czwartek, 23 marca 2017

Konkurs! Tym razem filmowo, czyli Wiosna filmów się zbliża

Wczoraj konferencja prasowa przed Festiwalem Wiosna Filmów (będę jeszcze przypominał: 2-9 kwietnia i co ważne, będzie też niespodzianka dla ludzi spoza Warszawy - filmy do oglądania online), dziś już nawet zawiesili program, a ponieważ wszyscy dostaliśmy od organizatorów prezent, mam możliwość zorganizowania dla Was szybkiego konkursu.
Kto ma ochotę na płytę DVD z filmem Kwiat wiśni i czerwona fasola?
Pisałem o nim tu

Czas trwania konkursu: do soboty 25.03 do godziny 15.00
A co zrobić by mieć szansę? Wystarczy wysłać maila na adres: przynadziei@wp.pl, ze zgłoszeniem i odpowiedzią na pytanie:
proszę podaj tytuł filmu, który w ub. roku (tj. 2016) na festiwalu Wiosna Filmów zdobył tytuł najlepszego w plebiscycie publiczności
Wszystko inne, czyli reklama konkursu, lajkowanie, dodawanie do obserwowanych itp. mile widziane, ale nieobowiązkowe. Jeżeli będzie więcej chętnych, może będą jakieś nagrody dodatkowe, aby nie tylko jedna osoba wyszła z nagrodą... 



środa, 22 marca 2017

O kobietach, czyli Diana i Sufrażystka

Dziś dwa świetne filmy, w których role kobiece odgrywały bardzo ważną (o ile nie najważniejszą) rolę, ale o nich na dniach, bo to nowości. Muszę sobie trochę poukładać myśli. Dziś też konferencja prasowa na temat Wiosny Filmów (2-9 kwietnia) i już zacieram łapki :)
Na razie jednak porządkuję trochę starsze rzeczy. W sumie po nie też zaglądacie na Notatnik. Spis wszystkich obejrzanych obejmuje już grubo ponad 1000 pozycji i wciąż rośnie. I zawsze pamiętajcie, że miło mi widzieć Wasze komentarze, opinie, nawet jeżeli nie są zbieżne z moimi (może właśnie takie budzą największą ciekawość, bo aż ma się ochotę powtórzyć seans, by zobaczyć to co umknęło). Oglądanie zawsze jednak obciążone jest w jakimś stopniu czymś co może wpływać na ocenę: zmęczenie, towarzystwo, jakieś zakłócenia...
Na dziś mam dla Was dwa obrazy sprzed jakiegoś czasu upolowane w tv. Oba może i nie są jakimiś wielkimi dziełami, ale ogląda się je dość sympatycznie. Pewnie pierwszy, bardziej ze względu na legendę księżnej Diany, do której sentyment ma wiele serc niewieścich. I ten film dobrze się w te klimaty wpisuje. Jest dramat, próby pozbierania się do kupy, presja mediów, życie wciąż na widoku, pragnienie wolności i bycia zupełnie normalną kobietą...

Zatrute ciasteczko - Alan Bradley, czyli nawet nie podejrzewasz co jej siedzi w głowie

Ach! Czemuż, ach czemuż tak późno odkrywam Flavię De Luce, skoro to jest tak urokliwe. Czytałem z przyjemnością, choć przecież na dobrą metę to pozycja, bardziej dla moich córek niż dla mnie. Co z tego jednak, że bohaterką jest 11 letnia dziewczynka, skoro jej przygody, pomysły i przemyślenia są pełne takich smaczków, które bardziej pewnie będą bawić starszych niż jej rówieśników. Która bowiem nastolatka ma taką wiedzę z różnych dziedzin, jest tak dojrzała, a jednocześnie tak jakoś dziwnie pozbawiona empatii (szczególnie do starszych sióstr i to ze wzajemnością).

Rezolutna, przebojowa, odważna i w dodatku posiadająca pasję, która jest dość zaskakująca: Dziewczynka kocha chemię, bawi się we własnym laboratorium w różne eksperymenty, a jej konikiem są… wszelkiego rodzaju trucizny. Gdybym posiadał dwie starsze siostry, które zamykają mnie w szafie, też bym chciał zemsty, choć może niekoniecznie oznaczającej zgon ofiary. Przyglądając się różnym marzeniom, planom i eksperymentom Flavii można poczuć ciarki na plecach. Patrzy na świat dość chłodno, jak przez lupę, analizując różne rzeczy pod kątem wzorów, substancji, ich reakcji... A ten zmysł analityczny (nie tylko chemiczny) bardzo jej się przyda. "Zatrute ciasteczko" jest bowiem kryminałem, a skoro tak to musi być trup. I chyba naturalne, że wtedy musi być też śledztwo.

poniedziałek, 20 marca 2017

Rocky Horror Picture Show, czyli zabawmy się raz jeszcze

Cholercia, gdy pisałem już dawno temu o tej sztuce granej na deskach teatru Och, wspominałem, że chciałbym zobaczyć oryginał z roku 1975. No i nie zrobiłem tego do tej pory :( Trafiłem za to na remake stacji telewizyjnej Fox, może troszkę ugrzeczniony, ale równie szalony, jak to co pamiętam z teatru.
Ten glamrockowy musical jest tak przepełniony kiczem, zabawą i przy okazji również transseksualizmem, że albo się go kocha od razu albo ogląda ze zgrzytaniem zębów. Ja kupuję tę konwencję, choć do końca jej nie czuje, nie bawi mnie ona aż tak bardzo. Trudno jednak nie uśmiechnąć się na te wszystkie wygłupy z dr Frank-N-Furterem, przeprowadzającym w swym zamku jakieś szalone eksperymenty. Para młodych, ułożonych i konserwatywnych Amerykanów gdy trafia w jego łapy musi być nie tylko zszokowana, ale i zdegustowana jego wyglądem, zachowaniem, upodobaniami, z którymi wcale się nie kryje.
Na pewno bardzo podobał mi się pomysł ze sceną w starym kinie, w którym publiczność ogląda musical, przeżywa go (i to żywiołowo), a potem również w nim uczestniczy. Gdybyśmy jedynie opowiadali samą historię Janet i Brada, błądzących w deszczu i w nocy trafiających do zamku, nie mielibyśmy z tego tyle frajdy.

Zaginiony - Egon Hostovsky, czyli rycerze światłości kontra rewolucja

Książka z lat 50, ale wydana jedynie poza granicami Czech, tam zakazana, wydana dopiero po roku 1989. Czyli jak to mówią "półkownik". I powiem Wam, że mimo tylu lat, czyta się po prostu świetnie! Chwała Książkowym Klimatom za przybliżenie w Polsce tego autora i tej pozycji. Chyba nawet postawiłbym ją ponad ostatnio czytanego Kunderę. Nawet miałem połączyć obie te powieści, ale jednak stwierdziłem, że nie mam siły na pisanie o dwóch. Dziś napisałem już cztery inne teksty i jakoś nie mam ochoty siedzieć dłużej nad klawiaturą. Ale dla Hostovsky'ego to zrobię.

Chyba zbyt mało znamy historię powojenną Czechów, by orientować się we wszystkich niuansach, ale z grubsza możemy domyślać się, że autorowi udało się oddać atmosferę tych kilku dni przełomowego roku 1948. Tam bowiem nie od razu udało się komunistom przejąć władzę, z początku musieli dzielić ją z innymi opcjami politycznymi. I to jest właśnie tło, dla fabuły tej książki. Jan Masaryk, manipulacje prasy, bezradność i zagubienie ludzi, którzy nie potrafili przeciwstawić się temu co nadchodziło, paraliż i strach jakie dotknęły opozycję i przedstawicielstwa zachodnich mocarstw...

sobota, 18 marca 2017

Dwupak kostiumowy, czyli Elżbieta. Złote czasy i Dziewczyna z perłą


Wciąż zbieram się do pisania o serialach, bo kilka z przyjemnością skończyłem, a tu już wpadłem w następne (Midnight sun) i potem człowiek nie może się oderwać od telewizora, by na chwilę usiąść do kompa. Na jutro jednak mam też coś książkowego i obiecuję Wam, że dobre. Wracają klimaty czeskie.

A dziś trochę retro. Ale nie, że filmy stare, tylko sięgam po rzeczy kostiumowe, choć jak najbardziej współczesne. I zachwycam się (szczególnie przy Dziewczynie z perłą) jak wiele można stworzyć magii poprzez pracę operatora. Choć w pierwszym przypadku film, jest słabszy niż nakręcony wcześniej film o królowej Elżbiecie, tu ewidentnie ekipa poszła za ciosem i stworzyli coś widowiskowego, ale bez tej magii, jaka była w części pierwszej. W sumie nie dziwne, że postać kobiety na tronie fascynuje, zwłaszcza, po tych wszystkich wcześniejszych zmianach na tronie Anglii. Pisałem o tym już przy notce o książce Magdaleny Niedźwiedzkiej i pewnie jeszcze nie raz sięgnę z ciekawością po coś o tej postaci. Może powtórzę sobie "Elżbietę"? Chyba wspominam go najlepiej. "Złote czasy", choć ładne, nie są tak interesujące, zbyt proste. Elżbieta (Cate Blanchett) rządzi już od blisko 30 lat, ale wciąż musi udowadniać otoczeniu, że potrafi rządzić, że państwo w jej rękach przetrwa nawet konflikty z potęgą hiszpańską.

Projekt Teatralny M, czyli amatorzy też potrafią

Kolejny wieczór teatralny i na kilka dni przerwa w pisaniu o teatrze. Do wtorku :) Bo wtedy czeka mnie Mizantrop w Comedie Francaise. A dziś coś wyjątkowego. Rzadko bowiem zdarza się, żeby przedstawienie przygotowane od początku do końca przez grupę amatorów mogły być wystawiane na deskach profesjonalnego teatru. A tu właśnie tak się dzieje. I wiecie co?
Oni jak najbardziej na to zasługują. I to nie tylko dlatego, że wzięli na warsztat moją ulubioną powieść, czyli "Mistrza i Małgorzatę" :)
Od razu informuję, że najbliższa okazja, żeby ich zobaczyć na żywo już niedługo.

Co ciekawe, mimo dość skromnej ekipy (raptem chyba 11 czy 12 osób), malutkiej sali i materiału, który przecież jest ogromny, muszę przyznać, że ich spojrzenie na Mistrza i Małgorzatę jest dość ciekawe i spójne. Wiadomo, że pokazać nie da się wszystkiego, ale wprowadzone skróty i wybór scen, tak by łączyły się w całość, są sensowne i w żaden sposób nie czułem rozczarowania. Zrezygnowano z wątków pokazujących fanaberie wesołej kompanii przybywającej do Moskwy, całej tej otoczki drugoplanowej, pokazującej absurdy komunistycznej "sielanki". Na pierwszym planie jest Mistrz, jego powieść i ta, która go kocha do szaleństwa. Nawet w pewnym momencie zadrżałem, żeby nie wyszedł z tego happy end, ale ekipa jest wierna duchowi oryginału. Na szczęście.

czwartek, 16 marca 2017

Noc Helvera, czyli gdzie będziemy bezpieczni

I kolejne teatralne miejsce odkryte na mapie Warszawy. Teatr Druga Strefa ukryty gdzieś w uliczkach Mordoru, zdecydowanie wart jest odwiedzenia. Mówię to po jednym spektaklu, ale po pierwsze dość luźna atmosfera tego miejsca bardzo mi pasuje, a po drugie "Noc Helvera" jest przedstawieniem z rodzaju tych, o których pamięta się długo. Za to jedno spokojnie można oddać 5 innych biletów, a tu w dodatku te ceny (nie powiem, sprawdźcie sami). 
Ile znaczy dobry tekst, odpowiednio zagrany... Nie potrzeba żadnych fajerwerków, wydumanych scenografii. 
Jest mieszkanie, a w nim kobieta, która opiekuje się dużo młodszym od siebie mężczyzną. Nie ma w tej relacji jakiegoś podtekstu seksualnego, jest jednak czułość, opiekuńczość. Helver sam w świecie raczej by sobie nie poradził, słabsze funkcjonowanie w sferze umysłowej przekłada się również na to jak postrzega go otoczenie, trochę z politowaniem, może z litością, z przymrużeniem oka. Jest mieszkanie. A w nim okno. A za nim świat. Świat, w którym wiele się zaczyna dziać - słychać maszerujące równo tłumy, krzyki, wznoszone hasła, śpiew, łopot flag. Rosnące podniecenie udziela się również Helverovi, który szuka akceptacji, liczy na to, że oto znalazł sobie przyjaciół. W społeczeństwie, które dzieli wszystkich na tych dobrych i na ścierwusy, nie ma zamiaru stać po złej stronie.

środa, 15 marca 2017

Hedda Gabler, czyli ludzie tak nie postępują?

Po powrocie z teatru smutne wieści - odszedł Wojciech Młynarski, kolejny z mistrzów słowa, którego będzie bardzo brakować. I jak tu pisać o czymkolwiek? Na warsztat biorę więc seans sprzed kilku dni, oglądany w kinie Praha, w ramach cyklu National Theatre Live. Wciąż nie mogę się nadziwić, że na te pokazy nawet na ostatnią chwilę można zdobyć bilety (warto! najbliższy pokaz to Wieczór Trzech Króli), w sytuacji, gdy na mierne komedie w naszych teatrach o to bardzo trudno. No cóż, co kto lubi. Obejrzałem już kilkadziesiąt spektakli z Londynu i mogę tylko powiedzieć: kto nie był, niech szybko nadrabia. To nie kwestia snobowania się - zagraniczne lepsze, ale naprawdę byłem tyle razy zaskakiwany i wychodziłem zachwycony, że wiem co mówię. A choćby i Heddą Gabler. Dotąd pokazywane inscenizacje miały cudowną scenografię, jakiś pomysł, a tu proszę: surowość, ascetyczność.
Ale chyba właśnie dzięki temu jeszcze bardziej skupiamy się na tekście, na emocjach.

wtorek, 14 marca 2017

Maus - Art Spiegelman, czyli jak o tym opowiedzieć

 Koronny dowód na to, że komiks nie jest medium jedynie dla rozrywki małolatów, że to po prostu trochę inny sposób na opowiadanie historii. Komiks, który dostaje nagrodę Pulitzera za literaturę? Komiks o holokauście? To już dziś nie dziwi, choć pewnie w momencie gdy Maus się ukazywał, mogło budzić zdziwienie, zwłaszcza, że bohaterami są wcale nie ludzie, tylko... myszy. Ten zabieg, by każdy naród, jego mentalność, charakter, przedstawić jako jakiś gatunek zwierząt (Polakom niestety przypadły mało sympatyczne świnie), jest tu ważny nie tylko w warstwie historycznej. Służy on bowiem autorowi również w momencie gdy pyta o własną tożsamość - człowiek z maską myszy u psychoterapeuty jest bardzo ciekawym spojrzeniem nie tylko na siebie, ale na całe pokolenie dzieci ludzi, którzy przeżyli obozy koncentracyjne. Dla nich przynależność do narodu, który nagle został skazany przez inny na zagładę, była czymś co czasem nawet chcieli ukryć, ale nigdy by się nie wyparli. A ich dzieci? Zabiegane, żyjące w wygodnym świecie, zmęczone słuchaniem o historii, traktujące swoich rodziców jako kogoś od kogo trzeba się uwolnić, kto ogranicza...

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...