, no chyba że dotyczą one zemsty na tych, którzy ten ból zadali.

wtorek, 23 czerwca 2020

Ene, due, rike, fake, czyli było, jest i będzie


Teatr jest tym miejscem, gdzie można poruszać każdy temat, nie ma tabu. Na szczęście. Bo są tematy, które od zarania dziejów były, są i będą. Pedofilia. Wykorzystywanie seksualne. Dużo się teraz o tym mówi (chociażby akcja #metoo, filmy braci Sekielskich), a jednak to dalej trwa. Spektakl „ENE DUE RIKE FAKE” w Teatrze Druga Strefa nie daje odpowiedzi dlaczego tak się dzieje, co należy z tym robić. Bije nas jedynie jak młotem w mózg: zobacz jakie spustoszenie dzieje się w głowie dzieci, które doświadczyły molestowania, przemocy seksualnej, gwałtu i jak usiłują sobie z tym poradzić w dalszym życiu. Spróbuj chociaż zrozumieć. Pilnuj dzieci!

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Ostatni lot - Julie Clark, czyli zacząć od nowa

Na później odkładam coś mięsistego, krwawego i raczej męskiego, a na dziś thriller w wydaniu kobiecym. Nie chodzi jedynie o to, że bohaterkami są postacie kobiece, w dodatku osaczone i zagrożone przez mężczyzn, ale nie po raz pierwszy trafia w moje ręce książka, które styl narracji, cały pomysł na fabułę, skupienie się na emocjach, są bardzo "kobiece". Niby thriller, ale taki wiecie... Bez większej przemocy, zagrożenia, nawet bez większego napięcia, liczy się raczej pomysł na to jak postawić czytelnika wobec jakiegoś zaskoczenia. Przeszłość, powiązania między postaciami, jakieś decyzje, sekrety. I już. Nie spodziewajcie się jakiegoś dramatycznego finału, bo zwykle go nie dostaniecie. A zagadka? Też do rozgryzienia jeżeli nie na samym początku, to w trakcie.
Oczywiście jako facet jestem nieobiektywny - przecież kobiety mogą w bohaterkach dostrzec coś czego ja tam nie zobaczyłem, zachwycić się determinacją, trzymać kciuki za to, żeby udało się rozwiązać problemy i podjąć właściwe decyzje. Bo mnie to prawdę mówiąc średnio obeszło - całość wydała się dość schematyczna i mało wciągająca. Ale cóż - zdarza się. W końcu ile w ciągu roku może się trafić prawdziwych bestsellerów, mimo że wydawcy prawie każdą książkę chętnie by tak nazywali.

niedziela, 21 czerwca 2020

Dzień wagarowicza - Robert Ziębiński, czyli krew się leje, kończyny latają

Nie jestem jakimś wielkim zwolennikiem slasherów, ani generalnie horrorów, jednak przy pewnym "zmęczeniu materiału", czyli tym że kryminały i thrillery coraz mniej sprawiają mi frajdy, obserwuję że groza w wydaniu literackim daje miły powiew świeżości i kupę zabawy.
Robert Ziębiński w fajny sposób we wprowadzeniu opowiada o tym jak popularne były tego typu rzeczy np. w USA w połowie XX wieku, a u nas poza Grabińskim nie mieliśmy zbyt wielu pisarzy, którzy potrafili straszyć, a potem na długo takie tematy były zakazane. Nawet rozrywka musiał edukować, a co to za jakieś mordowanie wszystkich bohaterów po kolei i uganianie się z potworami. Niby teraz możemy sobie odreagować, bo wszystko wolno, a mimo to nadal niewielu pisarzy sięga po grozę, a szczególnie w takim lekkim, rozrywkowym stylu. Mamy oczywiście Dardę, Urbanowicza, można by znaleźć jeszcze kilku, ale zwykle to rzeczy budzące niepokój klimatem, a nie ma w nich aż tak wielkiej jatki, z jaką kojarzymy slashery. Ziębiński postanowił napisać książkę właśnie w takim stylu, ale przenosząc akcję w ciekawy moment historyczny, mieszając fantazję z realizmem, wcale nie zrobił bezmyślnej rąbanki (jak to czasem się zdarza w wersji filmowej tego gatunku). Jego historia chwilami jest całkiem poważna, szczególnie gdy pokazuje atmosferę po śmierci Bieruta, losy różnych ludzi, którzy musieli się ukrywać przed komunistami, czy państwo w państwie, czyli obecność Rosjan na naszych ziemiach.

Wstyd, czyli ślub odwołany, a może nie

W ostatnim dniu przed zamknięciem teatrów z powodu epidemii zdołałam zobaczyć „Wstyd” w Teatrze Współczesnym. Komediodramat, czyli to co bardzo lubię. Nie napisałam wówczas ani słowa, głównie dlatego, żeby nie wzbudzać żalu w tych, którzy mieli mniej szczęścia i kupili bilety na kolejne spektakle i nie mogli już ich obejrzeć. Teraz teatry otwierają swoje podwoje…

„Wstyd” Marka Modzelewskiego w reżyserii Wojciecha Malajkata to opowieść o zderzeniu dwóch światów i jednym mezaliansie. Niby historia stara jak świat, on piękny, młody, bogaty, z lepszej sfery, ona – piękna, młoda, wykształceniem równa – jednak z biedniejszego domu, gdzieś z prowincji. Na zapleczu sali bankietowej rozgrywa się sytuacja, której nikt z nas nie chciałby przeżyć. Oto bowiem pan młody zostawił przed ołtarzem pannę młodą i zniknął. 


piątek, 19 czerwca 2020

Ogrodzenie, czyli my tu, oni tam

MaGa: Teatr Druga Strefa wszedł z przytupem w sezon po epidemiczny wystawiając premierowy spektakl „Ogrodzenie”, sztukę nad wyraz aktualną w obecnej polskiej rzeczywistości, jednocześnie ponadczasową w swojej wymowie.

R.: Odważny ruch, by mimo ograniczonej liczby widzów proponować coś nowego, a nie największe hity teatru - za to na pewno szacunek. Za sięgnięcie po ten tekst, rzeczywiście mocno nawiązujący do wszystkich podziałów polityczno-światopoglądowo-obyczajowych tak żywych w Polsce, również należą się brawa. Choć może całość sprawia wrażenie sztuki przygotowywanej w pośpiechu, w surowych warunkach, to treść myślę że będzie mocno rezonować w widzach, skłaniać do rozmów, a przecież o to chodzi.

czwartek, 18 czerwca 2020

Lekcja z klasyką, czyli Złodzieje rowerów, Lolita i Andriej Rublow

Wiem, że to zupełnie inne filmy - ale trochę je łączy: wszystkie mają już całkiem sporo lat, są czarno białe i przez wielu nazywane są klasykami, które warto zobaczyć, żeby znać historię kina. O każdym z nich sporo napisano, dlatego postanowiłem nie robić każdemu osobnej notki, tylko połączyć je, podobnie jak to często robię z filmami, ale w spisie oczywiście pojawią się osobno (wciąż go porządkuję, ale jest już tam grubo ponad 1000 pozycji).

Lolita znana jest chyba bardziej z ekranizacji z lat 90, ale film z roku 1962 to trochę inne spojrzenie na ten sam temat. Kubrick nakręcił film, który może nie epatuje tak bardzo seksualnością, jak powieść i produkcja bardziej nam współczesna, na tamte lata chyba i tak mógł szokować, choćby poprzez sugerowanie istnienia takiej relacji. Wersja Kubricka ma w sobie trochę z thrillera, ale i groteski.
Treść chyba wszyscy znają: Profesor Humbert Humbert jest Europejczykiem i postanawia przyjechać do Ameryki. Wynajmuje mieszkanie u wdowy Charlotte Haze, która miesza razem ze swoją nastoletnią córką. Samotna kobieta próbuje uwieść nowego lokatora, mimo że mężczyzna wyraźnie nie jest zainteresowany. Jego uwagę za to przyciąga piękna córka, postanawia więc być jak najbliżej niej, więc godzi się nawet na ślub, stając się dla tej, która go fascynuje troskliwym ojczymem. I dodajmy dość zadrosnym ojczymem.

środa, 17 czerwca 2020

Po słowiczej podłodze - Lian Hearn, czyli japoński balsam na duszę

Przeleżała długi czas na półce, bo ta książka to „nie moje klimaty”. Nie ma w niej nic co mnie w książkach kusi. Nie lubię fantastyki, nie ciągnie mnie w bardzo dawne czasy, nadprzyrodzone zdolności – złoszczą, opisy maltretowania ludzi - odrzucają. I nagle książka, która zawiera to wszystko… po przeczytaniu siedzi mi w głowie i staje się balsamem dla duszy.

Baśniowy, fantastyczny świat, który jakby od niechcenia opisuje społeczne zależności feudalnej Japonii. Autorce udało się stworzyć wyimaginowany obraz krainy, w której (jak zawsze i wszędzie) ludzie walczyli o władzę, wpływy i pieniądze, a nawet o kobiety. To walka na śmierć i życie, okupiona okrucieństwami i zdradami, a miłość często przypłacona była wyrzeczeniami lub kończyła się śmiercią. Jednak Lian Hearn tak pięknie otuliła tę opowieść mgłą i zapachem, że nie boli tak mocno jakby mogła. Wprowadza nas w obyczajowość japońską, zaczynamy rozumieć rytuały, które rządzą ich zachowaniami i rozumiemy dlaczego tak być musi, dlaczego bohaterowie dokonują takich a nie innych wyborów, często sprzecznych z naszymi wartościami. 

wtorek, 16 czerwca 2020

Jedyne wyjście - Ryszard Ćwirlej, czyli staraj się, a może cię zauważą

Dziś pierwsze wyjście do teatru po zniesieniu zakazów, więc na dniach wreszcie notka teatralna (mimo różnych propozycji online jakoś nie miałem okazji pisać o teatrze przez ostatnie miesiące, a obejrzany przy moim słabym łączu wieczór z "Szalonymi nożyczkami" w maseczkach nie uważam za warto opisywania).
Dziś lektura. Skończyłem o pierwszej w nocy, więc jestem dowodem na to, że wciąga. Ryszard Ćwirlej to już renomowana firma jeżeli chodzi o kryminały, czy też raczej policyjno-sensacyjne thrillery. Sprawdził się w retro, najbardziej znany jest z serii milicyjnej, a od kilku lat pisze też fabuły współczesne, ciekawie łącząc bohaterów poprzedniego cyklu. Jak układają się dalsze losy milicjantów w realiach po roku 89? Czy młodzi mają od kogo się uczyć fachu?
W pracy śledczej nie ma zbyt wiele miejsca na politykę, na czystki, decyzje o tym czy ktoś zostanie w zawodzie raczej wynikały z frustracji finansowej, lepszych propozycji, zamkniętych dróg awansu, czy też rozgoryczenia, że zawód w nowych czasach wcale nie zyskał zbyt wiele na szacunku społecznym. Pewnych rzeczy jednak się nie zapomina, do niektórych tęskni, no i znajomości pozostały, dlatego czasem "inicjatywa prywatna" korzysta z informacji od policji lub odwrotnie.

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Operacja Overlord, czyli Zombie w Normandii

Ależ do było dziwne. I w sumie nawet zabawne. Oczywiście jedynie dla tych, którzy przymkną oko na brak realizmu, którzy lubią taką mieszankę jatki, absurdu, akcji. No i dodajmy jeszcze, że to wszystko w realiach II wojny światowej. A ponieważ od czasu do czasu lubię rozerwać przy takich produkcjach - odrobinę bardziej wypełnionych przemocą i czarnym humorem niż wszystkie komiksowe młodzieżówki Marvella czy DC, to obiecuję, że jeszcze coś Wam wygrzebię w tym stylu. Jak nie Zombie to jakieś eksperymenty, które dają nadprzyrodzoną moc - czyż to nie daje okazji do popuszczenia wodzów fantazji?

niedziela, 14 czerwca 2020

Pokaż mi swoją bibliotekę - Aleksandra Rybka, czyli czy aby nie Grochola?

Lubię czytać książki o książkach, zawsze staram się wynotowywać coś ciekawego z tego co polecą ludzie, dla których pisanie i czytanie to ważna część życia, dlatego obok tego tytułu nie mogłem przejść obojętnie.
Mam jednak kłopot z tą lekturą. Nie chodzi nawet o to, że gdy opowiada się o wyglądzie swoich zbiorów, ich miejsca w mieszkaniu i życiu, aż prosi się o zdjęcia, choćby fragmentarycznie prezentujące to o czym się opowiada. Raczej chodzi o dość schematyczne podejście autorki, która prawie bez wyjątków serwuje rozmówcom ten sam zestaw pytań - słowo w słowo. Tak jakby nie była ciekawa ich samych, ich historii, ale wypełniała jakąś ankietę, tyle że jest miejsce na opisówkę w miejscach na odpowiedzi. Mocno to psuje przyjemność z lektury. Jak rozumiem miało to nadać jakieś ramy, żeby nie wymknęło się wszystko spod kontroli, ale niestety wypada to bardzo słabo.

The Outsider, czyli horror czy kryminał

Przymiarki robię do "W głębi lasu", robiąc sobie spore nadzieje, ale póki co notka o czymś zaległym - HBO parę miesięcy obdarowało nas świeżą ekranizacją powieści Stephena Kinga, na którą też wielu widzów miało chrapkę. Co prawda z Kingiem na ekranie rzadko kiedy się udaje, ale tu liczono na to, że to połączenie mrocznej atmosfery, zagadkowości i pomysłów rodem z serialu Detektyw (przecież świetny!) uda się tej stacji przynajmniej na mocną 4.
Cóż, jeżeli mam postawić 4, to raczej z minusem. Całość na pewno ma ciekawy klimat, do muzyki i zdjęć też nie mam zamiaru się czepiać, ale przy scenariuszu przydałoby się popracować, bo ewidentnie z odcinka na odcinek jesteśmy coraz bardziej zniecierpliwieniu i nawet chwilami znudzeni. Niby zmierzamy do odkrycia tajemnicy, jednak dzieje się to w takim tempie, że traci się prawie całą ciekawość. Niełatwo przedstawić na ekranie wszystkie obawy, dylematy, wątpliwości bohaterów, a tu wygląda na to, że próbowano to robić. Siedzą, patrzą się przed siebie, myślą...

sobota, 13 czerwca 2020

Ja Cię kocham, a Ty miau - Katarzyna Berenika Miszczuk, czyli Lord to idealne imię dla kota

Niezobowiązująca komedyjka kryminalna, w którą docenią chyba przede wszystkim kociarze. Skoro był już kryminał pod psem, to nie można było czekać, żeby narratorem i głównym bohaterem zrobić kota - przecież te zwierzaki nadają się dużo bardziej na śledczego, który jest niezależny, inteligentny i wszędzie się wciśnie. W wydaniu audio (Leszek Filipowicz) wszystkie humory, podejmowane decyzje i obserwacje, dokonywane przez Lorda (czyż nie cudowne imię dla kota, który zawsze chce być w centrum uwagi i rządzić domem), stanowią źródło humoru, który właśnie kociarze docenią najbardziej. Leniwy? Tylko się tak zdaje. Przytulaśny? Poczekaj aż pokaże pazury. Miły kanapowiec? Gdy zapadnie noc, wyruszy na wędrówkę, do której człowiek nigdy nie byłby zdolny.
Dla swojej Pani zrobiłby wszystko, zresztą ona dla niego też. I jeżeli okazuje się, że wspólnie mogą wygrać konkurs dla artystów, którzy swoimi pracami mogą zyskać życzliwość starzejącego się kolekcjonera sztuki, Lord nie będzie się przed tym wzbraniał. W końcu takiemu kotu jak on wygodniej by było w wielkim pałacu, niż w M3.

15:17 do Paryża, czyli zwyczajni, niezwyczajni

Niby Clint Eastwood przyzwyczaił nas do tego, że promuje w swoich filmach proste wartości jak przyjaźń, uczciwość, odwagę, oddanie, patriotyzm, stara się jednak pokazać, że mogą one być realizowane przez ludzi zwyczajnych, podobnie jak my mających jakieś problemy i słabości. Trochę mnie jednak tym filmem mnie zaskoczył. Nie chodzi bynajmniej o to, że to produkcja jak na amerykańskie warunki i takie nazwisko, wyjątkowo skromna. Raczej zaskoczyło mnie to, że to jest tak... słabe.
Z tej historii naprawdę można by wyciągnąć dużo więcej emocji, a mimo to taki fachura jak Eastwood postanowił opowiedzieć to w sposób, który te emocje zabija. To taki paradokument, w którym 90% filmu to opowieść o dojrzewaniu bohaterów, o ich przyjaźni, czyli ma to nam uświadomić, że to normalne chłopaki, nawet nie wielkie orły, a potem uświadomić nam, że byli zdolni do czynów heroicznych.

piątek, 12 czerwca 2020

Odrobinę paranormalu, czyli Strefa mroku, Nos4a2, Russian Doll


Kolejna notka serialowa, choć trochę zwalniam tempo ostatnio i niewiele mi podpasowuje. Z dzisiejszych też tylko jeden obejrzałem do końca, a dwa porzuciłem w trakcie, bo jakoś nie porywały. No to do rzeczy.

Russian Doll - jeżeli pamiętacie Dzień świstaka, fabuła Was specjalnie nie zaskoczy, natomiast w detalach ta nowa produkcja jest dużo bardziej zakręcona, ma więcej charakteru. Bohaterka ćpa, pije i bawi się na całego, choć nadciągające urodziny troszkę ją dołują - najchętniej by się zresetowała, żeby nie myśleć o tym co przykre.
Wieczór nie kończy się jednak dobrze. Tyle, że to nie jedna śmierć, tylko maraton, który nie ma końca - jakkolwiek nie próbowałaby uniknąć wypadku lub innego sposobu uśmiercenia, ono i tak jej się trafia, a potem znów znajduje się w łazience na swojej imprezie... Jej życie może potrwać kilka minut, kilka godzin, a może prawie cały dzień.

wtorek, 9 czerwca 2020

Sarkofag - Jacek Ostrowski, czyli ona jest nie do zdarcia

W oczekiwaniu na czwarty tom serii z papugą (lada dzień) szybko uzupełniam zaniedbanie i kilka zdań o części trzeciej. Tylko od razu uprzedzam, że ja Zuzę Lewandowską pokochałem tak mocno, iż chyba nie jestem obiektywny w ewentualnych ocenach i rekomendacjach. Mam bowiem wrażenie, że niezależnie czego dotyczyłaby intryga kryminalna, to i tak frajdę mam z samego spotkania z panią mecenas, jej zwierzyńcem i uroczym stosunkiem do bliźnich, a w szczególności do tych, którzy jej nadepną na odcisk.
Nie, zdecydowanie nie jestem obiektywny, ale i Wy pewnie stracicie obiektywność, jak sięgnięcie po którąś z książek p. Jacka o Lewandowskiej. Przy pierwszej zachwycałem się realiami PRL, płockimi układzikami, tym że nawet z "wrogiem" się czasem tu trzeba spotkać, bo skoro wszyscy się znają, to i wzajemnie trzeba się wspierać (albo coś wyprosić albo wymusić). Potem już dla mnie ważna była ona - idealna kandydatka na królową życia, która nie przejmuje się tym co mówią o niej inni, cyniczna, niepokorna, bezpośrednia, szanowana przez żuli i raczej unikana przez władzę. No, może nie całą władzę, bo władza obywatelska bardzo chętnie by się nią zajęła, tylko jakoś haka nie mogą znaleźć.

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Jej wysokość gęś. Opowieści o ptakach - Jacek Karczewski, czyli braciszkowie skrzydlaci

Obawiam się, że o tej książce nie będę potrafił napisać nic mądrego, mimo że przecież jestem nią zachwycony. Trzeba jednak mieć dar gawędzenia i niesamowitą pasję, by o ptakach pisać tak jak pan Jacek. A ja nie mam ani jednego ani drugiego.
Czytałem z wypiekami na twarzy, czując się trochę tak jak ... lat temu, gdy jako małe dziecko oglądałem Zwierzyniec i dowiadywałem się pierwszych ciekawostek o zwierzętach. Okazuje się, że nie tylko to co egzotyczne może zainteresować. Tak mało zwracamy uwagę na naszych mniejszych braci fruwających, przyzwyczajeni do ich obecności, że zanim się obejrzymy, może się okazać, że już wcale wokół nas ich nie ma. To dopiero byłoby przerażające.
Jacek Karczewski pisze zarówno o tych mniej u nas gatunkach spotykanych, jak i tych, które może widujemy jeszcze dość często, jak choćby pospolite wróble. I pisze tak, że aż ma się ochotę wyjść na spacer, by szukać ich obecności.

niedziela, 7 czerwca 2020

Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa, czyli nie tylko Vega

To jeszcze jedna produkcja jako uzupełnienie do wczorajszej notki. I powiem Wam, że pełnokrwista. W kinie jakoś sobie odpuściłem, bo jakoś nie przepadam za klimatami mafijnymi w polskim wydaniu w stylu Masy - wolę Pasikowskiego niż Vegę, który zjada własny ogon. A tu okazuje się, że Maciej Kawulski potrafił mnie zaskoczyć. Opowiedział historię, w której jest może i jest trochę przerysowań, uproszczeń, ale ona daje sporo frajdy, bo są w niej ciekawe postacie, jest humor i jest krew. W uproszczeniu można powiedzieć: to opowieść gangusa (a twórcy twierdzą, że większość wydarzeń miała miejsce naprawdę), który może i nie zrobił kariery takiej jak bossowie z Pruszkowa, ale równolegle z nimi zbijał majątek i robił "karierę". Jego komentarze do tego co widzimy na ekranie, to nie tylko życiorys, ale i jakaś ocena tamtej rzeczywistości, pokazania, że w tamtych czasach tak właśnie dochodziło się do majątku. Bohater uwielbiał adrenalinę, nie miał oporów, by łamać prawo (byle nie krzywdzić kobiet i dzieci), a nie miał specjalnie innych perspektyw.

sobota, 6 czerwca 2020

Krajowe znaczy gorsze, czyli Ukryta gra i Czarny mercedes

Zdaje się, że nie wspominałem, że na miejsce jakiegoś postu chwilowego wepchnąłem recenzję filmu "Konwój" no to łapcie. 
A do kompletu dorzucam jeszcze dwie produkcje krajowe. W tytule notki powinien być jeszcze znak zapytania - bo w sumie nie uważam, żeby naprawdę wszystko co robimy było tak dużo gorsze do produkcji zachodnich. Wiadomo, budżet robi swoje, ale jeszcze większe znaczenie ma scenariusz, aktorstwo, reżyseria. No i producenci, którzy znają się na swojej pracy, mogą bardzo pomóc w podniesieniu jakości. W przypadku "Ukrytej gry" na pewno mieli oni znaczny wpływ na całość i do promocji, do castingu, do przemyślanej koncepcji produkcji, raczej nie mam zamiaru się czepiać. Gdyby jeszcze tylko debiutujący w długim metrażu Łukasz Kośmicki potrafił w tej historii nie zagubić tego co najważniejsze byłoby idealnie. A co w niej moim zdaniem było najważniejsze?

piątek, 5 czerwca 2020

Stulecie kryminału, czyli na taki cel warto!

Kryminały mają dobrą passę, rynek się rozwija, gatunek też, coraz więcej ciekawych debiutów i choć czasem w tej masie tytułów trudno wyłowić to co najciekawsze, to ja nie zamierzam marudzić. Z radością przyjmuję też fakt iż popularność kryminałów dostrzegana też jest w urzędniczych gremiach - sto razy bardziej podoba mi się pomysł wydania kasy na konkurs literacki, niż rauty, jubileusze czy pływanie jachtem po świecie (do dziś świetnie wspominam pomysł na cykl SF Narodowego Centrum Kultury). Wartość dodana konkursu gdzie startują też debiutanci, to fakt, że może pojawić się jakiś nowy talent! Biuro Programu Niepodległa otrzymało chyba ponad 300 prac, z czego wybrano najciekawsze i oto przed nami zbiór będący podsumowaniem projektu. O tyle ciekawym, że oprócz nagrodzonych prac, swoje dołączyli również jurorzy. 100 lat mija nie tylko od uzyskania przez Polskę niepodległości, ale w roku 2019 świętowaliśmy również 100 rocznicę powołania na naszych ziemiach Policji - w sumie to takie narodziny kryminalistyki. Choć mieliśmy trochę ludzi, którzy służyli w służbach zaborców, ale teraz trzeba było zbudować nie tylko nowe kadry, ale i scalić wszystko mimo niesnasek terytorialnych i historycznych. Trochę pisał o tym np. Ćwirlej, również inni. Trochę takich ciekawostek pojawia się również w tym tomie - pierwsze kobiety w Policji, uczenie się nowych technik (np. daktyloskopii).
I jeszcze ważna informacja - dochód ze sprzedaży książki idzie na rzecz Fundacji Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach. To co, przekonałem? Nie? To jeszcze parę zdań.

czwartek, 4 czerwca 2020

Dlaczego nikt nie widzi, że umieram - Renata Kim, czyli historie ofiar przemocy psychicznej

Podtytuł mówi bardzo wiele o tym z czym mamy do czynienia. Zebrane historie, jedne podane w całości, inne podzielone na fragmenty i przeplatane z innymi na zasadzie podobieństwa, a do tego jakieś niewielkie fragmenty podsumowania, czyli komentarza ze strony specjalistów, którzy takie historie słyszą często.
Niełatwa to lektura i to z dwóch powodów. Po pierwsze ciężar bólu, który się wylewa z tych opowieści jest trudny do przyjęcia w takiej dawce. Po drugie niestety wiele schematów w tych historiach się powtarza - cykl przemocy, dochodzenie do siebie po rozstaniu ze sprawcą, tęsknota i brak zrozumienia ze strony otoczenia. Tak to już jest, że przemoc kojarzy nam się z przemocą fizyczną, a co z przemocą psychiczną, która śladów nie zostawia?

środa, 3 czerwca 2020

Człowiek człowiekowi, czyli czteropak: Klasa pracująca, Potwory, Zła edukacja, Człowiek jutra

Jutro w planach dłuższa trasa rowerowa, ale może i na notkę czasu starczy. Będzie książka, tylko dziś jeszcze nie powiem Wam jaka - w szkicach mam aż trzy rzeczy, a dziś kolejny tytuł chyba skończę.

Ale na razie filmowo.
Najpierw kilka mnie znanych tytułów, a potem coś nowszego z HBO. Klasa pracująca - moim zdaniem całkiem ciekawy pomysł, ale nie do końca wykorzystany. Oto facet, który całkowicie poświęca się swojej pracy - non stop pod telefonem, podejmuje niełatwe decyzje, skupiony na celu, by firma zarabiała jak najwięcej, a dzięki temu jemu sypią się premie. Rodzina? Cóż. Musi im wystarczyć jego kasa, bo czasu dla nich nie ma.
Gdy jednak popełnia błąd, zamiast go chronić, firma się go pozbywa. A nowe stanowisko niełatwo zdobyć. Facet ma swój wiek, doświadczenie, ale na rynku zastój, a fama już poszła.

wtorek, 2 czerwca 2020

Teściowe muszą zniknąć - Alek Rogoziński, czyli groźne bo nieprzewidywalne

Filmy odkładam na jutro, do szykowanego trzypaku dorzucę jeszcze czwarty, w miarę świeży tytuł. Tym razem... niech będzie, że to kino społeczne.

A ponieważ ostatnie kilka godzin spędziłem robiąc fotki i porządkując kolekcję autografów i różnych wspomnień, postanowiłem napisać o najnowszej książce Alka Rogozińskiego (jest do słuchania w Empik Go).

Ten facet to pewnego rodzaju fenomen. Może nie pisze tak szybko jak Remigiusz Mróz, ale ma już chyba prawie równie oddaną i liczną rzeszę fanów (z naciskiem na płeć piękną), wypuszcza swoje komedie kryminalne na tyle często, by nie dać o sobie zapomnieć no i jest jeszcze coś, co chyba stanowi podstawę jego fenomenu (przynajmniej ja się na to łapię).

Jego cudowne poczucie humoru, autoironia, luz, objawia się nie tylko na spotkaniach w cztery oczy, ale i w tym jak komunikuje się on choćby na swoim FB z czytelnikami. Powiem szczerze - te jego miniaturowe humoreski są czasem nawet lepsze od książek (nie bijcie tylko). Popatrzcie kiedyś sami i zrozumiecie o co mi chodzi. I za to go polubiłem. Choć parę razy odłożyłem książkę raczej z rozczarowaniem, że spodziewałem się więcej, lepiej, śmieszniej, to i tak, właśnie ze względu na sympatię do autora, kupuję kolejne tytuły. Późno zacząłem, ale nadrabiam (mam jeszcze dwie kolejne na stosie). A co powiem o najnowszej?

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Bigbitowy dzień dziecka, czyli szalone dżwięki ze smutnych czasów

Dziś krótka notka muzyczna. I w sumie trochę nawiązująca do dzisiejszego dnia - w końcu dziecko w sobie nosi po troszku każdy z nas. A więc ci którzy pamiętają bigbit niech przygotują się na wspomnienia, a wszyscy młodsi, w tym dzieci niech nie patrzą na rodziców i dziadków jak na dinozaury, tylko niech spróbują docenić rytm, proste teksty i fakt, iż mimo że tak niewiele było powodów do radości w tamtych czasach (z perspektywy) to jest w tej muzyce kupa radości. Bo też ludzie chcieli się wtedy bawić, chcieli kochać, chcieli żyć.
Płyta o której dziś to zarejestrowany koncert z ubiegłego roku, próba połączenia kilku pokoleń w ramach finału 22 Biennale Sztuki dla Dziecka w Poznaniu. Na scenie głównie młodzi muzycy, ale repertuar można by rzec: ponadczasowy. Przecież wiele z tych kawałków pamiętanych jest do dziś, a czasem przerabiane są i wykorzystywane we współczesnych brzmieniach.

niedziela, 31 maja 2020

Dwa razy Yorgos Lanhimos, czyli Lobster i Zabicie św. Jelenia

"Kieł" Lanthimosa mnie raczej wkurzył niż zachwycił, ale im więcej oglądam filmów tego reżysera, tym tego zachwytu we mnie jest więcej. Ma odwagę, wyobraźnię, nie idzie na łatwiznę, a jego projektom trudno odmówić oryginalności. Pisałem o "Faworycie", o "Kle", to dziś o kolejnych dwóch filmach.

"Lobster" - już lektura scenariusza (lub choćby opisów może rozłożyć na łopatki i sprawić, że się krzyczy: co to jest?!). Oto świat, w którym ludziom nie wolno być samotnym - każdy musi mieć parę, a dla tych, którym jest trudno (choćby wdowcom, ludziom porzuconym), przygotowano specjalne programy "resocjalizacyjne". Przez kilkadziesiąt dni pobytu w ośrodku przechodzą coś w rodzaju... hmmm terapii? Wszystko sprzyja temu, żeby ludzie się zaprzyjaźniali, żeby razem spędzali czas, ale odbywa się to nie w atmosferze jakiejś walki o zwycięstwo, o szczęście, tylko w atmosferze strachu. Jeśli bowiem w ramach określonego czasu - turnusu nie znajdziesz partnera/partnerki, zostaniesz zamieniony w zwierzę (tak jak brat głównego bohatera, który mu towarzyszy jako pies).

sobota, 30 maja 2020

Pomocnik kata - Marek Krajewski, czyli Łyssy jedzie do stolicy

Kolejne spotkanie z Edwardem "Łyssym" Popielskim. Krajewski niby pożegnał się ze swoimi bohaterami, ale wciąż i tak do nich wraca, dopisując po prostu wcześniejsze ich losy. I w sumie może i dobrze. Gdy się poznało kogoś tak jak Popielskiego i Mocka, to nawet jeżeli wiemy już jak potoczy się ich kariera (a więc nie zginą we tomach, które teraz się okazują!) i tak śledzi się te historie z wypiekami na twarzy. Po części - to właśnie te wydarzenia ich kształtowały, wpłynęły na to, jak potem prowadzili swoje śledztwa. Czyli - chronologia wydań mówi nam, że to z Popielskim tom 8, a naprawdę chyba dopiero 2.

Podobnie jak w niedawno wydanej "Dziewczynie o czterech palcach" tak i w "Pomocniku kata" mamy do czynienia nie tyle z kryminałem, co z historią szpiegowską, pogmatwaną grą wywiadów, podejrzeń, pomyłek, podwójnych agentów, prowokacji i mylnych tropów. Piętrowa budowa intryg wydaje się chwilami aż mało realna, potem jednak zgrabnie wszystko udaje się Krajewskiego połączyć, uzasadnić, nawet jeżeli nie perfidnym planem, to po prostu przypadkiem, który został odpowiednio wykorzystany.

piątek, 29 maja 2020

Trzypak wzruszający, czyli Chrzest Ognia, Pusta widownia i Dziewczyna

Kolejna wrzuta z filmami, które w kinach nawet nie gościły, ale gdy upolujecie je w tv, obejrzycie je z przyjemnością, szczególnie gdy lubicie trochę łzawe historie (np. na faktach).
"Pusta widownia" to opowieść o kobiecie, która obciążona jest genetyczną chorobą psychiczną i skłonnością do depresji. Choć stara się być dobrą matką dla swoich córeczek, zdarzają jej się często momenty zawieszenia, gdy zapada w swój świat, zaniedbując wszystko. Wspomina wtedy chorobę swojej matki, wszystkie trudne chwile dzieciństwa, swoje pierwsze próby gry na fortepianie. Chciałaby grać, występować, ale ewidentnie potrzebuje wsparcia innych. Potrzebuje, choć jednocześnie ono ją drażni. Gdy mąż zaczyna jej unikać, samopoczucie pogarsza się na tyle, że kobieta zmuszona udać się na leczenie. W tym czasie mąż odcina ją na kilkanaście lat od córek...

czwartek, 28 maja 2020

Osobisty przewodnik po Pradze - Mariusz Szczygieł (fotografie Filip Springer), czyli láska - najlepiej praska

Na dziś była zaplanowana zupełnie inna notka książkowa, ale w ciągu kilka godzin połknąłem najnowszą książkę Mariusza Szczygła i jakoś nie mogę się powstrzymać, by napisać o niej od razu.
Myślę, że na pewno będę do niej wracał. I nie tylko po to, by z mapą w ręku (świetnie, że wszystkie miejsca są pozaznaczane na mapach miasta!) szukać opisanych perełek, które zdaniem autora są godne uwagi. Będę wracał choćby po to, by na spokojnie szukać sobie jeszcze kolejnych ciekawostek w sieci, by porównywać wrażenia, może to jak te miejsca się zmieniają, zarysowane na stronach książki historie wyciągać po to, by ciągnąć je dalej, dowiadywać się kolejnych szczegółów. Szczygieł przecież nie tworzy przewodnika po historii Czech, te jego zdania o poszczególnych postaciach to jakieś zajawki, impresje zaledwie. Ale budzą ciekawość. I nie ukrywam - tak jak w przypadku Josefa Sudka - budzą też zachwyt. Za to jestem Szczygłowi wdzięczny. To nie tylko przewodnik po Pradze i miejscach, które on w tym mieście lubi, uznaje za ciekawe, ale i inspiracja do tego, by poznawać, studiować, kosztować tego co dla nas nowe, może czasem znane jedynie ze słyszenia. Literatura, muzyka, architektura, malarstwo, przewijają się tu w prawie każdym fragmencie książki poświęconym jednemu z 60 miejsc. Dodajmy miejsc nie zawsze oczywistych, bo najczęściej omijamy rejony najbardziej oblegane przez turystów. I to jest fajne, bo po kilku wyprawach do Pragi ja również doświadczyłem już frajdy z poruszania się czasem bez mapy, bez konkretnego celu, zdając się na to co czeka na mnie za rogiem. Ta książka może podsunąć parę pomysłów na konkretne miejsca, ale jest też lekcją bycia otwartym na takie właśnie okazje - masz ochotę gdzieś wejść, to zaglądaj, bo może coś tam ciekawego odkryjesz.

środa, 27 maja 2020

Kalifat, czyli bo to jest wojna

Nadal szaleję na Netflixie, na razie głównie rzeczy krótsze, ale i na pewno będę nadrabiał zaległości z tasiemcami po kilka sezonów. Dziś o "Kalifacie". I wiecie co?
Trzyma w napięciu, ale jakoś rozczarował mnie ten serial - zbyt wiele w nim uproszczeń. Sprawdza się jako kryminał, czy też thriller, w którym dwie kobiety są coraz bardziej osaczone i bezradne, choć zupełnie w innych sytuacjach, miejscach, z innych powodów. Jedna jest policjantką, która ostatnio podpadła przełożonym i próbuje udowodnić, że ma nosa i mimo wybuchowego temperamentu, potrafi wykryć zagrożenie terrorystyczne. Druga mieszka w Rakkce, stolicy Państwa Islamskiego, przerażona tym co wokół się dzieje, za wszelką cenę chciałaby stamtąd uciec. Fatima w Szwecji sama wpędza się w kłopoty, jest chaotyczna, podejrzliwa, impulsywna, popełnia błędy. I zmuszając Pervin do dostarczenia jakichś dowodów na zamach organizowany w Europie, każe tamtej, przecież w dużo gorszej sytuacji, coraz bardziej ryzykować. Nie wyciągnę cię, jeżeli mi nie dasz tego - mówi, a gdy to już dostaje żąda jeszcze więcej.

wtorek, 26 maja 2020

Buntowniczki. Niezwykłe życie Mary Wollstonecraft i jej córki Mary Shelley - Charlotte Gordon, czyli wołanie o godność


Czytałem sobie małymi kawałeczkami przez parę tygodni, ale to nie znaczy, że lektura jest nudna. Po prostu przekopywanie się przez masę nazwisk, dat, cytatów, wolałem sobie dawkować. Nie znając praktycznie wcale twórczości pierwszej z bohaterek, słabo znają twórczość drugiej, a nic nie wiedząc o ich biografiach, nie miałem łatwo. A mimo to cieszę się z przeczytania tej książki. Dwa niebanalne życiorysy kobiet, które w swojej epoce czuły się tłamszone, nie mogły w pełni rozwinąć skrzydeł, ale jeszcze ciekawsze dla mnie było to, jak zmieniało się ich postrzeganie w trakcie ich życia, a jak zmieniało się po śmierci. Ktoś kto był postacią kontrowersyjną, odrzucaną przez społeczeństwo, nagle w oczach kolejnego pokolenia, mediów, krytyków, zyskuje status statecznej małżonki, pani domu, opiekunki domowego ogniska. Zważywszy na to, że sama zainteresowana raczej parsknęła by śmiechem, to fascynujące jak można poprzez jakiś dobór wspomnień, tekstów, biografię pisaną po śmierci, zupełnie zmienić czyjś obraz. Do tego stopnia, że twórczość i przesłanie się rozmywa, przestaje być ważne. Woolstonecraft swoją twórczością przecierała drogę nie tylko kobietom-pisarkom, ale wszystkim przyszłym ruchom feministycznym walczącym o równe prawa, a mimo to przez długi czas była odrzucana przez środowiska lewicowe jako hipokrytka. Czy dlatego, że ulegała uczuciom i otwarcie o nich pisała? Małżeństwo lub jakieś emocjonalne załamania i dopominanie się odwzajemniania miłości, miałoby przekreślać wartość jej tekstów, w których uznawała małżeństwo za jedną z form opresji. Sporo tu takich ciekawostek. Ale też i ich życie nie było banalne.

Noughts & Crosses, czyli zamiast ciekawej dystopii, młodzieżowe romansidło

Iksy i zera. Chyba tak lepiej to brzmi niż Krzyżyki i Kółka. Przewrotny pomysł, by opowiedzieć o nierównościach poprzez zamianę kolorów skóry niestety irytuje zbyt wieloma uproszczeniami i prawdę mówiąc zmuszam się do tego, by ciągnąć dalej oglądanie (pocieszam się tym, że odcinków niewiele i chcę zobaczyć dokąd to zmierza). Nie tylko tym, że dla twórców zdaje się, że najważniejszy jest wątek romansu białego chłopaka z nizin społecznych i czarnoskórej córki ministra spraw wewnętrznych - to taka Romeo i Julia trochę w innych realiach, bo nikt nie akceptuje ich uczucia.
Irytują wszystkie te obrazy, które w sposób jaskrawy mają przełożyć nam różne stereotypowe obrazy jeden do jednego - oto lud z Afryki, który podbił Anglię opala się na basenami i zamieszkuje piękne wille, a biali, podbici Anglicy pracują u nich jako służba, a zamieszkują slamsy, to o nich opowiada się: lepiej nie wchodzić w te dzielnice. Serio? Czarne - białe, bez żadnych szarości? A gdzie klasa średnia, której powodzi się mniej więcej podobnie? Ile to dekad upłynęło od podbicia Wysp Brytyjskich, że tak zdominowała ją kultura afrykańska? Okupant przecież zwykle musi się natrudzić, by udowodnić swoją wyższość (nie tylko militarną). 

poniedziałek, 25 maja 2020

Statystycznie rzecz biorąc, czyli ile trzeba zjeść czekolady żeby dostać Nobla - Janina Bąk

Autorka sama wymyśliła świetny podtytuł, więc tym razem nie musiałem nic kombinować od siebie w tytule notki. Choć tym razem pomysłów byłoby pewnie całkiem sporo, bo też i fajnych (i celnych) porównań, określeń, anegdot w tej książce jest cała masa.
A ponieważ ani nie dostałem jej do recenzji, ani też nie jestem częścią dużej wspólnoty blogerskiej (w sensie formalnym tak, ale towarzyskim stety/niestety nie), moich zachwytów nie musicie brać w cudzysłów i zastanawiać się nad tym czemu kit Wam wciskam. Staram się nigdy tego nie robić (nawet jak egzemplarz jest nadesłany przez wydawcę), choć zdarza mi się łagodzić szczególnie negatywne zdania. Tym razem na szczęście nie muszę.
To dobra pozycja jest. Nie wiem na ile wartościowa, bo nie ukrywam, że oczekiwanie od pozycji popularnonaukowych mam zawsze takie, by coś po lekturze zostało w głowie albo człowiek miał ochotę sięgać natychmiast po coś więcej z tej tematyki. W moim przypadku "Statystycznie rzecz biorąc" w tym zakresie się nie sprawdziło - nie mam ochoty czytać nic więcej o statystyce (chyba, że będzie napisane to w podobny sposób), a i w głowie poza paroma casusami z badań niewiele zostało. Większość z nich i tak znałem wcześniej, ale mimo to akurat te części mnie nie nudziły - faktycznie Janina Bąk potrafi o nich ciekawie opowiadać.