wtorek, 19 stycznia 2021

Trylogia Dolina Baztán na ekranie, czyli Niewidzialny strażnik, Świadectwo kości, Ofiara dla burzy

W thrillerach i kryminałach mam wrażenie, że rzadko kiedy udaje się na ekranie przenieść to napięcie i ciekawość jakie towarzyszą nam przy lekturze, ostrzę więc sobie zęby na książki, bo filmy wyszły prawdę mówiąc średnio. Ponieważ jednak z "Ciszą Białego Miasta" wyszło podobnie, czuję, że literacka historia może być jedynie lepsza.
To ciekawe, bo przecież klimatyczne miasteczka Kraju Basków, zabytki, ciekawe i trochę dzikie tereny górskie, powinny ubarwiać film, sprawiać, że się jeszcze bardziej zapragnie te miejsca odwiedzać.
Może to jednak specyfika powieści Dolores Redondo, którą próbowano przenieść na ekran, ale te miejscówki niewiele mają w sobie uroku - jest deszczowo, ciemno i ponuro. W książkach te lasy, miasteczka w deszczu i drogi, na których musisz uważać żeby nie zwalić się w przepaść może i stanowią część klimatu i tajemnicy, na ekranie niestety raczej sprawiają dość smutne wrażenie.

Nie będę pisał o każdym z filmów z osobna, bo one stanowią pewien cykl, łączą je postacie, historia głównej bohaterki, która powoli się przed nami odsłania, sekrety rodzinne, które mają tu spore znaczenie. A pisząc o każdym z nich, musiałbym po prostu skupiać się na każdej z historii, ze śledztw, być może zdradzając zbyt wiele szczegółów. Na pewno warto oglądać je w kolejności, bo postać bohaterki się rozwija i pewne wątki powracają, są rozbudowywane. To nie jest kwestia złapania konkretnego mordercy, wyjaśnienia jakiejś zagadki, bo całość wyjaśnia się dopiero na sam koniec trzeciego filmu.

Kształt serca - Dolores Redondo, czyli ci którzy cudem przeżyli

Widzę, że po zachwycie Ciszą Białego Miasta, mam kolejne rzeczy z Hiszpanii do uzupełnienia. Nie czytałem jeszcze trylogii z Doliny Baztán, ale obejrzałem ekranizacje (i o nich też dziś) i mam ochotę na więcej, bo czuję, że powieści lepsze od wersji filmowych. Co prawda będę miała przed oczami już postać bohaterki, ale na szczęście po lekturze "Kształtu serca" stwierdzam, że jej wizerunek mi pasuje. I może nawet dobrze, że czytanie zaczynam od tomu najnowszego, bo jego akcja dzieje się nawet przed tą trylogią i pewne sprawy lepiej się nam układają w głowie. Poznajemy źródło relacji Amai Salazar z jej mentorem, czyli agentem FBI o nazwisku Dupree, do którego dzwoniła gdy miała jakiś kłopot z prowadzoną sprawą. Jak się poznali, skąd ta więź między nimi? Tego między innymi można dowiedzieć się właśnie z lektury "Kształtu serca". I choć żałuję, że fabuła nie jest umiejscowiona w Kraju Basków, jak w przypadku trylogii, to muszę przyznać, że jest wcale nie mniej klimatycznie (choć dużo cieplej). Nowy Orlean, z całym jego kolorytem, również pewną specyficzną mieszanką wierzeń, magii, a w tle największy huragan w historii - no czyż nie zapowiada się to ciekawie?

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Paczka ze zbrodnią, czyli Dochodzenie, Detektyw Areta, Bez śladu

Na jutro przekładam dwie notki na temat Dolores Redondo, ale ponieważ nazbierało mi się sporo filmów, znowu chcę zaproponować Wam kilka paczuszek. Może wypatrzycie coś dla siebie? Zwykle te najciekawsze znajdują się w osobnych notkach, ale kto wie...

DeNiro - choćby dla niego warto obejrzeć "Dochodzenie" choć ten film więcej ma w sobie z dramatu, niż z kryminału. To historia ojca, niezłego gliniarza, który zmuszony jest skonfrontować się ze swoimi błędami z przeszłości. Gdy rozstawał się z żoną, wygodniej mu było zacząć od nowa, nie chciał walczyć o prawo do widywania syna, a teraz po latach musi odpowiedzieć sobie na pytanie czy to nie był błąd, który dużo chłopaka kosztował.
O dwa morderstwa, w tym jedno policjanta na służbie i kolegi głównego bohatera, podejrzewany jest jego własny syn. Przez lata staczał się na dno, uciekał z domu, a dziś w przyćmionym narkotykami umyśle jest zaledwie cień dzieciaka, który miał jakieś marzenia i tęsknoty.

niedziela, 17 stycznia 2021

Przybysz, czyli wyśpiewać smutek, strach, nadzieję i tęsknotę

Teatr. W tęsknocie za spotkaniami na żywo, na razie pozostaje namiastka, czyli to co w sieci. Wśród ostatnich odkryć - spektakle Teatru Collegium Nobilium, czyli studentów warszawskiej Akademii Teatralnej. Zawsze mam sporą przyjemność oglądania tych młodych ludzi, z radością potem wyłapując niektóre twarze (bo do nazwisk nie zawsze mam pamięć) w tv czy teatrze. W sieci wrzucanych na dniach jest jeszcze kilka ich nowych spektakli, a wszystkie z elementami muzycznymi, więc macie jeszcze dodatkową frajdę jeżeli lubicie musicale - kto wie może ci młodzi ludzie dadzą się nam poznać lepiej również od tej strony w przyszłości?
Na początek "Przybysz". I nie przypadkowo. Komiks, który zainspirował do stworzenia tego spektaklu to chyba jedna z ukochanych historii obrazkowych (pisałem o nim dawno temu, ale w zakładce z przeczytanymi znajdziecie to bez trud, autorem jest Shan Tan). Byłem bardzo ciekawy jak też uda się to przenieść na język sceny. Oczywiście nie wszystkie elementy są identyczne, tam brak tekstu, niesamowita kreska, fantastyczne, trochę odrealnione wizje trudno oddać nawet w scenografii, trzeba więc było znaleźć na to jakiś pomysł. I mam wrażenie, że się udało. Wojciech Kościelniak ma duże doświadczenie z wystawianiem musicali, tym razem jednak, trochę ze względu też na niewielkie rozmiary sceny, postawił na minimalizm.

sobota, 16 stycznia 2021

Ludzi równie surowi jak i kraj, czyli Biały, biały dzień i Daleko od Reykjaviku

Islandia nieodmiennie fascynuje. I ja się też łapię na ten trend. Gdy widzę, że mogę w programie tv upolować jakieś kino z tego kraju, na pewno tego nie przegapię. Choć nie ukrywam, że mając w pamięci "Zimowych braci", to kolejnego obrazu Pálmasona trochę się bałem. 

"Biały, biały dzień" jest jednak dużo bardziej przystępny. Choć surowość narracji i obrazów jest podobna, sama historia jest po prostu dużo bardziej czytelna, zrozumiała. 

Bez reszty - Wojtek Miłoszewski, czyli pieniądze to nie wszystko?

"Kastor" Wojtka Miłoszewskiego podobał mi się na tyle, że przy drugim tomie postanowiłem zbyt długo nie odkładać czytania na później. I wiecie co? Miałem rację - kontynuacja kryminalnego cyklu o komisarzu Kastorze Grudzińskim jest nawet lepsza niż pierwsza część. Przełom lat 80 i 90 w Polsce to czas ogromnych zmian, a obserwując je okiem policjanta jeszcze wyraźniej odczuwa się frustrację pewnych grup, a determinację innych. To już nie są w miarę przewidywalne i rozpracowane grupy, z którymi mundurowi prowadzili grę, ale wojna, w której już nie mogą liczyć na szacunek ani litość. Amfetamina, porwania dzieci, wymuszenia haraczy - to działania mafii, która ma mocne plecy, czasem nawet chroniona jest przez policjantów, którzy wolą łatwy pieniądz, niż biedowanie za pensję i narażanie życia.
Kastor jest inny. Gdy bierze kogoś na celownik nie popuści. I nawet szansa na odbudowanie związku nie jest ważniejsza dla niego od pracy. Na początku motywowany zemstą za zabójstwo kolegi, ale potem nakręcony też przez chęć ratowania dzieciaków porywanych dla okupu, chwyta się czasem metod na pograniczu prawa - tu liczy się skuteczność, a nie przepisy.

piątek, 15 stycznia 2021

Od nowa, czyli kłamstwa, maski i zbrodnia

Całkiem zgrabnie zrobiony thriller prawniczy, z ciekawą rolą Hugh Granta. Chciałbym powiedzieć im starszy tym lepszy, co nie do końca jest prawdą, ale przynajmniej nic sobie nie naciąga, nie udaje młodszego. I dostał rolę dużo ciekawszą niż te które grał ostatnimi czasy w miernych komedyjkach i obyczajach. Partnerująca mu Nicole Kidman ciekawa, choć trochę sztuczna. Może taki pomysł mieli scenarzyści serialu - jej bohaterka jest trochę wycofana, jakby kryjąca emocje, ma w sobie jakąś tajemnicę. Może dlatego prawie do końca można się zastanawiać nad tym kto tak naprawdę zabił...
No tak - trzeba powiedzieć skąd ten trup. Ano historia stara jak świat - małżeństwo, w którym on zdradza i okłamuje żonę i staje się pierwszym podejrzanym o morderstwo gdy ginie jego kochanka, jak się okazuje również matka jego dziecka. A mimo to, żona stara się dać mu kolejną szansę, broni go, inwestuje pieniądze w najlepszego obrońcę. Bo jak twierdzi zna go na tyle, by wierzyć w to, że jest dobrym człowiekiem. A więc kto? Może jednak mąż tamtej kobiety, który miał się dowiedzieć o dziecku? Rozpoczyna się proces, a my wciąż jako widzowie dostajemy mylne sygnały, które mają zasiać w nas wątpliwość w sytuacji gdy jesteśmy już pewni odpowiedzi na pytanie: kto zabił.

środa, 13 stycznia 2021

Minas Warsaw - Magdalena Kozak, czyli i mag dupa, kiedy ludzi kupa

Wczorajszy tekst mimo, że go publikowałem, nagle zniknął, muszę więc raz jeszcze zabrać się za napisanie tego samego. Rany, jakie to trudne.
Powiem tak - chętnie bym pomarudził na pewne rozwiązania fabularne w tej powieści, ale autorka mnie trochę z tym przyblokowała, sama wrzucając w pewnym miejscu rozważania na temat czytelników, którzy chcieliby żeby wszystko toczyło się tak jak oni, by tego chcieli, odbierając przestrzeń na wyobraźnię twórcy. Nie podoba się? To sam napisz, jak uważasz że potrafisz lepiej.
No to ograniczę marudzenie :) Te rozważania na temat tego, jak autor kreuje rzeczywistość, są tu dość istotne dla całości, w sumie dzięki temu konstrukcja "Minas Warsaw" jest dwuwarstwowa. O co chodzi? Ano w naszej, tak znajomej rzeczywistości pojawia się mag ze smokiem, anektując we władanie Pałac Kultury i Nauki, budząc grozę w całym mieście, gdy próbuje zmieniać rzeczywistość według własnych upodobań. Ten wątek fajnie się zaczyna, potem niestety trochę mag trochę znika z naszych oczu i pierwszy plan zajmują ci, którzy chcą się go ze stolicy pozbyć.

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Wychowani przez wilki, czyli przedziwna mieszanka futurystyki i średniowiecza

Może dobrze, że pozwoliłem sobie trochę na odetchnięcie po tym serialu, bo inaczej przy ocenie by chyba poniosły mnie emocje. One zresztą się mocno zmieniały - najpierw był zachwyt po pierwszym odcinku, potem ciekawość, ale im bliżej finału tym bardziej byłem zły i rozczarowany. A tak, gdy trochę odetchnąłem, mogę spokojnie powiedzieć, że drugi sezon pewnie sobie daruję, ale pierwszego, choćby ze względu na warstwę wizualną i klimat, nie żałuję (no dobra, smoka na koniec żałuję, tego się nie da odzobaczyć).

Aaron Guzikowski, czyli scenarzysta serialu, fantazję ma i podobno pomysły rozpisał sobie na wiele sezonów, ale nawet jeżeli znowu będzie firmował to Ridley Scott, jak pierwsze dwa odcinki tym razem, to i tak poziom degrengolady przekroczył już pewną granicę i chętnych nie będzie wielu. Początek zapowiadał się fajnie, potem jednak poszło to w jakąś dziwną stronę...

niedziela, 10 stycznia 2021

Teraz albo nigdy - Szymon Hołownia, czyli szukać nadziei

Jedna z pierwszych książek, które kończę w tym roku, a zacząłem jeszcze przed Bożym Narodzeniem, dawkując ją sobie powoli. I przy wielu z tych felietonów, mimo upływu kilku lat, wciąż znajduję coś celnego. Nie chodzi o sam komentarz do różnych wydarzeń, ale raczej pewnego rodzaju spojrzenie na świat, na ludzi, na Kościół. I nie zmienia mojego stosunku, pewnego rodzaju sympatii, fakt iż Pan Hołownia zaangażował się w politykę, że może popełnia błędy (kto ich nie popełnia?), że nie zawsze się z nimi zgadzam. Cieszę się z każdego mądrego zdania, które mogę dla siebie wziąć i nikt przecież mi nie każe podchodzić do tego na kolanach, że mam połykać wszystko jak pelikan. Ta książka to zbiór felietonów, a więc tekstów dość krótkich z "Tygodnika Powszechnego" z lat 2017-2019. Komentarzy do tego o czym się dyskutowało albo co po prostu zwróciło uwagę autora. Czyli od wydarzeń politycznych, medialnych, aż po jakieś jego przemyślenia i komentarz do tego co powiedzieli inni. I choć np. coraz ostrzejsze słowa związane z wegetarianizmem chwilami nie do końca kupuję, muszę przyznać, że nawet w swoim zacietrzewieniu, Szymon Hołownia nie przekracza pewnych granic, to czasem jest mocna krytyka, (np. polskiego episkopatu), ale bez zdeptania w ziemię, bez upokorzenia ludzi, którzy myślą inaczej. Ale to co najbardziej podoba mi się w różnych jego tekstach to coś innego...

sobota, 9 stycznia 2021

Szarlatan, czyli świat się zmienia, świat się wali, a on chce jedynie robić swoje

Agnieszka Holland po raz kolejny sięga po wydarzenia z przeszłości i autentyczną postać, nie po to by stawiać jakieś pomniki, ale by przyjrzeć się ludzkim wyborom, decyzjom, temu jak zachowują się w trudnych sytuacjach. Jana Mikoláška dziś byśmy pewnie określili jako speca od medycyny naturalnej, przed wojną traktowano takie osoby raczej jako znachorów, upatrując się w ich umiejętnościach jakiejś magii. To było jego marzenie - pomagać ludziom. I nie były najważniejsze pieniądze jakie na tym zarabiał. Uważał, że ma dar. Zna się na ziołach, na roślinach, wie jakie przepisać napary, by pomóc w określonych dolegliwościach, nauczył się też rozpoznawać objawy po moczu chorego. I choć zdaje sobie sprawę, że motywacja pacjenta była równie ważna jak i same zioła, dawał im coś czego pragnęli - wraz z lekarstwem nadzieję... Leczył przed wojną, w trakcie niej i nawet w komunistycznej Czechosłowacji, próbując się dostosować do każdej władzy, byle pozwoli mu robić swoje. 

piątek, 8 stycznia 2021

Fantastyczne opowieści wigilijne, czyli dziecko z Marsa, czy Mikołaj w wersji hard?

Aż żal, że atmosfera świąteczna i ta tematyka to rzeczy, po które zwykle sięga się jedynie w grudniu. Może jednak znajdą się tacy, którzy upolują sobie ten zbiorek i sięgną po niego z lubością dopiero za 11 miesięcy. Ja swój wystawiam na Allegro na WOŚP więc jakby co macie okazję (wszystkie nasze aukcje tu).

Pomysł, by zebrać antologię opowiadań nawiązujących do Bożego Narodzenia, ale napisanych przez ludzi na co dzień zajmujących się pisaniem fantastyki, sam w sobie jest dość zwariowany. Na szczęście nie zrobiono tego w taki sposób jak teraz często wydaje się antologie - kilku znanych i popularnych ma napisać coś na szybko, na kolanie a do tego dodamy mniej znanych autorów. Piotr Gociek, który jest autorem pomysłu, zebrał nazwiska ciekawe, ale też teksty z różnych lat - czuje się, że trochę napracował się przy ich wyborze, a dzięki temu całość na pewno jest bardzo różnorodna. Od rzeczy wprost odwołujących się do świąt, do zupełnego dolotu tematycznego, od baśni, przez horror, aż po twardą fantastykę. Na duży plus - uzasadnienie wyboru i krótka notka o autorach (dość osobista). Może i nie wszystkie nazwiska są w tej chwili "na topie", ale to pisarze nagradzani i na pewno interesujący.

czwartek, 7 stycznia 2021

Elegia dla bidoków, czyli jemu się udało...

Powieść przyjąłem jakoś bez wielkiego entuzjazmu (pisałem o niej tu), a i film jakoś chyba nie zagości na dłużej w mojej głowie. Może dzięki roli Glenn Close ogląda się to całkiem nieźle, natomiast podobnie jak przy powieści - to raczej wydmuszka, a nie głęboki dramat, czy też analiza społeczna. Na szczęście mocno ograniczono rozważania na temat sąsiadów i próbę szerokiej diagnozy społecznej - jej namiastką są obrazki, gdy bohater jedzie przez miasta i widzi mało zadbane domy, nastolatki z alkoholem itp. Najważniejsza zaś staje się tu jego własna historia - dzieciństwo, które sobie przypomina, jadąc z powrotem do domu, by ratować tyłek swojej matce (Amy Adams). Ona przez wiele lat powtarzała mu jaka była dobra w szkole, jaką mogła zrobić karierę, ale ponieważ przytrafiło się jej dziecko, potem nie miała szczęścia do facetów, nie miała wsparcia ani kasy, skończyła jak skończyła. Czyli łapiąc się różnych fuch i szukając szczęścia w narkotykach. J.D. zresztą pewnie mógłby, podobnie jak wielu jego rówieśników i wielu przed nim, powielić podobny schemat - dobrze zapowiadający się, ale bez szans na wyrwanie się ze środowiska, z miasta, z regionu... Ile jest w każdym z krajów takich miejsc jak amerykańskie Apallachy, z których po kryzysie gospodarczym wycofał się przemysł, wcześniej wyeksploatowawszy ziemię i ludzi do cna.