środa, 7 grudnia 2016

Cohen Nohavica Opania, czyli ze sceny na płytę

Co łączy trzy nazwiska? Cohen, Nohavica, Opania? Pan Marian przygotowując się do swojego jubileuszu na scenie, przygotował spektakl muzyczny, w którym wykorzystał utwory dwóch artystów, którzy swoją wrażliwością podbili serca wielu ludzi. Dla wszystkich, którym warszawski teatr Buffo jest ciut za daleko, dobra wiadomość: materiał ten można przesłuchać teraz na dwupłytowym, niedawno wydanym albumie
Ja niestety również nie miałem okazji zobaczyć jeszcze wydania scenicznego, ale z tym większą ciekawością sięgnąłem po ten materiał. Obu artystów uwielbiam i cieszę, się z prób przybliżenia ich twórczości również w języku polskim (Zembaty, inne wykonania Cohena, czy inny album, o którym pewnie wkrótce z piosenkami Jaromira Nohavicy). Ich twórczość to przecież nie tylko piękna muzyka, charakterystyczny wokal, ale i piękne teksty. Możemy wtedy cieszyć się nie tylko oryginalnymi wykonaniami, lecz posłuchać także jak różnie można interpretować te utwory. Od razu przyznam, że nie wszystkie utwory mi pasowały, ale kilkoma innymi się zachwyciłem. 

wtorek, 6 grudnia 2016

Sprzymierzeni, czyli bo najważniejsze by emocje były prawdziwe

Film wojenny, więc i sięgnąłem do archiwum i przypominam film "Niewinne", o którym pisała Dorota, a ja teraz dopisuję dwa zdania. Jakże różnie można opowiadać o wojnie.


Już "Most szpiegów" pokazała nam, że niezależnie od wielkości reżysera, obojętnie czy to Spielberg, czy Zemeckis, mogłem się spodziewać, iż nie ma co oczekiwać rewelacji. W filmach kręconych dla widza amerykańskiego (w przeważającej części), nie ma specjalnie miejsca na pogłębianie psychologicznych portretów, jakieś niuanse, dramaty ludzi zmuszanych do najgorszych rzeczy w trudnych czasach. To ma być proste. Jak emocje to krańcowe i pokazane łopatologicznie, świat podzielony wyraźnie na czarne i białe, dobre i złe, a bohater najlepiej by był nieskazitelny. Walczy, kocha i umiera z takim samym poświęceniem. Szedłem więc na "Sprzymierzonych" trochę ciekaw tej chemii między Pittem, a Marion Cotillard, która według plotek była jedną z przyczyn rozwodu z Angeliną, ale nie spodziewając się rewelacji. I w sumie dobrze. Bo ze spokojem mogłem oglądać ten dziwny miszmasz gatunkowy (kino akcji, film szpiegowski, romans, thriller?) i wyjść nie plując sobie w brodę, że jestem zawiedziony. Grunt to nie oczekiwać zbyt wiele.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Farma lalek - Wojciech Chmielarz, czyli a miało to być zesłanie na zieloną trawkę

Niedawno było u mnie o książce (zbiór opowiadań kryminalnych) "Rewers" to teraz zerknijcie na notkę o filmie - pamiętacie go jeszcze?

A dziś ciąg dalszy kryminałów. Po przeczytaniu "Rewersu" i opowiadania o babci Wiśniewskiej, wiedziałem, że szybko muszę nadrobić zaległości i sprawdzić nazwisko, które mi dotąd umykało. I sprawdziłem. Co prawda od drugiego tomu ciężko wchodzić w cykl, ale taką akurat miałem okazję. "Podpalacz" więc jeszcze przede mną, a komisarza Jakuba Mortkę poznaję nie w Warszawie, a "na zesłaniu". Po poprzedniej sprawie i on sam, i przełożeni uznali, że lepiej, żeby zniknął na jakiś czas i odpoczął w jakimś spokojnym miejscu. Do tej pory Krotowice, miasteczko w Karkonoszach, było spokojną, senną dziurą, w której jedynymi sprawami dla policji były awantury domowe, jakieś kradzieże i raz na jakiś czas zatargi między miejscową ludnością, a społecznością Romów. Do tej pory...

sobota, 3 grudnia 2016

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, czyli nie to samo, ale zabawa przednia

Najpierw wrzutka dwóch notek na miejsce zakończonych konkursów lub jakichś przypominajek. Pamiętacie film Zodiak Finchera? To zajrzyjcie do krótkiej notki i napiszcie jakie były Wasze wrażenia. Pojawił się też wpis o o filmie dokumentalnym Putin forever?

A dziś Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Wszyscy potteromaniacy przeszczęśliwi, choć mam wrażenie, że to film w zupełnie innym klimacie, dużo bliższym komiksowym opowieściom Marvela. Tu już nie ma miejsca na staroświecki klimat brytyjskich zamków i miasteczek, wszystko nabiera tempa, jest na wskroś amerykańskie, nie tylko dlatego, że właśnie tam dzieje się akcja filmu. Jeżeli już pogodzimy się z tym, że oglądamy zupełnie inną historię, jedynie w ogólnych ramach nawiązującą do HP (czyli świat czarodziejów i mugoli, którzy o tym pierwszym nic nie wiedzą), to potem zabawa już jest całkiem fajna. 

Rewers, czyli daj szansę sobie i człowiekowi. I ogłoszenie wyników konkursu


Sam nie wiem czemu na blogu nie było jeszcze notki o filmowym debiucie Borysa Lankosza, czyli "Rewersie", mimo, że widziałem go w ciągu ostatnich lat chyba ze dwa razy. Lubię ten film, bo jest tak inny od tego jak zwykle opowiadamy o przeszłości. Czarny humor, trzy silne kobiety, które nie dają sobie w kaszę dmuchać i siermiężność, opresyjność reżimu stalinowskiego. Ciekawe połączenie. Do tego świetna muzyka Włodzimierza Pawlika i mamy film klimatyczny, zabawny i ciekawy.

Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast - Filip Spinger, czyli jadę i nie wiem do końca co tam znajdę, kogo spotkam

Lektura tej książki to nie wszystko, bo mam wrażenie, że warto się zainteresować całym projektem - sam autor mówi, iż w książce zamieścił raptem może z 10 procent zebranego materiału. 31 miast, w każdym z nich raptem po kilka dni, ponad pół roku w trasie, mnóstwo napotkanych ludzi, ciekawych zdjęć. I w efekcie książka. Ale podobno nie skończy się tylko na jednej. 

Byłe miasta wojewódzkie. Straciły swój status w 1999 po reformie administracyjnej, a co za tym idzie zniknęły z oczu stolicy, spadło ich znaczenie, możliwości finansowe. Kiedyś posiadanie Urzędu Wojewódzkiego, władz u siebie, oznaczało konkretne profity, inwestycje, miejsca pracy. A teraz? Jak się tam żyje ludziom po 16 latach? Nie chodzi tylko o pracę, ale co np. można robić w weekendy albo wieczorami? Praktycznie w prawie każdym z nich zmniejsza się liczba ludności, ale może to kwestia szerszych zmian społecznych, emigracji? Czy rzeczywiście jest tak dołująco, jak by można było sobie to wyobrażać?

czwartek, 1 grudnia 2016

Czerwone złoto - Tom Hillenbrand, czyli liczy się tylko kasa?

Już drugi tytuł na naszym rynku wydawniczym z tajemniczym napisem: kryminał kulinarny. I uwierzcie: zarówno jeden, jak i drugi człon tego określenia, będzie tu trafny. O pierwszej książce Toma Hillenbranda pisałem tu: "Diabelski owoc".
A tym razem zastanawiam się ile mogę Wam zdradzić. W kryminałach to zawsze problem. Jeżeli zaś nie ma zbyt wiele zwrotów akcji, tajemnice odkrywane są krok po kroku i cała zabawa polega na wejściu w tę historię, w sposób myślenia zwykłego człowieka, który nagle wrzucony zostaje w przerastającą go intrygę. Xavier Kieffer jest szefem kuchni, uwielbia spokój, nie szuka rozgłosu, wręcz uciekł przed dużym miastem, wielką karierą i stresem, wybierając prowadzenie restauracji regionalnej w Luksemburgu. Raz już zakosztował na własnej skórze tego co to znaczy prowadzić na własną rękę śledztwo i czym się ryzykuje, można było spodziewać się, że drugi raz się tego nie podejmie.

środa, 30 listopada 2016

Rozdarta zasłona - Maryla Szymiczkowa, czyli co wspólnego ma edukacja dziewcząt z bezpłodnością

Jakoś przegapiłem pierwszy kryminał autorstwa Maryli Szymiczkowej (czyli Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego) - nadrabiam teraz - ale gdy wpadł mi w ręce kolejny tomik, muszę przyznać, że to jest bardzo smakowite! Co tam Mock, co tam Maciejewski, profesorowa Szczupaczyńska jest nawet większym oryginałem niż oni.

Miejsce i czas akcji: przełom XIX i XX wieku, Cesarstwo Austro-Węgierskie, Galicja, Kraków, kamienica pod pawiem.

Wyobraźmy sobie panią domu, typową mieszczankę, ale z aspiracjami, bo przecież kariera naukowa męża (o którą sama zabiega), sprawia, że widzi ona swoje miejsce wśród elit miasta. Jej życie zapełniają nie tylko sprawy domowe, ale też nieustanne starania, by wyróżnić się jakoś na tle swoich sąsiadek, przyjaciółek, zostać docenioną, choćby przez hodowane na wystawy rośliny lub działalność charytatywną. To stateczna dama, kobieta, która nie mając dzieci, wciąż szuka czegoś dla siebie, gdzie mogłaby się wyżyć, dać upust swojej energii. I to właśnie sprawia, że tak bardzo spodobało jej się pomaganie policji w śledztwach.

„Tajemnica Domu Helclów” nie była więc tylko jednorazowym żartem, ale może przerodzić się w całkiem smakowity cykl, porównywalny choćby z Siostrą Pelagią Akunina. I tam i tu, mamy do czynienia z inteligencją, intuicją, choć również z pewną naiwnością, bo obie postacie skażone są trochę specyficznym patrzeniem na świat - przez pryzmat, wiary i zbytniej wiary w dobro albo też nieustannego dzielenia ludzi według pochodzenia, majątku czy tytułów.

Zodiak, czyli i tak mnie nie złapiecie

Fincher jest mistrzem budowania nastroju i nawet nie potrzebuje do tego zbyt wiele efekciarskich pomysłów. Po prostu czujesz to napięcie, które przeżywają bohaterowie, ich lęk, podniecenie, czy wypalenie gdy nikt cię nie słucha. 
I choć Zodiak przy pierwszym seansie mi nie przypasował, trochę znudził, przy kolejnym doceniłem ten klimat, to że nie były konieczne żadne wielkie, sensacyjne pościgi, bójki i sztuczki. Wszystko rozgrywa się trochę wirtualnie - bo podobnie jak prowadzący śledztwo, do końca nie będziemy pewni sprawcy. Sama sprawa jest autentyczna i jeżeli jesteście jej ciekawi to zajrzyjcie np. tu, bo jest fajnie opisana.
Po Zodiaku powstało sporo podobnych dzieł, w których właśnie próba rozgryzienia mordercy, odgadnięcia jego motywacji i tożsamości, warstwa psychologiczna jest ciekawsza niż fizyczne gonitwy, czy nawet sam późniejszy proces. Ale film Finchera był jednym z pierwszych. 

poniedziałek, 28 listopada 2016

Sprzedawca arbuzów - Marcin Meller, czyli dla każdego coś innego

Pisząc o tej książce nie mogę od razu zaznaczyć, iż to już drugi zbiór felietonów Marcina Mellera. Gdyby nie sukces "Między wariatami" (pisałem o niej tu), pewnie ta druga by się nie ukazała. O dziwo, mimo, że okres z jakiego pochodzą te teksty jest dużo krótszy (od 2012), co przecież wpływało na to iż wybór dokonywano z trochę mniejszej ilości tekstów, czyta się je z równie dużą przyjemnością jak w tamtym zbiorze. Może to kwestia tego, że są one bliższe nam czasowo, ale to raczej kwestia sposobu w jaki to jest napisane - chodzi o połączenie trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość, humoru i pewnej trudnej do określenia cechy, którą ja bym nazwał poczuciem przyzwoitości. Felieton rządzi się bowiem własnymi prawami i nie raz mamy do czynienia ze słowami, których poziom zapalczywości, wściekłości, rozczarowania itp. niesie treść na granice kultury. U Mellera raczej nigdy się to nie zdarza. Owszem, ma swoje zdanie, ale nie wchodzi w spory polityczne opowiadając się po jakiejś określonej stronie, punktuje nadużycie i głupotę jednych i drugich, stara się być obserwatorem, który zachowuje bezstronność i przynajmniej odrobinę nadziei na to, że rozsądek spłynie również na tych bardziej zacietrzewionych. To zawsze mi się u niego podobało - niezależnie czy chodziło o teksty pisane, czy też o programy telewizyjne.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...