wtorek, 16 lipca 2019

Obsesje, czyli o paniach, ale nie tylko dla pań

MaGa: Kiedy zobaczyłam Annę Smołowik w spektaklu „Kompleks Portnoya” od razu zwróciłam uwagę na jej głos, dlatego na „Obsesje” nie trzeba mnie było namawiać.

R.: Zdaje się, że ten projekt już parę lat krąży po warszawskich scenach i aż by się chciało życzyć i sobie i artystom, by mogli go grać gdzieś bardziej regularnie. Może właśnie na deskach teatru WARSawy? Jest zabawnie, ale i poważnie, chwilami ostro, ale i bardziej nostalgicznie, na luzie, z fajnym kontaktem z publicznością. Piosenka i stand-up w jednym, a wszystko to wokół babskich obsesji.


MaGa: Smołowik weszła na scenę z taką miną, że kiedy oznajmiła iż jest aktorką z chorobą dwubiegunową, to mi się jej zrobiło autentycznie żal. Dobra jest! Kłamczucha jedna 😊. Mnie Pani Anna uwiodła głosem, więc pewnie jako uwiedziona nie będę wiarygodnym głosem w dyskusji, ale mnie się ten spektakl bardzo podobał. Trochę ironii, trochę groteski i te współczesne obsesje współczesnej kobiety. Przedstawione z wdziękiem, z przymrużeniem oka. Trudno jest opisać spektakl muzyczny, bo cała jego wartość leży w tekstach, muzyce i interpretacji, a tego słowami tak łatwo się nie opisze. A teksty Julii Holewińskiej stanowiące przekrój kobiecych fobii naprawdę w tym spektaklu były fajne, bawiły bądź wzruszały.

poniedziałek, 15 lipca 2019

Riese - Robert J. Szmidt, czyli jeszcze raz zobaczyć niebo

Dawno nie sięgałem po tytuły z uniwersum Metro 2033, a teraz wpadła mi w ręce książka autora, którego już lubię, wiem że gwarantuje dobrą rozrywkę. No i zrobiłem błąd. Rzuciłem się na Riese, zapominając o tym, że przecież mam lukę w tej historii. Najpierw była Otchłań, potem Wieża, którą niestety gdzieś w różnych planach czytelniczych dziwnie pominąłem i teraz mam tom trzeci. Cóż, skoro już się za to zabrałem, to przerywać nie chciałem, a do drugiej części wrócę niebawem. Przecież wiedza o tym iż bohaterowie przeżyli, nie jest taką wielką tragedią, bo można było się tego spodziewać. Metro 2033 to przede wszystkim klimat, dobrze oddane warunki życia w świecie po wybuchu bomby atomowej, akcja pełna niebezpieczeństw, nie zawsze tu wszystko kończy się happy endem (a raczej rzadko), natomiast główni bohaterowie zwykle jednak przeżywają. Czasem jedynie po to by wpaść w jeszcze większe gówno...

sobota, 13 lipca 2019

Król, czyli burdele, gangsterzy i stolica

MaGa: Bardzo lubię prozę Twardocha za jej pełnokrwistość, nerw, opisy, które zapadają w pamięć. Miałam niejakie obawy co do tego spektaklu wystawionego przez Teatr Polski w adaptacji Pawła Demirskiego i w reżyserii Moniki Strzępki. Od razu powiem – niepotrzebnie.

R.: To powieść głośna, ciekawy portret Warszawy z okresu dwudziestolecia międzywojennego, dość kontrowersyjny, bo w bardzo negatywnym świetle pokazujący sytuację środowisk żydowskich. Pewne mniejszości i fala antysemityzmu urasta tu do jakichś ogólnonarodowych fobii, ba nawet politycznych planów, które miałyby zostać zrealizowane, by oczyścić kraj z tego co "brudne". Fajnie, że to co szeroko dyskutowane udało się tak szybko przenieść na deski teatralne. I muszę przyznać, że dość udanie, bo powieść która nie jest wcale prosta w warstwie fabularnej, pełna wizji, snów, fatalizmu, na scenie Teatru Polskiego wcale nie wydaje się z czegoś okrojona.

M.: To opowieść o Kapicy, „królu” Warszawy, gangsterze, który ma w ręku policję, polityków, dziennikarzy i jego pupilu - Jakubie Szapiro, bokserze, prawej ręce, który marzy, by stać się kiedyś takim „królem”.

R.: Dodajmy jeszcze nie tylko o nich, ale i o młodziutkim chłopaku, którego ojca zabili i który się do nich "przykleja". Wspomniałaś: gangsterzy i rzeczywiście to Warszawa o jakiej mało się pisze. Ale przewrotne to trochę, by jako ofiarę prześladowań, niesprawiedliwego losu ukazać człowieka, który sam krzywdzi innych, jest nieczuły na nieszczęścia jakie dotykają ludzi, myśląc jedynie o sobie, swojej wygodzie. Pomaga, troszczy się, ale jedynie po to, by pokazać swoją moc, swoją łaskawość. A sam trwoni kasę na przyjemności. Pieniądze rządzą światem - świat Kapicy to zaułki, burdele, spelunki, targowiska.

piątek, 12 lipca 2019

Bitamina - Kwiaty i korzenie, czyli taki kraj sroga zima ale będzie wiosna

Ależ miłe muzyczne zaskoczenie. Jak tak dalej pójdzie to zacznę więcej słuchać hip hopu i rapowania, choć dotąd omijałem taką muzykę. A tu proszę, najpierw zachwycił Igo z albumu Albo Inaczej 2, a teraz nowe odkrycie: Bitamina.
Rany, jakie to jest pokręcone. Na pewno nie jest to klasyczny hip hop, z jakimś bitem, niby jest nawijka, ale muzyka raczej eksperymentalna, jazzowa, zabawa nie tylko słowem, ale i melodią, jakimiś wstawkami, które mają budować atmosferę (jakieś dialogi, opowiadanie). Jest w tym coś oryginalnego, przykuwającego uwagę, jeszcze bardziej podkreślającego tekst. A ten też jest niebanalny. Zwierzenie prezydenta, miłość mrówki do słonia? A czemu nie. O sprawach codziennych, zwyczajnych, ale i z humorem, ironią, inteligentną zabawą rymami, przenośniami, a czasem z mocniejszym słowem.

czwartek, 11 lipca 2019

I znowu zgrzeszyliśmy dobry Boże, czyli swoi czy jednak obcy?

Lada chwila premiera drugiej części bardzo popularnej jakiś czas temu komedii francuskiej "Za jakie grzechy dobry Boże", najwyższa pora powiedzieć więc czy jest tak dobrze jak za pierwszym razem.
Jak się pewnie spodziewacie: nie. Większość komediowego potencjały tych postaci wykorzystano w pierwszej części, a teraz po prostu warto potraktować to jako kolejne spotkanie z dobrymi znajomymi. Przyjemnie spędzimy z nimi czas, niczym nas jednak nie zaskoczą. Skoro wszystkie córki wyszły już za mąż i to za cudzoziemców, to większej tragedii dla rodziców, którzy są konserwatywni chyba być nie może. Przypomnijmy: w rodzinie są już zięciowie z Chin, Algierii, Izraela oraz z Afryki (z Konga o ile dobrze pamiętam). Claude i Marie Verneuilowie (Christian Clavier, Chantal Lauby) oswoili się już z wyborami córek, przeżyli nawet odwiedziny u wszystkich teściów, cieszą się wnukami, czasem który jest przed nimi, gdy już na zasłużonej emeryturze będą mogli odpoczywać otoczeni pociechami.

środa, 10 lipca 2019

Morderstwo w winnicy, czyli chciałoby się tam pojechać...

I kolejna wakacyjna lektura. Tym razem Prowansja, słońce, dobre jedzenie, wino... Ech... W takich warunkach to i śledztwo chyba przyjemniej prowadzić. Zwłaszcza, że sędzia Verlaque nie pozwoli sobie zapomnieć o potrzebach ciała - przecież umysł pracuje lepiej, gdy pozwolić sobie na troszkę przyjemności.
To już trzeci tom z serii „Verlaque i Bonnet na tropie” jaki ukazuje się w Polsce - o dwóch poprzednich  pisałem tu:
Śmierć w Chateau Bremont - M.L Longworth, czyli tam wino smakuje inaczej
i tu:
Morderstwo przy Rue Dumas - M.L. Longworth, czyli urlop drodzy Państwo
Jakoś tak kojarzą mi się te powieści z okresem urlopowym, nawet jeżeli tam jest jesień, a nie lato. I z tomu na tom, mam wrażenie że więcej jest kolorów, smaków, zapachów, które sprawiają, iż te kryminały czyta się z ogromną przyjemnością. Najlepiej mając pod ręką coś do chrupania i może kieliszek :)

wtorek, 9 lipca 2019

Stowarzyszenie Umarłych Poetów, czyli tradycja, honor, dyscyplina i...

Dziś dwugłos w sprawie majowej premiery Och-Teatru.

Jest mi niezmiernie miło donieść, że OCH-Teatr zrobił udany spektakl dla młodzieży starszej (i nie tylko dla młodzieży) „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” w oparciu o film Petera Weira o tym samym tytule. Spektakl o dorastaniu, szukaniu swojej drogi życiowej, kształtowaniu charakterów, przyjaźni, tolerancji, akceptacji i tych wszystkich cech, które chcemy widzieć w dzieciach, naiwnie wierząc, że tylko wykształcenie zapewni im szczęście. Przeniesienia scenariusza kultowego już filmu na deski teatru podjął się Piotr Ratajczak i wyszło mu to całkiem zgrabnie, biorąc pod uwagę specyficzną scenę OCH-Teatru i jej możliwości. Dlatego uważam za godne pochwały rozwiązania, które zastosowano na scenie jeśli chodzi o choreografię (Arkadiusz Buszko), dramaturgię (Maria Marcinkiewicz-Górna) i scenografię (Marcin Chlanda).
Akcja dzieje się w 1959 roku. W męskiej szkole średniej w Vermont obowiązują cztery zasady: tradycja, honor, dyscyplina, doskonałość. Zasady piękne jak się je czyta, ale w Akademii Weltona, która kształciła chłopców, aby stanowili późniejszą elitę kraju, dla utrzymania prestiżu uczelni metody nauczania jakie stosowano ocierały się już o bezduszność. Bezwzględne posłuszeństwo, surowa dyscyplina, wymuszany szacunek do kadry nauczycielskiej były podporządkowane jedynie wykształceniu (wspaniała rola Mirosława Kropielnickiego w roli dyrektora). Rodzice, w oczekiwaniu na sukces synów popierali je nie bacząc na to, że tym samym niszczą zainteresowania i marzenia własnych dzieci, że niejednokrotnie ta szkoła nie była wyborem uczniów, a realizacją ambicji rodziców (bardzo dobry Paweł Pabisiak). Od tamtej pory realia szkolne się zmieniły, nauczyciel nie ma prawa policzkować uczniów, do szkoły nie chodzi się już w mundurkach, nie ma także takiej ilości dyskusji w bezpośrednich kontaktach. To historia elitarnej szkoły sprzed czasów telefonów komórkowych, smartfonów i innych osiągnięć cywilizacyjnych. Pozostaje jednak temat opowiedzianej na scenie historii: o relacjach uczniów z nauczycielami, rodzicami, o wzajemnym zrozumieniu, o kształcie szkoły, o samodzielności myślenia, o kształtowaniu postaw nonkonformistycznych (świetna scena spacerowania po klasie) i co najważniejsze – to lekcja prawdziwego życia, gdzie za dokonane wybory odpowiadasz ty sam. Ponosisz konsekwencje swoich czynów i postaw. I to zarówno każdy uczeń osobno, jak również nauczyciel.

poniedziałek, 8 lipca 2019

Bułgaria. Złoto i Rakija - Magdalena Genow, czyli oj pojechałoby się, oj zasiadło się do stołu...

Lato, wakacje, to i tęskni się za wyjazdami. I przyjemnie sięgnąć po jakąś lekturę, dzięki której choćby na chwilę przeniesiemy się gdzie indziej. Nie musimy szukać egzotyki, skoro możemy ze zdziwieniem odkryć, że ciekawe miejsca znajdziemy nawet całkiem niedaleko. Choćby w Bułgarii.
Z czym kojarzy się Bułgaria? Z demoludami, Złotymi Piaskami i arbuzami... Dzięki tej książce tych skojarzeń mam ciut więcej.
Magdalena Genow stara się nam przybliżyć historię, kulturę, ciekawe miejsca, często odwołując się do pewnych stereotypów jakie mają Polacy lub różnic jakie można dostrzec w naszych zwyczajach (nie sądziłem że kanapki mogą być dla kogoś takim szokiem). Sama pochodzi z rodziny polsko-bułgarskiej, więc to opowieść nie tylko turysty, mieszkańca, ale kogoś kogo serce podzielone jest zarówno na Bułgarię i na Polskę.
Chwilami jest intymnie, dużo tu wspomnień osobistych, ale to raczej zaleta, a nie wada, dzięki temu książka zawiera nie tylko sporo informacji, ale i trochę nostalgii, humoru i wzruszeń. Autorka zaprasza nas do swojej Bułgarii, pragnąc aby stała się ona na chwilę troszkę i nasza.

Wątpliwość, czyli komu uwierzyć

MaGa: Bardzo dobry spektakl. Taki, który jest mocno niejednoznaczny i do końca pozostawia zarówno bohaterki jak i widzów z… wątpliwością właśnie. Lubię takie spektakle, bo zapadają w pamięć.
R.: Dla kogoś, kto jak ja widział już film i zna fabułę, można by powiedzieć, że nie będzie tu wielkich emocji. A jednak to nieprawda. Ta psychologiczna rozgrywka pomiędzy siostrą przełożoną i podejrzewanym przez nią o molestowanie jednego z uczniów księdza, daje okazję do pokazania bardzo wielu odcieni uczuć. Tu liczą się nie tylko słowa, ale również to czego się nie wypowiada, co gdzieś czasem zawisa w powietrzu pomiędzy nimi. Wyraz twarzy, spojrzenie, gest... Wszystko może być dowodem niewinności lub właśnie winy. Tytułowa wątpliwość nie dotyczy jedynie samego oskarżenia, choć ono przecież i nas podzieliło.
MaGa: Mam wrażenie, że siostra dyrektorka, mogła jednak skrzywdzić posądzeniami księdza. Nie była to siostra ciepła, współczująca. To raczej typ dyktatorki. Stąd może to moje nastawienie. A cała jej postawa mówiła, że nowy ksiądz w tej parafii jest na cenzurowanym. Już na wstępie dostał punkty ujemne. Jak kogoś nie lubimy łatwiej przypisujemy mu złe intencje.

niedziela, 7 lipca 2019

Kobieta idzie na wojnę, czyli walcząc z globalnym ociepleniem

Spodziewałem się chyba czegoś w tonach komediowych, tak przynajmniej postrzegałem zwiastun. Tymczasem mimo dość surrealistycznych fragmentów (jakież siły mobilizowane są do walki z jedną ekoterrorystką), historia wcale nie jest bardzo do śmiechy. Kino islandzkie już parę razy zaskakiwało w pozytywny sposób, bo też ich sposób patrzenia na świat, życie tak wielu osób w samotności, dla nas jest czymś ciekawym, po prostu innym. Tu też bohaterką jest kobieta żyjąca samotnie, choć w mieście i zaangażowana w różne interakcje międzyludzkie (m.in. prowadzi chór). Halla ma swoje przekonania i jest gotowa o nie walczyć. Jako najważniejszego wroga postrzega przemysł ciężki, który szuka nowych inwestorów i dróg rozwoju. Ona najchętniej pozamykałaby wszystkie huty i zakłady trujące środowisko, więc tak jak potrafi stara się utrudniać im życie.

Miejsce i imię - Maciej Siembieda, czyli krwawe diamenty

Najnowsza książka Macieja Siembiedy podobała mi się na tyle, że postanowiłem odgrzebać na stosach jego jakiś starszy tytuł. Niestety nie mam pierwszej z cyklu z prokuratorem Jakubem Kanią, więc na razie druga. I chyba nawet podoba mi się bardziej niż "Gambit". Jest mocniejsza intryga, a i wątki z przeszłości są ciekawiej zarysowane, postacie jakieś bardziej żywe.
Wszystko kręci się wokół diamentów, które od wieków budzą pożądanie zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Współcześnie Jakub Kania został poproszony o pomoc w odszukaniu grobów żydów pomordowanych w obozie pracy przymusowej na Górze Świętej Anny na Opolszczyźnie. Okazuje się jednak nie tylko Izrael zainteresowany jest odnalezieniem ich ciał. Z jakichś powodów własne poszukiwania prowadzą też holenderscy przedsiębiorcy i potomkini jednego ze znanych hitlerowców. Wokół bohatera jest aż gęsto od gry różnych grup i agentów, a on nie do końca zdaje sobie tego sprawę, próbując prowadzić spokojne historyczne dochodzenie. 

piątek, 5 lipca 2019

Kobieta, która wpadała na drzwi, czyli wstrząsnęła Pani widownią

MaGa: Poruszająca historia kobiety-ofiary. Spektakl oparty na tekście Roddy Doyle opowiada straszną historię; historię Pauli Spencer - sprzątaczki, matki czwórki dzieci, alkoholiczki, wdowy, żony alkoholika, damskiego boksera… do wyboru, do koloru.


R.: Gdy początkowo słyszymy opowieść pyskatej irlandzkiej dziewczyny, która w dość wulgarny sposób opowiada o swojej młodości, chyba nie spodziewamy się tego co usłyszymy później. Ona wydaje nam się silna, może z czasem, coraz częściej w jej słowach wyłapujemy alkohol, czyli dowód słabości, wciąż jednak nie znamy przyczyny dlaczego jest właśnie taka. Jej miłość, ukochany został zastrzelony przez policję. I znowu nasze kombinowanie: pewnie jakiś bandzior, totalna patologia, razem ćpają, bawią się, robią kolejne dzieci, którymi się nie zajmują. Jedyne chwile gdy słyszymy jakieś słowa pełne emocji, to gdy mówi o nim...

czwartek, 4 lipca 2019

Midsommar. W biały dzień, czyli zrozumcie: to nasza kultura

Jutro do kin wchodzi kolejny film Ariego Astera, a po tym jak poprzedni, czyli "Dziedzictwo. Hereditary" zebrał masę zachwytów, to i oczekiwania są spore. Przyznam się, że ja przy tamtym wcale aż tak bardzo nie piałem z zachwytu - podobał mi się klimat, ale na pewno nie zakończenie, a całość traktuję raczej jako zabawę z horrorem, niż jakieś odświeżenie w gatunku.
I choć "Midsommar" również reklamowany jest jako film grozy (w dodatku jako jeden z nielicznych, którego akcja dzieje się w całości w świetle dnia), to znowu chyba ci co lubią się bać, będą rozczarowani. Ten film raczej nie straszy, różne rzeczy są dość przewidywalne, ale i tak trzyma za gardło. Dlaczego?