niedziela, 30 kwietnia 2017

Nieznośna lekkość bytu - Milan Kundera, czyli

Czy można Milana Kunderę zapisać jako klasyka? Chyba tak. Szczególnie tę powieść, która przyniosła mu sławę. Kiedy pisałem o jego powieści "Żart" (można sprawdzić w zakładce przeczytane), stwierdziłem, że chyba postawiłbym ją nawet ponad "Nieznośną lekkość bytu". Po pewnym czasie stwierdzam, że może przesadziłem, one są po prostu trochę inne, tak jak różne są problemy ich bohaterów. Tam czułem, że rozumiem pewne rozgoryczenie, ale i refleksja nad życiem, jego sensem, jakoś była mi bliska. Przy Tomaszu, głównym bohaterze "Nieznośnej lekkości bytu", było mi mniej po drodze, nie rozumiem do końca jego decyzji, postawy, więc może stąd moje wahanie przy wysokiej ocenie powieści. 
Ktoś zabawnie podsumował Kunderę: pisze albo o komunizmie, postawach ludzi w tym systemie albo o seksie. Ten seks miał zresztą chyba znaczenie również jako jedna z niewielu sfer wolności, ucieczki przed opresyjnością tego co na zewnątrz. Zbudować swój mały prywatny raj - pełen szczęścia, prostych przyjemności, zamknięty dla tych co chcą go zniszczyć. Tyle, że charakterologicznie, niektórym takie szczęście wystarcza, innm na pewno nie, nuda, chęć wyzwania wygania ich na zewnątrz.

sobota, 29 kwietnia 2017

Kluczowy świadek - Jorn Lier Horst, czyli wreszcie poznajemy początki

Począwszy od pierwszego tytuły, który u nas się ukazał dzięki Wydawnictwu Smak Słowa, czyli "Jaskiniowca" wyczekiwałem tego, że poznamy całą serię o sprawach prowadzonych przez komisarza Wistlinga. Zaczęliśmy od 6, potem posuwaliśmy się dalej, ale wciąż nie znaliśmy początków jego kariery. Autor zrobił nam niedawno niespodziankę, bo zafundował tom, który jest jakby prequelem, czyli dotyczy sprawy, którą młodziutki policjant prowadził zaraz po studiach, a oto wydawnictwo wysłuchało też naszych próśb i wydaje brakujące tomy serii. 
Dzięki temu możemy przyglądać się pracy komisarza, gdy jeszcze nie był szefem wydziału, gdy uczył się pracy dochodzeniowej. I dodajmy jeszcze "Kluczowy świadek" różni się od tych tomów które znamy, bo nie ma równoległego śledztwa prowadzonego przez jego córkę, będącą dziennikarką. Dotąd ten schemat występował w każdej historii, a tu dzieci Wistlinga dopiero chcą wkraczać w dorosłe życie. Ba, bohater nie jest aż tak samotny jakim go poznaliśmy, ma żonę (którą trochę zaniedbuje), wciąż poświęca się zbyt mocno pracy, ale przecież za to, że kocha swoją robotę, że nie potrafi odpuścić, polubiliśmy tego faceta.

piątek, 28 kwietnia 2017

Martwe wody, czyli piękni i brzydcy nad morzem




Kiedy pisałem o serialu autorstwa Bruno Dumonta, wspomniałem, że chyba nigdy w życiu nie widziałem nic tak pokręconego. Przyznam, że potem jakoś jednak uciekło mi z głowy jego nazwisko, nie sprawdziłem sobie innych jego filmów. Teraz to nadrabiam - już dopisane do wyszukiwanych. Bo po seansie "Martwych wód" wiem, że to jeden z większych oryginałów wśród reżyserów, a tamten zachwyt nie był przypadkowy. Choć zdaję sobie sprawę, że jedynie te dwa tytuły mają tak mocny rys komediowy, ale mimo wszystko - chciałbym zobaczyć inne jego pomysły. 

Premiera "Martwych wód" lada chwila, w tym tygodniu można go zobaczyć przedpremierowo m.in. w kinie Atlantic i niedługo również na projekcjach przeglądu nowego kina francuskiego (w Warszawie Muranów, ale również kina w Polsce). Szykujcie się na jazdę bez trzymanki. 

czwartek, 27 kwietnia 2017

Słowik - Kristin Hannah, czyli niebezpiecznie jest słuchać audiobooków

Niebezpiecznie jest czasem słuchać książek w wersji audio, szczególnie w samochodzie. Doświadczyłem dziś tego jadąc do pracy, gdy słuchając końcówki "Słowika", czytanego przez Danutę Stenkę, musiałem co chwila ocierać łzy z oczu. Nawet zastanawiałem się, czy nie zjechać na pobocze. Kto by przewidział takie efekty książek audio.
A przecież rozpoczynając przygodę ze "Słowikiem", wciąż powtarzałem sobie: e tam, co Francuzi mogą wiedzieć o cierpieniu w trakcie wojny, przecież u nich było w miarę bezpiecznie i spokojnie. Całą opowieść o dwóch siostrach, których decyzje postawiły w tak różnych sytuacjach, odbierałem jako dość lekko napisany, przesłodzony wyciskacz łez dla pań, gdzie musi być nieszczęśliwa miłość, tęsknota, i wreszcie upojne noce w ramionach ukochanego. No i najwyżej gdzieś w tle wojna. 
Powoli jednak wciągałem się w tę historię. To już nie były puste, przesadzone emocje i dylematy, ale kawałek prawdziwego życia, dramaty, które zmuszały do cholernie trudnych decyzji, strach, który wręcz paraliżował, determinacja, dzięki której można było zrobić coś zupełnie heroicznego.

środa, 26 kwietnia 2017

Bracia Karamazow, czyli teatr żywy

W czytaniu kolejne książki czeskich autorów, za kilka dni wypad do Pragi, stwierdziłem, że pora więc i na film czeski. Kojarzymy kinematografię Czechów głównie z komediami, ale to pewnie dlatego, że takie produkcje ściągane są do naszych kin (i też rzadko). A tu proszę - nawet Petr Zelenka, którego można by kojarzyć z produkcji mających w sobie sporą dawkę humoru (specyficznego, ale jednak humoru), zafundował dramat. I to jaki. Nie dość, że sięgnął po teksy Dostojewskiego, to w dużej mierze swój obraz zbudował na filmowaniu prób do przedstawienia. Jeszcze nawet bez pełnych kostiumów, wciąż przerywając, chwilami się kłócąc, aktorzy odgrywają dramatu, który lada chwila mają pokazać przed publicznością. Dodajmy przed polską publicznością, bo przyjeżdżają na festiwal artystyczny do Nowej Huty.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Mistrz i Małgorzata na scenie, czyli Lublin i Warszawa

Dziś chyba już po raz 22 w tym roku wyjście do teatru (miło :)), więc i notka teatralna. Nawet podwójna, bo miałem zaległy tekst o obejrzanym w TVP spektaklu z teatru im. Juliusza Osterwy z Lublina (pamiętajcie, że można oglądać za darmo na stronach telewizji) i czekałem na okazję by sięgnąć po nowe tłumaczenie powieści Bułhakowa. Ale nie ma co czekać, bo niedawno obejrzałem jeszcze wersję Teatru Malabar Hotel, więc ładnie się składa. 
To nie jest prosty tekst to przełożenia go na język sceny jeden do jednego, każdy kto zna powieść będzie się doszukiwał zmian, rozłożenia akcentów, trudno więc czymś zaskoczyć, a jednocześnie nie spowodować zawodu. Pamiętacie notkę o tym co wymyślił warszawski Teatr Powszechny? Tam z powieści zostało niewiele, a i pomysłów na to by z widzem wciągnąć do gry, po prostu zabrakło.
Zespół lubelski zaskoczył tym, że prawie pominął nawiązania do spotkania Jezusa i Piłata, skupiając się jedynie na scenach z Moskwy, mieszając je i trochę modyfikując. Wszystko rozgrywa się prawie bez dekoracji, jedynie z dość pomysłowo wykorzystaną obrotową karuzelą... Sceneria cyrku przydaje się do odegrania przedstawienia prowadzonego przez Wolanda i jego ekipę, ale wydaje się średnio pasować do reszty... A jednak. 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Ważne jest nie tylko kto, ale gdzie, jak i dlaczego czyli Pustkowie i Belfer

Choć mam na oglądanie tv bardzo mało czasu, z pewnych nawyków jakoś nie potrafię zrezygnować - wciąż wynajduję jakieś seriale kryminalne, które potem dawkuję sobie w większych dawkach (nie muszę czekać na kolejny odcinek). W tej chwili skończyłem Laponię, zaczynam Islandię, ale przecież jeszcze nie napisałem Wam o pojedynku na seriale: HBO kontra Canal plus (w kooperacji polskiej). Zacznijmy od produkcji czeskiej. Pustkowie (ale i krajowy Belfer również) udowadniają, że w sumie nie musi być jakaś wielka zbrodnia, zagadka, ale wzorem Broadchurch, czy Dochodzenia, wrzuca się widza w jakieś małe środowisko, gdzie prawie każdy coś ukrywa, coś kombinuje. I teraz weź się domyślaj, co ma znaczenie dla śledztwa, a co nie. Klimat jaki w ten sposób się tworzy, pole do stworzenia fajnych kreacji, nawet w drugim planie, powolne śledztwo, pomyłki i chwile zwątpienia, są dużo ciekawsze niż wszystkie te do znudzenia powtarzane seriale z superbohaterami, dla których każde dochodzenie to kaszka z mleczkiem. Tam akcja, napięcie, a tu zagadkowość, ciekawe tło społeczno-obyczajowe. Nie ma co dużo gadać. Właśnie takie seriale w tej chwili są najciekawsze. 

niedziela, 23 kwietnia 2017

I to możesz zostać dyktatorem, czyli jakby to powiedzieć...

Światowy dzień książki. Wszystkich książkoholikom - wszystkiego dobrego! Co by nam się półki rozciągały, a kasa w portfelu i czas na czytanie mnożyły w nieskończoność.


Ale, że już późno. Znowu tylko szkic notki. Za kilka dni pojawi się pełna, a jej tematem będzie oczywiście książka.
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3927152/jak-zostac-dyktatorem-podrecznik-dla-nowicjuszy

I przy okazji podzielę się radością. Nasza Piastowska akcja wymiany książek (po raz pierwszy beze mnie) była dziś mocno oblegana, a kilka dni przed niedzielą mieliśmy na przeprowadzenie w mieście akcji spontanicznego uwalniania książek - 91 tytułów zostało rozłożonych na ławkach w parku, przystankach itp. Nie dajmy się zwariować pesymistycznym statystykom. Róbmy swoje.


 

sobota, 22 kwietnia 2017

Wiosna w Zakopanem, czyli notka na chwilę

Raz na jakiś czas przychodzi lenistwo spotęgowane przez presję czasu i mimo chęci, tekstu się nie dało napisać. Umówmy się więc, że coś filmowego znajdzie się tu lada dzień, a póki co zostawię Was z kilkoma fotkami. Kwiecień w Tatrach zaskoczył mnie (i nie tylko mnie kompletnie). I mimo, że nie łaziliśmy tyle ile by się chciało, to i tak wrażeń sporo. Notki wyjazdowej jednak nie będzie - za mało materiału. Może za tydzień - z Pragi?
Wśród tych 2300 notek na blogu raptem kilka jest podróżniczych, wtedy gdy jest sporo fotek i jest co pokazać, w sumie nawet chyba nie zrobiłem specjalnej zakładki, ale jakby co to szukajcie przez etykietę podróże :)
Dobranoc
Jutro już podróż z powrotem... Dragonem. A co.




Tak wygląda Morskie Oko

piątek, 21 kwietnia 2017

Mała zagłada - Anna Janko, czyli dziedziczona trauma

Gdy zaczynałem lekturę "Małej zagłady", powiedziałem do koleżanki: to jest dziwne, jakieś takie niedopowiedziane, mało konkretne, pełne odwołań do emocji. I usłyszałem na to: nie dziw się, to poetka, ale czytaj dalej. I rzeczywiście. Nawet jeżeli miałbym jakieś uwagi do tego jak to jest napisane, do tej mieszaniny wspomnień, dygresji, rozważań na temat traumy i dziedziczenia cierpienia, moje "ale" nie ma żadnego znaczenia. Bo to trudno nawet nazwać reportażem, choć w części faktograficznej na pewno nim jest - z detalami dowiadujemy się jak Niemcy dom po domu mordowali mieszkańców wsi Sochy, w której wychowywała się mama autorki. Ta książka jest bardzo osobistym rozliczeniem z tematem dla samej autorki. I właśnie tak ją należy czytać. Nie intelektualnie próbując coś zrozumieć, czy zastanawiając się nad opiniami dotyczącymi różnych decyzji władz... Trzeba przyjąć to jako świadectwo zmagania się z tematem cholernie trudnym, do którego być może nawet matka nie chce otwarcie wracać, ale jednak na tyle ważnym dla córki, że to ona wielokrotnie wraca do tych miejsc, próbuje zrozumieć i tworzy kronikę pamięci tych, którzy tam zostali. Dziadków, krewnych, sąsiadów. Dom po domu. Wstrząsająca książka. A jakby mało było zawartych tu emocji, to na koniec mrozi nam krew w żyłach spis wszystkich gospodarstw, wszystkich mieszkańców wsi Sochy.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...