piątek, 29 marca 2019

Kółko się pani urwało - Jacek Galiński, czyli kocham Panią, Pani Zofio

Dopisałem parę zdań o "Przemytniku" z Eastwoodem i tak sobie pomyślałem, że do starszego pana, który wozi narkotyki dla mafii, bo nikt go nie podejrzewa, idealnie będzie pasować bohaterka świeżo przeczytanej książki.
A więc przedpremierowo: Kółko się pani urwało :)

Wyobraźcie sobie emerytkę, która żyje samotnie i według swoich własnych schematów: tu wypatrzy promocję na kurczaki i będzie jechać przez pół miasta (co ma innego do roboty), tu zajrzy do klubu seniora na jakieś zajęcia, to znowu zdrzemnie się na pół dnia, żeby sił nabrać do nowych aktywności. Generalnie stara się nie narzekać, a przynajmniej sama o sobie tak myśli, bo przecież w rzeczywistości narzeka prawie na wszystko. Powiem więcej: jest w cudowny sposób zgryźliwa, chwilami bezczelna, egoistyczna, walcząca o swoje, a w tym wszystkim po prostu chwilami rozbrajająca. Znacie takie staruszki? Takie które nawet z uśmiechem dziękując, że nie trzeba im pomóc, już wpychają ci wózek do dźwigania od którego tobie za chwilę pęknie kręgosłup, a ona przed chwilą ciągnęła go bez zadyszki? Które niby nie mają siły by wstać z ławki na przystanku, a po chwili wpychają się pierwsze do tramwaju nawet nie pozwalając ludziom by wysiedli? Które masz jak w banku, że czekając w kolejce do lekarza wepchną się przed ciebie, choć nawet nie mają numerka? Wiem, wiem, przesadzam, ale właśnie w ten sposób myśli też bohaterka prawie o wszystkich, którzy ją otaczają. Czytanie o tym w jaki sposób ocenia ludzi, jak nimi manipuluje, by uzyskać to co chce, jak sobie radzi nawet w sytuacjach, które są dla niej nowe, to niesamowita zabawa.
Bo też Kółko się pani urwało jest komedią kryminalną, w której niby jest jakaś intryga, największą frajdę sprawiają nam jednak zwariowane pomysły bohaterki.

Psie serce, czyli zwierzę sceniczne



To nie nazwisko autora (Michaił Bułhakow) zwabiło mnie na to przedstawienie, ale Borys Szyc, którego po „Hamlecie” (również we Współczesnym) uważam za jednego z najlepszych współczesnych aktorów scen teatralnych. Między znajomymi mówię o nim jako o „zwierzęciu scenicznym”, a więc nie można było nie widzieć tego spektaklu.
Powieść Bułhakowa przedstawia realia po rewolucji październikowej w formie zjadliwej groteski, ale jak się temu mocniej przyjrzeć, to w dobie współczesnej niekoniecznie straciło na aktualności – historia jednak kołem się toczy. Widzowie bawią się świetnie, ale przez ten śmiech przebijają się do mózgu myśli pełne obaw i dreszcze chodzą po plecach.

czwartek, 28 marca 2019

Przemytnik, czyli nie bierzcie ze mnie przykładu


Ostatnio notki piszę po nocy, potem łażę niczym zombie, a mimo pisania dzień w dzień i ta wciąż gromadzą się zaległości... Czy znowu mam łączyć np. filmy po kilka? Chciałoby się jednak każdemu poświęcić ciut więcej miejsca.
A więc zapowiedź: notka o Przemytniku jutro. Ale mimo mojej miłości do Eastwooda, tym razem rozczarowanie.
W kolejnych dniach na pewno trochę teatrów, z filmów Kurier, Zabić św. jelenia i może coś animowanego, a z książek coś wesołego.
A teraz dobranoc bo padam na nos.

No to co z tym Przemytnikiem. Clint mimo swojego wieku jest nadal w formie. Jako aktor pozostaje sobą, bywa cudownie zgryźliwy, niepoprawny politycznie, ale też potrafi być ciepły, dający wsparcie. Jako reżyser nie ma dwóch zdań potrafi opowiadać historie. Tym razem jednak coś w tej jego opowieści szwankuje. Po pierwsze brakowało mi w niej jakiegoś napięcia, niby domyślamy się zakończenia, nie ekscytuje ono nas w większy sposób. Do tego dochodzą jeszcze względy moralne...

Mieszko I. Tajemnicze drewienko - Magdalena Koziarek, czyli dotknij, spróbuj, pytaj i wymyślaj historie

Mała zmiana w książkowych notkach. Moje dzieci wyrosły już z książek dla dzieci, same dobierają sobie lektury, a starsza nawet systematycznie ograbia mnie z moich kolekcji (King, Pratchett, Kisiel). Od czasu do czasu sam jednak z ciekawością zerkam na pozycje dla młodszych, przypominając sobie te chwile gdy jeszcze czytywaliśmy razem i wyobrażając sobie jakie emocje budziłby w nas dany tytuł - czy spodobaliby się nam bohaterowie, czy ich przygody by nas wciągnęły? Bardzo dobre wrażenia jakie wzbudziły we mnie książki "Damy, dziewuchy, dziewczyny" sprawiły, że kontynuuję poszukiwania po linii biografii. Seria "Polscy bohaterowie" to różni autorzy, ale w miarę spójna szata graficzna. I chyba do niej miałbym najwięcej krytycznych uwag. Mam wrażenie że jest zbyt infantylna, to ilustracje, które dla dzieciaków są mało atrakcyjne, a dorosłym kojarzą się raczej z wydawnictwami, które dostępne są "po taniości" i walą nachalnymi kolorami po oczach. Warto by nad tym popracować.
A treść?
Hmmm... Jak napisać o sławnych postaciach, tak żeby było to ciekawe i nie przypominało cytatów z podręcznika? Najlepiej wpleść w fabułę jakichś młodych bohaterów, którzy sami, niejako przy okazji odkrywają jakiegoś bohatera i jego osiągnięcia. Taki właśnie pomysł wykorzystany jest właśnie w książce Magdaleny Koziarek.

wtorek, 26 marca 2019

CASA VALENTINA, czyli pozwólcie mi być wolnym choć innym



Szalenie lubię wyjść z teatru i mieć tyle tematów do rozmowy, że nie wiadomo od czego zacząć, omawiać obsadę kłócąc się zażarcie, kto był najlepszy, by w końcu dojść do konkluzji, że każdy był rewelacyjny w swojej roli i cieszyć się, że akurat w ten wieczór wszyscy grali tak pięknie, że widownia zgotowała im oklaski na stojąco.

Historia (scenariusz Harvey Fierstein) oparta jest na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce w Ameryce, w latach 50-tych. Jest opowieścią o transwestytach, którzy swój raj na ziemi znaleźli w pensjonacie Rity (Maria Seweryn) i George’a (Rafał Mohr). Tam czuli się bezpiecznie jako kobiety, zostawiając za sobą, choć na krótką chwilę, życie w zakłamaniu, kłamstwie i strachu. W tamtym czasie zarówno homoseksualizm jak i przebieranki w damskie ciuszki, by choć przez chwilę móc pobyć mężczyznom po tej ich kobiecej stronie, karane były napiętnowaniem: „zboczenie” i wieloletnimi wyrokami więzienia. W takich warunkach pensjonat Rity był dla nich oazą ciepła, spokoju, akceptacji. A Rita ich rozumiała, sama miała męża transwestytę, pobrali się, bo ona pokochała jego męską stronę i zdołała zaakceptować stronę kobiecą. Jest przyjaciółką ich wszystkich i jako perukarka pomaga im w tworzeniu kobiecej osobowości. Kiedy kolejni goście zjeżdżają do pensjonatu jako mężczyźni, by po chwili przeistoczyć się w kobiety, przekomarzać ze sobą – widzowie pękają ze śmiechu.

poniedziałek, 25 marca 2019

Belfer, czyli dawniej wszyscy byśmy wstali


Narobiło się trochę opóźnień z notkami teatralnymi, ale ponieważ w najbliższych tygodniach szykuje się sporo pracy i wyjazdów służbowych - może choć na pisanie znajdę chwilę.
Dziś Wojciech Pszoniak i świetny monodram Belfer (scena mistrzów Akademii Teatralnej nie zawodzi), spektakl który wzbudził we mnie sporo emocji i refleksji. Będzie więc trochę o samym przedstawieniu, jak i o sprawach jakie porusza scenariusz. Notkę dedykuję wszystkim moim nauczycielom oraz tym, którzy dziś podejmują ten zawód. Dość niewdzięczny przyznajmy, bo bardzo stracił na prestiżu i powodów tego jest cała masa.
Bohater - nauczyciel literatury opowiada o swoim profesorze, jakim szacunkiem go obdarzał, jakim był dla niego autorytetem. Kiedyś w mniejszych miejscowościach poza księdzem i wójtem nie było nikogo, kto byłby obdarzany większym podziwem. Wstawaliśmy mówiąc "dzień dobry" gdy nauczyciel wchodził do klasy... A dziś?
Wiedza na wyciągnięcie ręki, a belfer staje się kimś w rodzaju trenera, który ma ćwiczyć do testów albo cerbera, próbującego upilnować dzieci przez pół dnia, żeby się nie pozabijały. Połowę czasu pracy zabierają mu bezsensowne papiery jakich się od niego wymaga. Zarabia jak zarabia. Nie mam zamiaru w tej notce odwoływać się do strajku, ani bieżącej atmosfery, ale pomyślcie o tym jak Wy odnosiliście się do nauczycieli, jak o nich myślicie dziś i spróbujcie pomyśleć czy tak samo myślą Wasze dzieci. Abstrahując od oceny systemu edukacji, programów nauczania, po prostu mam wrażenie, że szkoła staje się coraz bardzie przykrym obowiązkiem, bo młodzież ma odczucie, że to im do niczego nie potrzebne. Kimś jest nie ten, kto skończył studia, ale ten kto ma fejm, kto zarabia kasę, o kim się mówi. I choćby robił głupoty, staje się wzorem dla młodych. Autorytety? Dziś już chyba dla młodych nie istnieją.
I jak w tej rzeczywistości odnajdują się nauczyciele? Coraz bardziej wypaleni, rozgoryczeni, że ich ambicje, oczekiwania jak to młodzież będzie chłonąć z wdzięcznością ich wiedzę, legły w gruzach. Powiecie - na szacunek trzeba zapracować - ale przyznacie, że trudno to zrobić gdy na wejściu nawet rodzice nie dają ci wsparcia i przytakują dzieciom, że pani pewnie jest głupia, bo robi coś co dzieciom się nie podoba...
Jak to się ma do Belfra?

niedziela, 24 marca 2019

Kryminalne przypadki Matyldy - Bożena Mazalik, czyli na kłopoty... lampka wina

Kryminał tym razem na wesoło. I choć pewne skojarzenia z mistrzynią Joanną Chmielewską pojawiły mi się w trakcie lektury, to już co do intrygi mam trochę uwag.
Generalnie jest sympatycznie. Trochę szalona bohaterka, wraz z równie nieprzewidywalną przyjaciółką, a wokół nich masa wydarzeń, które czasem same prowokują, innym znowu razem jakoś przypadkiem ładują się w samo ich centrum. To chyba jedna z rzeczy, która mi przypominała kultowe postacie z powieści Chmielewskiej: były równie zakręcone, działające pod wpływem impulsu, uparte, ciekawskie, przebojowe... Strach zwykle przychodzi wraz z opamiętaniem ciut za późno, pozostaje więc czekać na to co będzie dalej i liczyć na fart. I chyba nawet dla ewentualnych złoczyńców wcale nie są łatwymi ofiarami, bo niby bezbronne, ale jak coś im wpadnie do głowy...

Stryjeńska. Let’s Dance Zofia! Czyli prawo do bycia sobą

Zofia Stryjeńska, osoba nietuzinkowa, uznana artysta dwudziestolecia międzywojennego, wszechstronnie uzdolniona (malarstwo, grafika, ilustracje książkowe, projektantka zabawek, tkanin dekoracyjnych), przebojowa, odważna, ryzykantka. Kobieta-artystka.
Wkracza na scenę ubrana w męski strój, z miękkim wąsikiem nad ponętną wargą, a za nią na ekranie widzimy współczesne wnętrza Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Od tego zaczyna swoją opowieść Zofia Stryjeńska (w tej roli Dorota Landowska), która kolejnymi odsłonami ukazuje nam barwne życie tej kobiety. Kobiety, która kochała sztukę do tego stopnia, że w przebraniu, pod fałszywym nazwiskiem przez rok zdołała studiować w ASP w Monachium, choć wówczas nie mogły tam studiować kobiety. A jej się udało i nie, nie wyrzucono jej stamtąd, sama odeszła bojąc się rozpoznania. Jest to zarówno jej zwycięstwo jak i porażka. Ale jest wolna. Jest niezależna.

sobota, 23 marca 2019

Jednocześnie, czyli co składa się na nas samych

W ramach serii wydarzeń kulturalnych zgromadzonych pod wspólnym tytułem „Przebudzenie wiosny” obejrzałam w Teatrze SOHO monodram „Jednocześnie” oparty na tekście Griszkowca w wykonaniu Przemysława Stippy, w reżyserii Artura Tyszkiewicza. Bardzo dziwny ten tekst. Zupełnie jak rozprawka filozoficzna. Jakieś przedziwne zagłębienie się w siebie, rozkładanie na molekuły wszystkiego co składa się na nas samych. Nie jest to tekst łatwy, przyznaję się bez bicia, że ciężko przedzierał się przeze mnie. Wyszłam z tego spektaklu z pytaniem: a właściwie o czym to było?
Potem upłynęło kilka godzin i ten dziwny tekst zaczął do mnie powracać, intrygować. Nie ma w nim fabuły jak w klasycznym utworze. Przecież ta niby opowieść, niby rozmowa z widzem to jak strumień świadomości każdego z nas. Płynie obijając się o sens życia, muskając uczucia, spowalniając na dramatach, jednocześnie chowając się w tajemnicach.

piątek, 22 marca 2019

Berek 2, czyli upiór w moherze.


Ponieważ twórcy zadbali o to w tytule, nawet nie musimy w notce dodawać naszego zwyczajowego: czyli...

MaGa: Kontynuacja niemal już kultowej komedii „Berek czyli upiór w moherze” granej przez dobrych kilka lat w Teatrze KWADRAT. Z obecną kontynuacją tej komedii czyli „Berek 2” łączy je odtwórczyni roli głównej czyli Ewa Kasprzyk, tym razem również w roli reżysera. Jeżeli ktoś był na „pierwszym” Berku i śmiał się do woli, tym razem też będzie usatysfakcjonowany, bo to ten sam rodzaj humoru.


R.: Rozgrywanie różnicy pokoleniowej i zderzenia światopoglądów może wydawać się pełne uproszczeń i przerysowań, ale trzeba przyznać, że może też bawić. Religijność, masa przyzwyczajeń, dziwactw i wścibstwo, kontra izolowanie się w swoim świecie, konsumpcjonizm, zabawa i otwarcie na wszystko co nowe - z tego musi rodzić się masa konfliktów. Zwłaszcza gdy ktoś nie chce tak łatwo pogodzić się z tym, że teraz ludzie mają żyć obok siebie, nie wtrącając się ani nawet nie interesując życiem sąsiadów. Dla pewnego pokroju ludzi z dawnych pokoleń to trudne do zaakceptowania, bo przecież życie w samotności nie ma barw, ani smaku. A gdy masz możliwość objęcia swoim zainteresowaniem kogoś innego, nawet różniącego się od ciebie, z nadzieją że twoja pomoc i życzliwość będą docenione, to tak jakby już tu na ziemi złapało się Pana Boga za nogi.  

czwartek, 21 marca 2019

Niezatapialni, czyli jeszcze nie utonęliśmy

Reklamowana jako cholernie zabawna komedia francuska "Niezatapialni" jest raczej jednym z tych filmów gdzie uśmiechamy się ciepło, a nie ryczymy ze śmiechu, daje pokrzepienie, a nie śmiech, który by pozwalał nam odreagować. Nie mówię że to źle, ale warto z góry uprzedzić, by potem nikt nie marudził, że musiał oglądać przez półtorej godziny nieudaczników życiowych i nie widział w tym nic zabawnego. Jeżeli z góry wiesz, że efektem będzie nie śmiech, a uśmiech, obejrzysz to z przyjemnością.

środa, 20 marca 2019

Cisza Białego Miasta - Eva Garcia Saenz De Urturi, czyli czy da się temu zapobiec?

Szukałem wśród szkiców czegoś ciekawego, co byłoby godne uwagi jako notka nr 3001. Przecież jestem świadom, że pisząc o wszystkim co przeczytam, obejrzę, często operuję ocenami dość średnimi, bo rzeczy fenomenalnych nie trafia się codziennie. Ale ta moim zdaniem na taki tytuł zasługuje. Wśród wielu kryminałów przeczytanych w ostatnich miesiącach ten byłby zdecydowanie na podium i już cieszę się na jego kontynuację (to pierwsza część trylogii której akcja umiejscowiona jest w kraju Basków).
Co mnie tak zachwyciło w "Ciszy Białego Miasta"? Świetne połączenie kilku składników: niebanalnej intrygi kryminalnej, ciekawie zarysowanych postaci, a przede wszystkim prowadzącego sprawę
Unai López de Ayala, zwanego Krakenem, tła którym są hiszpańskie miasteczka i ich mieszkańcy, historie które ciągną się czasem wiele pokoleń wstecz. To wszystko tworzy powieść, od  której trudno się oderwać.

wtorek, 19 marca 2019

Ciche miejsce, czyli dawno mnie tak nie wciągnęło

Opublikowałem ten post i ze zdumieniem patrzę na liczby. Piszę po raz 3000. Tyle dni i tyle notek. I dobrze mi z tym. Niby nie są ważne zasięgi, reklama itp. To daje frajdę, bo nigdy nie spodziewałem się, że tyle tego będzie, że wytrwam, że coś się nie zawali... Stracić to wszystko byłoby koszmarem.

Odkładam różne szkice na temat książek i teatrów, by wrzucić coś filmowego. Nie, nie nowości, bo znowu do kina nie ma czasu chodzić. Ale w tv zawsze coś można upolować. Usatysfakcjonowany trzecim sezonem Detektywa i piątym Luthera, szukam czegoś kolejnego z kryminałów, ale parę ciekawych krótszych rzeczy w międzyczasie odkryłem z tego co przegapiłem w kinach. Ciche miejsce okazało się hitem! Dawno nie emocjonowaliśmy się tak bardzo losem bohaterów, komentując to co się dzieje na ekranie.
Ze zdumieniem patrzyłem któż to jest reżyserem tego filmu. John Krasiński? A któż to? Przeglądam filmografię, niby ma coś na koncie, ale jakoś nie kojarzyłem go za bardzo. Za kamerą też nie stoi pierwszy raz, ale po tym filmie stwierdzam że muszę baczniej mu się przyglądać. Wiadomo, że w przypadku "Cichego miejsca" liczył się pomysł, ale tu wszystko jest na miejscu i w punkt, a spieprzyć dobry scenariusz zdarza się najlepszym. Krasiński wykorzystał go w 100%. No i sam też zagrał, co trzeba przyznać całkiem nieźle.

poniedziałek, 18 marca 2019

Żona bankiera - Cristina Alger, czyli cyfry, papier, komputery, a za nimi nie zawsze czyste interesy

I jeszcze jeden tytuł od Wydawnictwa Zysk i S-ka. Tym razem udało się nawet przedpremierowo. Tym razem nie tyle kryminał, co raczej thriller sensacyjny. A w nim naprawdę wielkie pieniądze. Nawet sobie nie wyobrażamy jak wielkie.
Politycy, mafiosi, terroryści, biznesmeni, oszuści, okazują się mieć więcej ze sobą wspólnego niż chcieliby sami przyznać. Spytacie cóż takiego? A choćby bank, w którym trzymają kasę, doradcy finansowi, którzy pomagają im ominąć zbyt wysokie ich zdaniem podatki, czy prawnicy, którzy sprawią, że wszystko na papierze będzie wyglądało nienagannie. Kto wie, może nawet i spece od brudnej roboty, gdy trzeba sprzątnąć kogoś kto im bruździ są również ci sami.
Właśnie takich interesów dotykamy w "Żonie bankiera". Przekrętów robionych przez ludzi, których nie podejrzewalibyśmy o konszachty z przestępcami, ale którzy dla dla pieniędzy zrobią wszystko. Nie prawie wszystko. Wszystko.

niedziela, 17 marca 2019

Ruby, czyli i wymarzył sobie kobietę


Strasznie żałuję, że tak późno piszę na blogu o tym spektaklu, bo niestety zdaje się przegapiłem ostatnie terminy w tym roku gdy mogliście go jeszcze zobaczyć. Chętni będą chyba musieli czekać aż do kolejnego sezonu. Niby Teatr WARSawy ma masę innych rzeczy wartych zobaczenia, ale w większości to repertuar dużo poważniejszy, natomiast Ruby może się podobać bardzo różnej widowni. Zarówno tym, którzy lubią inteligentne komedie, jak i tym, którzy chodzą do teatru głównie "na nazwiska". Skoro w obsadzie m.in. Sonia Bohosiewicz, Sławomira Łozińska, Edyta Olszówka i Mateusz Banasiuk, to chyba nie ma co narzekać na brak znanych twarzy, prawda?
Spektakl w reżyserii Adama Sajnuka to jedno z tych przedstawień, które wydają się z pozoru lekkie, bawią, ale potem wychodzisz z teatru i masz masę refleksji. Mam wrażenie, że nie tylko humor jest bliski Allenowi, ale i sam pomysł wyjątkowo wpisuje się w różne scenariusze reżysera.

Armia, Crue, czyli gardło zdarte, a św. Patryk uczczony

Najpierw parę zaległych zdań o Róbrege. Jeden zespół się powtarza, więc jest dobra okazja.

W ubiegłym roku św. Patryk na folkowo, a w tym roku na rockowo. I ciut wcześniej. Weekend zaczęliśmy w klubie Potok zielonym piwem i niezłym koncertem. A dziś okazuje się, że gardło zdarte od śpiewania, ale i przeziębienie bierze - jak się mokrym od potu wracało ponad godzinę komunikacją miejską, to potem takie skutki.
Ale koncert fajny.
Nie będę marudził, że opóźniony, a klub dość ciasny, nagłośnienie kiepskie i tak można było cieszyć się dobrą muzą.

piątek, 15 marca 2019

Stróż krokodyla - Katrine Enberg, czyli kto tak potrafi grać z policją?

No i kolejny kryminał. Jeden kończę, kolejny zaczynam. I mimo pewnych schematów jakie dostrzegam, na szczęście nudy nie czuję - może mam szczęście do tytułów, w których coś jeszcze potrafi mnie zaciekawić lub zaskoczyć?
W "Stróżu krokodyla" na pewno podobał mi się początek - oto ginie zamordowana brutalnie młoda dziewczyna. Ktoś w jej własnym mieszkaniu zaatakował ją i jeszcze za życia okaleczył jej nożem twarz, wycinając jakiś wzór. Nie widać większych śladów walki, włamania, więc musiała znać napastnika, niestety poza niewielkimi drobiazgami morderca potrafił świetnie zatrzeć za sobą wszystkie ślady. Robi się ciekawie, gdy policja dowiaduje się, że identyczny schemat napaści na młodą dziewczynę opisała kilka tygodni wcześniej właścicielka kamienicy, próbując swoich sił w pisaniu kryminału.

środa, 13 marca 2019

Kocham Bałtyk, czyli uśmiech z goryczką

MaGa: Moje pierwsze spotkanie z Klubem Komediowym i jestem na TAK. Siedzimy sobie w klubie, popijamy co kto lubi, a spektakl odbywa się tak jakby „przy okazji”…

R.: Miejsce jest znane Warszawiakom z różnych projektów łączących stand up, improwizację, muzykę i humor. Ale jest w nim również miejsce dla spektakli, które spokojnie można by wystawiać na innych scenach. W tej specyficznej, kameralnej atmosferze mogą wybrzmieć w nich trochę inne tony - aktor jest bardzo blisko widza, praktycznie może przechadzać się między stolikami, reagować na coś co wyczuwa, improwizować.
Być może to właśnie ta atmosfera skłoniła Agnieszkę Przepiórską, by właśnie tam ogłosiła powstanie swojego autorskiego projektu: Teatru Furiosa - bez stałego miejsca, takiego jednoosobowego teatru w ruchu, który stałby się szyldem dla jej różnych monodramów dotąd realizowanych.

wtorek, 12 marca 2019

Śpiąca królewna, czyli magia baletu


Kolejny spektakl baletowy  Teatru Bolszoj obejrzany w kinie Praha w ramach cyklu nazywowkinach.pl, tym razem „Śpiąca królewna” do muzyki  Piotra Czajkowskiego, w choreografii Jurija Grigorowicza (wg Mariusa Petipy), ze słowem wstępnym wygłoszonym przez ognistowłosą Katarzynę Gardzinę-Kubałę.



To piękny balet. Jest taki bajkowy, delikatnie „opowiedziany” ruchem. Niby znana bajka, niby wszystko wiemy, ale jakże trudno wyczarować ruchem miłość, zakłopotanie, wściekłość i wszystkie inne emocje, które targają człowiekiem, a balet Teatru Bolszoj tę sztukę doprowadził do perfekcji. Ten spektakl to (jak mówią znawcy) encyklopedia baletu, bo nastawiony jest na popisy poszczególnych tancerzy, na duety i ogromne sceny zbiorowe. Żeby ten balet mógł pokazać cały swój urok zawarty w choreografii potrzebny jest ogromny zespół baletowy, który posiada dużą ilość wspaniałych solistów i ogromną rzeszę tancerzy „pomniejszych”. 

niedziela, 10 marca 2019

Operacja Anthropoid, czyli zrzuceni z misją

Ciekawe, że film wojenny o wydarzeniach w Czechosłowacji, nakręcili Anglicy i to praktycznie bez korzystania ze wsparcia aktorów czeskich czy słowackich (ale za to wzięli Dorocińskiego :)). U nas raczej takich filmów nie lubimy, uważając że zwykle są spłycone, upraszczają wersję wydarzeń, nie ma co jednak udawać: docierają one na pewno do większej grupy osób, niż to co moglibyśmy sami stworzyć. Tu nawet nie chodzi o zatrudniane gwiazdy, budżet na produkcję (bo prawdę mówiąc w jakości nie widzę różnicy), ale o promocję, możliwość wyświetlania tego za granicą. Skoro opowiadają o własnej historii, a nasza jest nie mniej interesująca, to czemu im nie podsuwać na to pomysłów - mimo obaw, że ją spłycą...
O zamachu na Reinharda Heydricha, nazistowskiego protektora Czech i Moraw mówi się, że to jedyny udany zamach w trakcie II Wojny Światowej na tak wysokiego oficera. Jest więc o czym opowiadać, czym się chwalić. Choć nie ma tu triumfalizmu, bo i koszta tej akcji były ogromne.

Niezatańczone tango, czyli obecność Matki

Mam do napisania trzy notki teatralne, w tym tygodniu kolejne trzy spektakle, widzę więc, że ta jedna notka dziennie to nawet mało, by o wszystkim napisać :) A kiedyś się wydawało, że nie będzie o czym pisać... Teraz mogę liczyć jeszcze na wsparcie M. więc o systematyczność wpisów nie muszę się martwić. Może jedynie o to, że każdy nowy przesuwa trochę do historii poprzednie, skazuje je na mniejszą oglądalność. Mam nadzieję jednak, że kto chce, to je znajdzie.
R

[...] tango to taniec, który trafia do serca. Jest w nim dramatyzm i pożądanie, niezobowiązujące poddanie się partnerowi i bliskość, która trwa tylko przez chwilę, ale którą długo się pamięta. Wszystko zależy od tego, z kim się tańczy. /J.L. Horst/

Nostalgiczny spektakl o życiu. A może o tangu, ukochanym tańcu bohaterki. Bo przecież w życiu kochamy, targają nami różne emocje, przeżywamy problemy, a tango to taniec, który to odzwierciedla. A jeśli dodatkowo jest się wielbicielką tego tańca… zawsze się znajdzie odniesienie życia do tanga i odwrotnie.
Spektakl napisany w oparciu o prozę Myśliwskiego, wyciszony, momentami smutny, momentami czuły, o relacjach między kobietą a mężczyzną, a w tym między matką i synem. Łączący w całość postacią kobiety, której już nie ma, a która opowiada o codziennych problemach, z którymi wszyscy się zmagamy, kłopotach, których doświadczamy, małych troskach i radościach, o relacjach ze spotkanymi na naszej drodze ludziach. Jak mówi sama Grażyna Barszczewska: „Takie tango życia, tango codzienności, porywów namiętności i czułości”.

sobota, 9 marca 2019

Farerskie kadry. Wyspy gdzie owce mówią dobranoc - Maciej Brencz, czyli niczym na końcu świata


Islandia przeżywa zwiększone zainteresowanie turystów, pewnie mocno się zmienia pod ich wpływem i to dość naturalny proces. A jak to wygląda w jeszcze mniejszej społeczności, jeszcze bardziej izolowanej przez długie lata, na dużo mniejszym terenie? Maciej Brencz, zafascynowany Wyspami Owczymi stara się nam przybliżyć zarówno przeszłość, jak i teraźniejszość tego fascynującego miejsca na Atlantyku. Niby położonego tak blisko Europy i oficjalnie będącego częścią Danii, a tak odmiennego. Krainy ludzi bardzo otwartych i życzliwych, ale jednocześnie twardych i przyzwyczajonych do otaczającej ich rzeczywistości, nie przepadających za zmianami. Oto około 50 tysięcy mieszkańców rozrzuconych na mniejszych i większych wyspach wulkanicznych, ludzi zdanych na surowe warunki pogodowe, zależność od kontynentu, a jednocześnie całkiem poważnie myślących o niezależności. To potomkowie rybaków, hodowców owiec, przyzwyczajeni do fizycznej pracy, angażujący się w przeróżne aktywności, pełni pasji, wrażliwości, ale i nie bez wad. Brencz opowiada równie ciekawie o wyspach, jak i ich mieszkańcach, bo warunki życia wpływają na to, że są oni bardzo specyficzni. Jeszcze kilka dekad temu pogoda mogła pokrzyżować im nawet kontakt z rodziną czy znajomymi - mimo niewielkiej odległości między wyspami, byli zdani na promy. Dziś budują kolejne tunele, które łączą poszczególne miejsca, ale i tak nie każdy by się odnalazł w tych warunkach - niby do miasta z kinem i galerią handlową można dojechać w niecałą godzinę, jednak ta codzienna rzeczywistość jaka cię otacza to raczej pustkowia, niewielkie skupiska domków, cisza, w której słychać wyraźnie jedynie wiatr, beczenie owiec i krzyk ptaków. 

piątek, 8 marca 2019

Kobiety mafii 2, czyli młotkiem, wiertarką, piłą, wyrzutnią...


I znowu mam zaległości kinowe. Ale co tam. Trochę więcej czytam, sporo oglądam w tv. Drugi sezon Mr. Mercedes trochę przekombinowany, ale lubię tego bohatera, z przyjemnością wchodzę w 5 sezon Luthera, a i Detektyw wciąga. Ten ostatni sprawia, że o raz pierwszy mam ochotę recenzować kolejne sezony w osobnych notkach, czego nigdy przecież nie robiłem. Ale może kiedyś... Skoro recenzuję sequele i prequele... Jak choćby ten dzisiejszy. Vega bezczelnie wykorzystuje popularności i robi filmy trochę na jedno kopyto, traktując je trochę niczym serial - część postaci zostaje ta sama, jakieś wątki się kontynuuje, ma się dziać tyle, żeby widz się nie nudził i dajemy obietnicę, że lada chwila będzie ciąg dalszy... Jeszcze ostrzejszy, jeszcze szybszy...
Skoro panie mają głos, to róbmy filmy o paniach. Ale tak po męsku, czyli niech klną, pieprzą się i robią interesy dokładnie tak jak faceci. to nawet ciekawiej wypadnie na ekranie, bo facet z kałachem na nikim już wrażenia nie robi, ale jak niebrzydka babka? Równie bezwzględna i robiąca demolkę niczym największy bandzior?

środa, 6 marca 2019

Bez słowa - Rosie Walsh, czyli poczuć się kochaną

Zdaje się, że notka książkowa w tym roku nr 18. I potwierdzenie dla mnie mojej niechęci do obyczajów. Kryminały czytam jeden po drugim i rzadko kiedy czuję się tak rozczarowany. Owszem, zdarzało się trafić na książki "babskie", które mi się podobały, ale obawiam się, że gdybym czytał je jedną po drugiej, jeszcze bardziej raziłby mnie ich schematyzm, brak realizmu w postępowaniu bohaterów. Tu mój zawód był całkiem spory.
Niby autorka starała się dodać jakąś tajemnicę, coś co sprawiłoby, że czekamy na jakieś rozstrzygnięcie, jednak 90% książki to wzdychanie i irracjonalne zachowania. 

Znali się tydzień, pierwszego dnia poszli do łóżka i po tygodniu stwierdzają, że bez tej drugiej osoby żyć nie mogą, całe życie są gotowi skreślić, byle tylko móc być razem...

wtorek, 5 marca 2019

Obietnica poranka, dla syna, dla matki

Nie będę pisał o planach na notki na najbliższe dni, ale chyba sporo będzie książek. Niby czytam zaledwie dwie godziny dziennie, ale jakoś mam wrażenie, że szybciej "wchodzą" mi ostatnio różne rzeczy. Dobrze trafiam?

A dziś o filmie. Zupełnym przypadkiem zobaczyłem w tv zwiastun i zaciekawiła mnie ta historia. Romain Gary jest mi jako pisarz nieznany, choć ma na swoim koncie sporo nagród (może kiedyś będzie trzeba coś nadrobić?), ale moją ciekawość wzbudziło jego pochodzenie. Choć karierę robił we Francji i całe życie starał się zasłużyć na miano jej honorowego obywatela, wychował się na terenie Polski, a naprawdę nazywał się Romain Kacew.
Film nie jest jednak łzawą historią o tym jak to trzeba było uciekać z Polski, a nowa ojczyzna przyjęła go z otwartymi ramionami, nie ma w nim nawet zbyt wiele na temat tego, że z powodu pochodzenia bohater miał jakoś bardzo pod górkę w życiu. To opowieść o silnej relacji z matką, tak bliskiej, że aż zniewalającej, na granicy obsesji. Miłość, która kontroluje, która chce ogarnąć wszystko jest ciekawym tematem i choćby dlatego film, choć może nie porywający, jest wart obejrzenia.

Królestwo - Szczepan Twardoch, czyli ku przestrodze

Przeglądam notki i trochę łapię się za głowę - co to by była za tragedia jakby blogspot coś mi skasował. 2986 opublikowanych wpisów, 100 szkiców... I to nie tylko moich, bo w różnych okresach pojawiają się całkiem licznie wpisy gościnne. Tak jak choćby dziś. Nie każdy daje się namówić na założenie własnego bloga (skutecznie udało się to dwa razy i to na tyle skutecznie, że są bardziej znani i lepsi :)... Jak tu by wszystko zachować?

*****


Nie lubię książek o wojennych czasach, bo za mocno je przeżywam. Ale jak oprzeć się Twardochowi, który swoją prozą, od pierwszego zdania, potrafi zaczarować czytelnika? I jak jest się ciekawym dalszego losu tytułowego „Króla” z poprzedniej jego powieści? A Twardoch ma w sobie moc przekazywania prawdy w sposób szczery aż do bólu, co uważam za ogromny atut. Kontynuacja „Króla” w kolejnej powieści „Królestwo” to mocne, wstrząsające rozliczenie stosunków polsko-żydowskich w czasie II wojny światowej. To obalanie mitów, że Polak to ten dobry, a Żyd – ten zły. Tu człowiekiem może być Niemiec, a zdrajcą ten, z którym piłeś wódkę. Autor chłoszcze wszystkich równo, bez względu na wyznanie, przekonania polityczne, narodowość. I jest w tym ogromna autentyczność, która obala mity, że wojna to tylko „wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani…”, że to czas zdrad, królestwo najniższych instynktów, stępienia wrażliwości, czas zezwierzęcenia ludzi. Czas niepewności, czas zdania się na własne siły, bo brakuje przyjaciół – są jedynie jednostki ludzkie, które można wykorzystać do swoich celów lub takie, które zagrażają naszemu życiu. I od naszej lub ich subiektywnej oceny zależy życie.

poniedziałek, 4 marca 2019

Halo Szpicbródka, czyli musical jak się patrzy

Dziś recenzja podwójna, bo choć zwykle z M. piszemy dialogi, tym razem stwierdziliśmy, że damy dwa głosy - różne pokolenia, pamiętające m.in. film, mogą na ten spektakl patrzeć pewnie inaczej. Wyszliśmy z teatru przede wszystkim rozmawiając o muzyce, piosenkach, a jak zatem oceniamy całość?

Na pewno nie jest to odtworzenie tego co pamiętamy z ekranu - scena Teatru Syrena nie daje możliwości takiego rozmachu, ale reżyser Wojciech Kościelniak to co mogłoby postrzegane być jako słabość przekuwa na atut. Wykorzystanie projekcji, ciekawych pomysłów na odgrywanie pewnych scen (np. bójek) w spowolnieniu, dodanie akcentów i postaci komediowych, dobrze wplecione w akcję piosenki - to wszystko sprawia, że jakoś nie przejmujemy się brakiem pompy i rewii jaką pamiętamy z kina. Zresztą co ciekawe nawiązań filmowych jest tu cała masa, ale nie tyle do oryginału z lat 70, ale do kina jakie można było oglądać w przedwojennej Warszawie. W ten sposób "Halo Szpicbródka" nabiera fajnego klimatu, czegoś w dawnym stylu, pewnej elegancji. Jakże niewiele dziś jest takich spektakli, bo przecież zwykle stawia się na elementy współczesne, bardziej dosadny humor... Tymczasem tak niewiele trzeba, aby się dobrze bawić, doceniając właśnie to odmienne podejście.

niedziela, 3 marca 2019

Największy dar, czyli szukając uzdrowienia


Dziś o filmie wyjątkowym. Nie dlatego, że religijna tematyka rzadko kiedy pojawia się na ekranach, bo też ten film trudno nazwać wprost religijnym. Jest świadectwem. Ale nie wszyscy bohaterowie mówią wprost o Bogu, choć dla wielu z nich doświadczenie, o którym opowiadają ma wymiar duchowy, jest łaską i darem. W końcu w świecie, który stawia raczej na inne wartości, zachęca do skupiania się na sobie, wybaczanie jest passe, postrzegane jest jako słabość, głupota... Mądry dziś jest raczej ten, który wciąż pamięta o krzywdzie, dopomina się zadośćuczynienia, pielęgnuje w sobie pamięć o byciu ofiarą, bo dzięki temu świat wciąż się nad nim pochyla, stara mu się wynagrodzić, jest po jego stronie. No i znów można powiedzieć, że w świetle Ewangelii wszystko to o czym opowiada ten film ma sens: stań się głupim dla świata, po to by odkryć prawdziwą mądrość. Tkwiąc w swoim bólu, nie potrafiąc wybaczyć, sami siebie ranimy, nie potrafiąc przebaczyć, tkwimy w ciemności jakie sobie stworzyliśmy. Choć psychologia może twierdzić, że przebaczenie nie jest niezbędne dla prawidłowej terapii, ci którzy przeszli ten etap, mogą potwierdzić jaki ciężar zostaje wtedy zdjęty im z serca. Przebaczenie daje radość i pokój w sercu, przynosi owoce jakich byśmy się nie spodziewali.
I o tym jest właśnie ten film. Nietypowy...

sobota, 2 marca 2019

A co wyście myślały? Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi - Agnieszka Pajączkowska, Aleksandra Zbroja, czyli zatrzymajmy się na chwilę

Wydawnictwo Poznańskie szaleje z reportażami - geograficznie (polscy autorzy piszący np. o mniej znanych zakątkach świata, ale i autorzy zagraniczni piszący o wydarzeniach aktualnych) i socjologicznie wkraczając w jakieś nowe tematy, (stawiając nie tylko na nazwiska już uznane, ale i debiuty), przypominając historię, dotykając rzeczy zarówno bliskich, jak i odległych.
"A co wyście myślały" nie niesie dla mnie ze sobą wielkich zaskoczeń, mimo wszystko jest lekturą całkiem ciekawą. Dla kogoś kto przez długie lata wakacje spędzał na wsi jak ja, miał z nią kontakt i ma porównanie jak zmienił się poziom życia, to raczej pewne stereotypy o zacofaniu będą dziwić, a nie ich obalanie.
Autorki to młode kobiety i choć nie narzucają nam swoich przekonań, rozmowy jednak pokazują pewien kierunek, który ewidentnie pojawiał się w ich rozmowach (pytaniach?). To nie jest tylko: jak Wam się tu żyje, ale bardzo wiele pytań dotyczy spraw moralnych, praw kobiet, tego na ile mogą być niezależne od mężczyzn, postrzegania mniejszości seksualnych, czy zmniejszającej się roli Kościoła. W tak krótkich rozmowach jakie są cytowane widać, że materiał był trochę selekcjonowany.

piątek, 1 marca 2019

Upadłe anioły, czyli jak sie bawić to z najlepszymi



Lubię sztuki, które mózg zakręcą, zwoje wyprostują, psyche wytrzepią, ale dla równowagi od czasu do czasu trzeba pobiec na jakąś komedię. Już wiem kto reżyseruje tak, że śmieję się serdecznie, ale i z tyłu głowy myśl jakaś zakiełkuje, coś się obnaży, wyjdzie przysłowiowe „szydło z worka”. Bo komedia musi bawić, ale dobrze zrobiona zawsze pozostawi nas z pytaniem: A jakie ty masz sekrety? A może myślisz podobnie? A może wcale nie jesteś taki na jakiego chcesz wyglądać, itp. Itd. Mówię oczywiście o Krystynie Jandzie i jej reżyserii. Nie dość, że sama aktorką jest nieprzeciętną, to sztuki w jej reżyserii są po prostu cudne.

Kafarnaum, czyli po co się urodziłem

Marzec zacznijmy kolejną świeżą produkcją filmową.

Dziwne, że ten film nie zgarnął Oscara, bo jak żaden z tegorocznych porusza serce tak, że trudno pozostać wobec niego obojętnym. A może właśnie dlatego nie wszędzie jest doceniany, że podejrzewa się reżyserkę o próbę manipulowania emocjonalnego? Wszak opowiada zmyśloną historię, gra na naszych uczuciach, trudno nam uwierzyć w dziecko, które oskarża własnych rodziców o to, że nie powinno się urodzić, żąda odebrania im praw do posiadania jakichkolwiek dzieci. Czy świadomość, tego że to fabuła, a nie reportaż zmienia cokolwiek? Przecież  Nadine Labaki nie udaje, że to historia biograficzna, zebrała jednak aktorów, z których prawie każdy ma podobne rzeczy do opowiedzenia, uchodźców, imigrantów, ludzi bez domu, pracy, przyszłości. Ten film jest wołaniem o to, byśmy jako świat pamiętali, że w każdym z tych konfliktów, kłótni o to czy kogoś wpuszczać, czy trzymać w obozach, odsyłać czy dawać szansę, są również dzieci. Niewinne temu jaki los ich spotyka, bezradne wobec tego co dotknęło ich rodziny, nie mające wpływu na to co przed nimi. I co z tym zrobimy?