wtorek, 18 grudnia 2018

Ludzie inteligentni, czyli kto ma rację i kto rządzi

Podobno ludzie inteligentni z pewnych spraw nie robią problemów, awantur, przyjmując je na spokojnie jak przystało komuś z klasą. W teorii oczywiście. Bo przecież czasem emocje mogą wziąć górę i wtedy okazuje się, że mit o lepszym radzeniu sobie z problemami, dojrzałości, przemyślanych decyzjach i wyważonych reakcjach pryska. W komedii "Ludzie inteligentni" będziemy mogli przyjrzeć się trzem parom, które zmierzą się z taką sytuacją w praktyce. Przekonani, że przecież w ich związku panuje ład, harmonia, zrozumienie i pełna akceptacja, nawet sytuacji, które idealne na pewno nie są, pragną za wszelką cenę udowodnić przyjaciołom, że mogą się od nich uczyć. Przecież człowiek inteligentny właśnie tak załatwia wszystkie sprawy...

Niezłomny, czyli każdy dzień walką


Angelina Jolie coraz mniej gra, a coraz częściej staje po drugiej stronie kamery. Niestety mimo ciekawego materiału - biografii kogoś zwykłego, a zarazem niezwykłego, wyszło dość przeciętnie. Oto olimpijczyk, człowiek, który swoją wytrwałością potrafi udowodnić, że można osiągnąć bardzo wiele. I nie chodzi tu jedynie o wydolność ciała, ale raczej o niezłomność charakteru.

niedziela, 16 grudnia 2018

Słoneczna dolina - Stefan Darda, czyli żyć, nie umierać

Późno poznaję prozę Stefana Dardy, ale po łyknięciu jednego tytułu już wiem, że chętnie sięgnę po kolejne. Niewiele jest rzeczy tego typu u nas na rynku - mieszanka grozy, tajemnicy, ale mocno osadzona w codzienności, zwyczajności. Trochę jak u Kinga - nie zawsze potrzebne są jakieś stwory z innego świata, skoro człowiek sam potrafi sprawić, że aż ciarki chodzą na samą myśl o tym do czego jest zdolny.
Czego się boimy? Kary za przewinienia, ujawnienia naszych kłamstw, wstydu, a może jeszcze czegoś innego? A ile jesteśmy zdolni zrobić, by tego wszystkiego uniknąć? Z nadzieją, że nigdy nie ujrzy to światła dziennego. Wychodząc z tego punktu Darda stworzył cały cykl na temat mieszkańców pewnej wioski, w której za karę czas się zatrzymał - tkwią jakby w inne rzeczywistości, nie starzejąc się, nie mogąc stamtąd uciec, zdani jedynie na to co może wyrosnąć w ich wiosce i okolicznym lesie. Ile można tak przeżyć - dni, tygodni, lat... Gdy jedynym sposobem na przerwanie takiej wegetacji jest samobójstwo, a nawet wtedy wcale nie jesteś wolny, tyle, że jako upiór masz chyba trochę inne problemy niż ludzie. "Słoneczna dolina" otwiera cykl pt. "Czarny Wygon", wprowadzając nas w ten świat, ale nie dając nawet do końca odpowiedzi na temat przyczyn tego co się z mieszkańcami tej wioski stało.

sobota, 15 grudnia 2018

Góry. Stan umysłu - Robert Macfarlane, czyli adrenalina, zachwyt i coś jeszcze


Góry kocham od lat i choć kondycja oraz waga ciała ostatnimi czasy coraz bardziej ciągną mnie ku dolinom, ja wciąż spoglądam z nadzieją na szczyty. W nasze Tatry pojechałem ponad 20 lat temu w podróż poślubną, teraz ciągnę tam młodszą córkę (starsza nie ma jakoś ochoty) i mam nadzieję, że jeszcze nie raz będzie mi dane gdzieś się wdrapać, a potem cieszyć serce i oczy tym co widać z góry. Gdy czytałem "Góry" poczułem, że zarówno z autorem, jak i wieloma postaciami tu opisywanymi całkiem sporo mnie łączy. To nie jest tylko fascynacja górami, ale również pewnego rodzaju tęsknota, upór, by mimo przeciwności przeć do góry. Gdy trzeba zawrócić, gdy pogoda nie pozwala na wejście, człowiek czasem idzie za głosem rozsądku, ale nie znaczy to, że jest szczęśliwy. Góry go wciąż wzywają. Wchodzi się przecież nie raz i nie dwa tym samym szlakiem, na ten sam szczyt, ale radość, satysfakcja, poczucie spełnienia wcale nie jest dużo mniejsze niż za pierwszym razem.
Nie chodzi tu więc jedynie o rekordy, sukces, najwyższe wierzchołki, ale raczej o pokonywanie własnej słabości, wysiłek, który potem jest nagrodzony. Gdy wjedziesz na górę kolejką, będziesz miał podobne widoki, ale dla mnie one będą dużo cenniejsze.

Właśnie o tych paradoksach i fenomenie miłości do gór pisze Robert Macfarlane - brytyjski pisarz, podróżnik i historyk idei. Jak to się dzieje, że one tak bardzo fascynują i przyciągają, czy działo się tak zawsze, czemu nawet śmierć tak wielu ludzi, nie odciąga kolejnych od podejmowania wyzwania i wspinaczki coraz wyżej, coraz szybciej, trudniejszymi drogami.

Twarz, czyli ryj narodowy

O ile o Smarzowskim wiemy czego się spodziewać i nawet jeżeli nie lubi się pewnych przerysowań, trudno mu odmówić celności jego obserwacji, mam wrażenie, że Szumowska zwyczajnie się pogubiła w tym co chce przekazać widzowi w "Twarzy". Wobec tych wszystkich scen jakimi przeładowała swój film, by pokazać brak tolerancji, głupotę i prymitywizm Polski prowincjonalnej, zabawne wydają się stwierdzenia, że komu się ten film nie podoba ten nie przyjmuje krytyki. Czyli co? Mamy teraz uznać, że żarty z Grażyn i Januszów, cebularstwa za zbyt słabe i mało ostre, trzeba je jeszcze bardziej przerysować i nazwać diagnozą społeczną? I najlepiej jeszcze połączyć z sukcesem PiS. Dziękuję za takie diagnozy. O ile "Wesele"jest aktualne po latach, to "Twarz" trudno uznać za aktualną nawet dziś. Wygląda to wszystko tak jakby w tym kraju całe zło, frustracja, to co najgorsze miało się objawiać na wsi, bo reżyserce kojarzy się ona z ciemnogrodem (czyli rodzinnym biesiadowaniem, chodzeniem do kościoła, prostym życiem bez ekscytowania się tym czym żyją media). Nie, w miastach nikt nie wpada na pomysł, by rozebrać się przed sklepem celem upolowania telewizora na promocji. U Szumowskiej cała ta krytyka i obnażanie naszych wad musi być sprowadzona ostatecznie do czegoś co definiuje nieudacznictwo, brak tolerancji i empatii, czyli klęczenia przed wielką figurą Chrystusa. Król Polski ma patrzeć w kierunku Częstochowy, a świat ma się z nas śmiać...

środa, 12 grudnia 2018

Nielegalni, czyli prywatnie agenci mają przechlapane

Canal + na pewno sporo zainwestował w ten serial. Niezła obsada, masa lokacji, niezłe tempo... Powieści Severskiego były hitami, więc materiał na sukces wydawał się gotowy. Coś jednak nie do końca poszło tak jak trzeba. To ma być kino szpiegowskie na światowym poziomie? Bo co? Bo mówią obcymi językami i raz na jakiś czas pojawi się w filmie odrobina napięcia albo jednostka specjalna ściągnięta na interwencję?
A gdzie realizm, którym Severski tak się przechwalał? A gdzie jakaś wciągająca akcja? Jeżeli dopiero przy 8 odcinku coś zaczyna się mgliście rysować jako główna rozgrywka trzymająca w napięciu, to znaczy że ktoś coś zawalił. I nie tylko to. Szpiegowanie, które polega na tym, że idziesz 10 krokiem za śledzonym, który podobno jest szpiegiem, ale się nie kapnął... No wolne żarty. Te wszystkie podsłuchy, kryjówki, sztuczki - może jedna na dziesięć rzeczywiście wydaje się czymś nowym i zaskakującym, pozostałe to zagrania na poziomie Hansa Klossa. Zresztą, tam wszystko służyło budowaniu napięcia. Tu prawie nic widza nie trzyma za gardło.

wtorek, 11 grudnia 2018

Niedzielne popołudnie, czyli ona i on, Ty i ja...

Nie raz już zachwycałem się miniaturami scenicznymi Teatru Młyn. Nazywam je tak, bo rzadko kiedy trwają dłużej niż 70 minut, dostarczają jednak całej masy emocji i nie raz ciekawych przemyśleń.
Czasem rozśpiewane, lżejsze, ale nawet wtedy nie brakuje tam miejsca na bardziej trudne i bolesne sprawy. Natalia Fijewska-Zdanowska (scenariusz, reżyseria), ma dar do tego, by wychwytywać żywy język jakim się posługujemy, jak się kłócimy, przekomarzamy, jak wyrażamy nasze marzenia, tęsknoty, a jak bezradność. W najnowszej premierze udowadnia to po raz kolejny.
"Niedzielne popołudnie" to słodko-gorzki obrazek z życia pary. Pewnych rzeczy się domyślamy, pewne wiemy od początku, a niektóre dopiero zostaną nam zdradzone w trakcie. Od zwykłych przekomarzanek, żartów, codzienne narzekania, czułości lub tęsknotę za nimi, aż do słów, które być może nie powinny zostać wypowiedziane. A może powinny, skoro dusiło się je w sobie, skrywało lub z drugiej strony wyczekiwało się ich z obawą...

poniedziałek, 10 grudnia 2018

OJCIEC, czyli o tym co każdy z nas przeżyje…


Kochamy komedie, przedstawienia lekkie, łatwe i przyjemne… Odpychamy od siebie myśli o chorobach, starości, przemijaniu i śmierci. Obezwładnia nas lęk o tym co z nami będzie gdy dopadnie nas jakaś niemoc. Głośno krzyczymy o kulcie młodości i chowamy za śmiechem lęk i myśli o śmierci. Swojej lub osoby bliskiej. A przecież końcówka życia większości z nas nie będzie trwać sekundę…

czwartek, 6 grudnia 2018

Miasta równoległe, czyli komu zależy by ten podział istniał?


Cztery odcinki, duży apetyt, bo połączenie kryminału i SF obiecywało coś smakowitego. Jesteśmy wrzuceni od razu mocno w pewne realia, bez tłumaczenia zasad tego świata i to trochę może przeszkadzać. Dwa miasta oddzielone czymś w rodzaju muru, każde z nich zupełnie inne, przejście pilnowane przez policję - przypomina Berlin, prawda? I wizualnie też twórcy bardzo nie poszaleli, bo obrazki jako żywo przypominają konfrontację szarej nijakości socjalistycznej i przepychu kapitalizmu. Ba, nawet mundury podobne.
Do tego jednak jeszcze są dodatkowe elementy: jacyś "czarni", których boją się wszyscy po jednej i po drugiej stronie granicy, strażnicy porządku i istniejących podziałów, jakieś schizy przy przechodzeniu z jednego miasta do drugiego - tak jakby wywoływało to trudności psychiczne... No i podziemne miasto, które podobno istnieje tuż obok, marzenie wszystkich buntowników, legendarna i utopijna kraina, w której postęp poszedł dużo bardziej do przodu.

środa, 5 grudnia 2018

DON KICHOT, czyli balet energetyzujący jak red bull


Jeśli dzięki nazywowkinach.pl można na widowni przeżyć magię, to wyobrażam sobie jaki efekt jest w rzeczywistości…

Czegoś takiego się nie spodziewałam, choć balet Teatru Balszoj z Moskwy zadziwiał mnie już niejednokrotnie mistrzostwem wykonania, choreografią, scenografią, kostiumami. Tutaj, niemal od pierwszej sceny, wszystko jest w niesamowitym ruchu, kręci się, wiruje, podryguje i skacze. Nigdy nie byłam w Hiszpanii, ale mogę sobie wyobrazić sławny temperament południowców… a w wykonaniu teatru Balszoj , w tym przedstawieniu podniesiony został do potęgi n-tej. Są tawerny portowe i torreadorzy, tamburyny i kastaniety, tańce uliczne, hiszpańskie, cygańskie i dworskie, na scenie mamy prawdziwego konia i osła, a wszystko to jest radosne, roztańczone, psotne i zabawne. I jest piękne!

wtorek, 4 grudnia 2018

Niewidzialni - Roy Jacobsem czyli gdy uciekniesz i tak będziesz tęsknił

Wznowienie serii skandynawskiej przez Wydawnictwo Poznańskie raduje serducho, zwłaszcza że ostatnimi czasy wszyscy zajęli się kryminałami, zapominając, że stamtąd pochodzi masa ciekawej literatury zupełnie nie związana z tym gatunkiem.
Jak choćby "Niewidzialni", na poły baśniowa, na poły realistyczna powieść, która trafiła w ubiegłym roku do finału Międzynarodowej Nagrody Bookera 2017. Spotkałem się już z określeniem, że to takie "Dzieci z Bullerbyn", tyle że dla dorosłych. Podobnie jak tam obserwujemy codzienne życie, jakieś troski, plany, radości i smutki niewielkiej rodziny mieszkającej na uboczu. Wszystko tu jest ściśle połączone z porami roku, proste, bliskie natury. Choć ludzie nieustannie próbują dla siebie wywalczyć jakiś kawałek przestrzeni, gdzie nie będą narażeni na jej kaprysy, to jednocześnie mają jakąś pokorę wobec niej, akceptują ze spokojem, że raz na jakiś czas muszą zaczynać coś od nowa.

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Czarownice z Eastwick, czyli każda kobieta nosi w sobie tę moc

Jeżeli jeszcze myślicie nad jakimś prezentem na Mikołajki lub chcecie jeszcze w grudniu zapewnić sobie i komuś bliskiemu miły wieczór, będę namawiał Was na teatr. Zdecydowanie za rzadko kupujemy bilety, a przecież to może być nie tylko jeden uroczy wieczór, ale okazja, by kolejne osoby połknęły bakcyla. W tym miesiącu powracam więc z notkami na temat tego co w ostatnich tygodniach widziałem na warszawskich scenach. 


Na początek: Teatr Syrena. Pod nową dyrekcją odważnie wkroczyli z kilkoma premierami musicalowymi - o "Rodzinie Adamsów" słyszałem już sporo dobrego, wybieram się więc niedługo, udało mi się natomiast zobaczyć na ich deskach "Czarownice z Eastwick" i powiem Wam, że wraz z żoną bawiliśmy się świetnie. Jest w tej wersji szczypta pikanterii, jest sporo dobrych pomysłów, jest ruch i dużo muzyki. Niezależnie czy pamiętacie wersję filmową, czy też jesteście z pokolenia, które jej nie kojarzą, w tym scenariuszu i w tym wykonaniu, odnajdziecie to co w oryginale najważniejsze. A potem możecie sobie jeszcze powtórzyć seans z Jackiem Nicholsonem, oraz z Cher, Michelle Pfeiffer i Susan Sarandon, choć przecież nie muzyczny, ale pełen humoru i magii.

niedziela, 2 grudnia 2018

Ramen. Smak wspomnień, czyli nie idź głodny do kina

Dziś pół dnia przy kuchni, więc i notka kulinarna. Przynajmniej po części. Jakoś tak się składa, że w tym co do nas trafia z kinematografii japońskiej ostatnimi laty, mocno ten wątek jest obecny. Może właśnie takie rzeczy wybierają też dystrybutorzy, wiedząc, że wzbudzą one większe zainteresowanie? Niby to kuchnia, która nie jest jakoś wielce skomplikowana, obudowana jest jednak pewną aurą, w której nawet to co proste wymaga ćwiczenia, studiowania, odpowiedniego podejścia. Jeżeli coś będzie zrobione w pośpiechu, byle jak - smakować nie będzie.
W tym filmie też to wyraźnie się czuje. Choć wątek gotowania nie jest najważniejszy, nadaje jednak całości pewnego ciepła i rodzinnej atmosfery. Jedzenie gotowane z sercem i tak właśnie ofiarowane, może być wyrazem troski, serdeczności, przeprosinami, czy podziękowaniem. Dla głównego bohatera: Masato, jest też sposobem na zachowanie pamięci o mamie, która zmarła, o tych wszystkich dobrych wspomnieniach z dzieciństwa.

100 minut dla urody, czyli mądrze i poetycko

W chłodny wieczór jakim nas przywitał grudzień, wybraliśmy się kilkuosobową grupą do Promu Kultury (Saska Kępa) na spektakl „100 minut dla urody”, w reżyserii Magdy Smalary, inspirowany i oparty na twórczości Wisławy Szymborskiej. Mieliśmy więc możliwość przeglądu różnorodności literackich jakimi „parała się” nasza noblistka. Były wiersze, była proza, limeryki i moskaliki, a wszystko to przyprawione gracją i urodą czterech aktorek, które z wdziękiem i subtelnym humorem prezentowały je na scenie w towarzystwie tria muzycznego. Na scenie cztery aktorki: Magda Smalara, Joanna Trzepiecińska, Katarzyna Dąbrowska oraz Izabela Bukowska-Chądzyńska, w strefie muzycznej: Urszula Borkowska (piano), Wojciech Gumiński (kontrabas) oraz Marcin Świderski (flet, saksofon). Tych kilka osób wyczarowało wieczór pełen poezji przyprawiony ciepłym i życzliwym stosunkiem do bliźnich i samego życia charakterystycznym dla zawsze uśmiechniętej Pani Wisławy, z muzyką „na żywo”.