sobota, 30 czerwca 2018

Król Ozo, czyli wygra ten kto ma dłuższego...

Czerwiec kończę czymś z wczorajszego wieczoru i dość kopniętym prawdę mówiąc. Ale skoro tyle razy piszę o rzeczach poważnych, to teraz może być bardziej na luzie. Wieczór z planszówkami (a raczej pół nocy jak to zwykle bywa) zaczęliśmy od Króla Ozo, czyli gry imprezowej od wydawnictwa Lacerta (od nich fotki). Nie ukrywam, że nie przypadła mi do gustu, bo
a) nie lubię gier na szybkość bo generalnie z refleksem u mnie nie bardzo
b) wkurza mnie gdy od początku widzę, że nie mam z innymi w to żadnych szans
Ale wiecie co? Rozbawiła mnie ta gra. I nawet nie chodzi o hasło z pudełka, czyli kto ma dłuższego... sznurka. Raczej chodzi o jej prostotę, pomysł i niewielką ilość czasu na zapoznanie się z zasadami i jej rozegranie. Co prawda sprawdziłem jedynie podstawowy wariant w składzie 4 osobowym, ale chyba w pozostałych niewiele się zmienia.

piątek, 29 czerwca 2018

Artur Hajzer. Droga Słonia - Bartek Dobroch, czyli w życiu trzeba mieć pasję

Po przeczytaniu bardzo dobrej książki o Broad Peak, nabrałem ochoty na pozostanie w klimatach wypraw zimowych. Ostatnimi czasy sporo na naszym rynku wydawniczym biografii himalaistów i ludzi gór, ale ja wybrałem książkę Bartka Dobrocha, który był też współautorem książki "Niebo i piekło".
Nad biografią Artura Hajzera, który przecież również zaangażowany w tamtą, tragiczną wyprawę, prace trwały chyba równolegle, bo mam wrażenie, że spokojnie można wskazać pewne fragmenty, które były zawarte w obu pozycjach. Nie jest to nawet zarzut, po prostu to się wyłapuje, nie dotyczy to też samej wyprawy, a raczej fragmentów biograficznych o twórcy programu Polski Himalaizm Zimowy. Tu są one dużo bardziej rozbudowane i to naprawdę robi spore wrażenie - o kimkolwiek by się jakoś nie wspominało tu w jakimś większym fragmencie, Dobroch nie ogranicza się do samych cytatów i opisów sprzed lat, ale dociera do każdego i prosi o aktualny komentarz. Do każdego, to znaczy nie tylko do Polaków, ale również ludzi z zagranicy, którzy na różnych etapach współpracowali, bądź wspinali się z Arturem Hajzerem.

czwartek, 28 czerwca 2018

Cormoran Strike, czyli niespiesznie, ale za to z klimatem

Nie mogłem się doczekać kolejnych odcinków, to obejrzałem sobie całość w HBO GO. I chyba zaraz odpalam w ten sposób jakąś kolejną produkcję.
Serial o Cormoranie Srike'u i jego uroczej asystentce to jedynie 7 odcinków, ale udało się zmieścić wszystkie 3 dotąd wydane książki Rowling (pod pseudonimem Galbraith jak pamiętacie - wszystkie wiszą opisane na blogu). Trzy pierwsze to Wołanie Kukułki, potem po dwa na Jedwabnika i Żniwa zła.
Wrażenia? Podobne jak przy książkach. Jest coś urokliwego w tych historiach, nawet nie sama intryga kryminalna, co raczej para, która je rozwiązuje. Tak niedobrani, a jednocześnie tak pasujący do siebie. Prywatny detektyw, mruk, trochę zaniedbany, lubiący popić i generalnie gość raczej na fali opadającej oraz dobrze zorganizowana, ładna, obrotna, młoda dziewczyna, która od początku wydaje się zafascynowana swoim szefem. Inwalida wojenny, były żołnierz, prywatny detektyw o dość niekonwencjonalnych metodach, choć w pierwszym kontakcie zdaje się odpychający, przyciąga uwagę zresztą również innych kobiet. Chyba nie tylko ze względu na urok osobisty (skrywany głęboko), ale może i na pewne rodzinne powiązania - w końcu być synem gwiazdy rockowej, nawet nieślubnym, to jest coś...

środa, 27 czerwca 2018

Sonata jesienna, czyli co mi chcesz powiedzieć

Teatry zwykle w okolicach czerwca kończą sezon i już rzadkością są premiery, ale w teatrze WARSawy załapałem się jeszcze na jedną z nich. W setną rocznicę urodzin Ingmara Bergmana, znanego u nas chyba bardziej z jego twórczości filmowej, Kuba Kowalski przygotował dość kameralny spektakl, chłodny niczym skandynawskie lody, ale i podnoszący temperaturę u widzów. Być może ktoś będzie kojarzył ten dramat z filmem z  Ingrid Bergman i Liv Ulmmann. Relacje rodzinne, skrywane emocje, żale, kompleksy, urazy i pretensje jeżeli nie dodamy do tego żadnej intrygi, odrobiny akcji, to sprawy, które wcale nie tak łatwo pokazać na scenie, aby widz nie był znudzony. Tu wyszło powiedzmy tak w 70 procentach.

Dziedzictwo. Hereditary, czyli szaleństwo na ekranie i śmiech na sali

Dano nie miałem takiego kłopotu z oceną filmu. Po wielkich zachwytach (przerażający - sic!, horror dekady - sic!) krytyków i części widzów, miałem spore oczekiwania. Tymczasem na maratonie z horrorami, który rozpoczął się tym pokazem Dziedzictwo był chyba najzimniej przyjętym filmem przez publikę. Najpierw spore niezadowolenie, bo większość filmu wcale nie jest horrorem, a raczej thrillerem psychologicznym, dramatycznym obrazem popadania w szaleństwo. Koleżanki były bardzo niezadowolone, że niby co w tym strasznego. W odróżnieniu od nich ta cześć bardzo mi się podobała. Miała w sobie jakąś tajemnicę, niepokoiła i zaciekawiała. Jednak finał i niby rozwiązanie sprawy był ogromnym rozczarowaniem, a na sali z tego co widziałem też raczej budził zażenowanie i śmiech, a nie przerażenie. Och, gdyby tak można było tego nie oglądać i zachować w sobie wrażenie z pierwszych 90 minut...

wtorek, 26 czerwca 2018

Przypomnijmy te cudne melodie, czyli Warszawa w Krakowie


No tak, specjalnie trzeba było jechać do Krakowa, by odkryć zespół, który dość regularnie gra w Warszawie i stąd pochodzi. Tym razem w ramach wyjść kulturalnych na konferencji moje koleżanki wybrało coś dość oryginalnego - nie koncert, nie teatr, nie wystawę, ale potańcówkę. Powinniście posłuchać jak zabawnie wymawiają to słowo goście np. z Izraela. Bo wczoraj było nie tylko tłumnie, ale i międzynarodowo. Po prostu wydarzenie było częścią dużego programu Festiwalu Kultury Żydowskiej, co sprawiło że zainteresowanie było ogromne. Muzycy grali już godzinę, a pod klubem Le Hevre wciąż stała grupa ludzi, którzy czekali na możliwość wejścia, gdyby tylko zwolniły się miejsca.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Delirium, czyli bo na horrorach trzeba skakać

No tak, zanim napiszę o wrażeniach z filmu, który miał być największym hitem Nocnego Maratonu Filmowego w Multikinie, parę zdań o innym horrorze, który był puszczany tej nocy. Wytrwałem na dwóch, ale nawet nie żałuję, bo boję się, że zestawy robione są coraz bardziej na siłę, coraz mniej tam rzeczy oryginalnych.
Delirium choć pogrywa z widzem klasycznymi motywami, w dodatku jest przeraźliwie nielogiczny, akurat sprawdził mi się nieźle. Wszystko bowiem zależy od tego, czego się szuka w takich klimatach. Oryginalności? Potworności? Dla mnie wystarczy trochę dobrych scen typu jumpscare i wychodzę zadowolony. Mam bowiem wrażenie, że im bardziej twórcy silą się na "coś więcej", tym bardziej idiotycznie wychodzi. Potwory śmieszą, psychopaci nie przerażają, a duchy bywają tak kretyńskie, że aż głowa boli. Nie wiem czy to takie trudne, mając niezły budżet, nakręcić film, który nie udaje, że jest czymś więcej niż jest, straszy, wciąga, a jednocześnie nie jest głupawy?

sobota, 23 czerwca 2018

Tajemnica Brokeback Mountain, czyli to uczucie ich zniszczy

Czytam sobie biografię Hajzera, a tam wzmianka, że dla siebie i Szerpów, na jakiejś wyprawie organizowali pokazy filmowe w namiocie, pokazując m.in. "Tajemnica Brokeback Mountain". W gronie samych facetów (a tak często na wyprawach jest) samo w sobie trochę dziwaczne, no chyba, że to tak w ramach "uświadamiania" i "niesienia cywilizacji", a sami to tak przy okazji. Trochę żartuję, ale uświadomiłem sobie, że nie napisałem jakoś o tym filmie, mimo tego, że niedawno go sobie powtórzyłem. Przynajmniej więc kilka zdań, choć lista obejrzanych i tak się posypała, sam więc już się gubię w tym co już było opisywane.
Film Anga Lee zdobył niesamowity rozgłos, choć sam w sobie jest dość kameralny, powiedziałbym nawet, że surowy. Nawet nie jest jakiś wyjątkowy, ale poprzez podjęcie tematu, w pewien sposób przełamujące tabu, schematy, stał się sensacją - jak to: kowboje i uczucie między dwoma facetami? Tego jeszcze nie było.

piątek, 22 czerwca 2018

Baronówna. Na tropie Wandy Kronenberg - Michał Wójcik, czyli szpieg i famme fatale


Zaintrygowała mnie rozmowa w radiu z autorem tej książki. Zupełnie nieznana kobieta szpieg, którą autor „odkrył” dla dnia dzisiejszego w zupełnie przypadkowy sposób. Otóż w jednej z opowieści z powstania warszawskiego usłyszał o młodej kobiecie, która w powstaniu warszawskim, z gruzów, z barykady wyłoniła się w obcisłym kostiumie z pejczem w ręku. Wyobrażacie to sobie? Ja to widzę oczami wyobraźni … Czy można uwierzyć takim słowom? Raczej trudno. Kobieta-kot a może Spiderman płci żeńskiej … wytwór wyobraźni a może jeszcze coś innego? Zafascynowany tym „widokiem” zaczął szukać. I trafił na młodą baronównę, Wandę Kronenberg, która wciągnięta w wir wojny niemal z dnia na dzień stała się szpiegiem. Michał Wójcik, autor, szukał, sprawdzał, potwierdzał w każdych dostępnych archiwach w Polsce i za granicą wszelkich dostępnych wiadomości na temat tej dziwnej osoby. Przekopał tysiące dokumentów, strawił na to kilka lat, ale ułożył z tych skrawków  sensowną historię tej niebanalnej dziewczyny.
Trudno tę książkę zaklasyfikować do jakiejś kategorii;  jest to zarówno książka sensacyjna i to taka, że nie można się od niej oderwać , ale zawiera też domniemania, fikcję literacką. Można też podciągnąć ją pod reportaż śledczy (potwierdzony licznymi sygnaturami prawdziwych archiwalnych akt). Jeśli podciągniemy ją pod kategorię „thriller polityczny”, przy którym cierpnie skóra, też nie popełnimy błędu… jest także niezrównaną powieścią obyczajową o postawach ludzkich w czasach zagłady.

czwartek, 21 czerwca 2018

Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podroże w spódnicy - Anna Dziewit-Meller, czyli uwierzcie w marzenia!

Pamiętacie co pisałem przy pierwszej książeczce z tego cyklu? Zerknijcie tu. Oto jest i kontynuacja. I dobrze, bo przecież tematów pewnie jest jeszcze sporo. Teraz tylko kwestia jak je uporządkować i znaleźć pomysł na ich przedstawienie. Kobiety odważne, silne, nieprzeciętne, takie które odważyły się robić coś trochę wbrew otoczeniu, realizując swoje marzenia, czując taką potrzebę - jest ich przecież cała masa. Dotąd jednak niewiele o nich się w książkach historycznych pisało, zawsze były trochę w cieniu mężczyzn. Ten cykl to dowód na to, że nie musi tak być, że można opowiadać o nich całkiem sporo, bo ich życie na to zasługuje. Podwójnie wartościowy, bo Anna Dziewit-Meller wraz z Joanną Rusinek (jej ilustracje i cała oprawa graficzna są tu równie ważne jak tekst!) przygotowały coś bardzo lekkiego, przystępnego dla młodego czytelnika (lub czytelniczki). Pokazanie, że nie ma czegoś takiego jak gorsza/słabsza płeć, może być szczególnie ważne gdy się dorasta, marzy, a otoczenie próbuje wbić ci do głowy jakieś zasady, których powinnaś się trzymać. A i chłopakom przyda się taka lektura, by spojrzeli trochę inaczej również na swoje koleżanki, mamy, znajome i nie zadzierali nosa tak bardzo.
W tym tomie, przygotowanym trochę na kształt gazety (nawet z reklamami), poznamy kolejne damy, dziewuchy i dziewczyny, których pasją było podróżowanie. Odkrywczynie, pionierki, zdobywczynie opowiedzą co nieco o sobie o swoich osiągnięciach.

Miasto gniewu, czyli wcale tego nie chciałem

Lubię tego typu filmy, bo mogą w mocny sposób uświadomić nam jak bardzo schematycznie myślimy o innych, jak często ignorujemy ich potrzeby, a potem dziwimy się, że wokół narasta wzajemna niechęć, frustracja, złość i agresja. Odpowiedz na to co cię spotyka, oddaj, wyładuj się na słabszym, żeby ci ulżyło... Tyle osób to robi, a przecież od drobnych zdarzeń do dużych tragedii wcale nie jest daleko.
Podobno nad pomysłem tego obrazu reżyser zaczął pracować po tym jak go okradziono. Chciał zrozumieć dlaczego. I podobne pytania zadaje widzom. Widzimy ciało młodego Afroamerykanina, zastrzelonego w ciemnej uliczce, a potem cofamy się, przyglądając różnym zdarzeniom, które do tego doprowadziły. Zupełnie obce osoby, których ścieżki się przecięły, będą mogły coś dorzucić do tej historii.

środa, 20 czerwca 2018

Tato nie wraca, czyli ma się ochotę ją przytulić

Ja wciąż mam kłopot ze znalezieniem czasu, by napisać o spektaklu z Teatru WARSawy, jaki widziałem tydzień temu, a tu M, która była ze mną, zdążyła napisać o czymś co widziała na tej samej scenie w weekend. Ech... Wstyd. Miejcie na uwadze ten teatr i ich repertuar!

Wiedziałam o tym spektaklu niewiele … że monodram (uwielbiam), że o porzuconym dziecku (tytuł sugerował), że współczesny, że dobry (opinia szeptana). Koniec sezonu, może drugi raz się nie trafi – warto zobaczyć. Poszłam.
Monodram to najbardziej wymagająca forma spektaklu; aktor i widz i co najmniej godzina na snucie opowieści i przykucie uwagi widza. Trudna forma. Ten monodram to autobiografia Agnieszki. Agnieszki Przepiórskiej, która w tym spektaklu obnaża swoje przeżycia, traumy, przemyślenia. To jednocześnie rozrachunki z wielkim nieobecnym … ojcem. Tym co porzucił, nie chciał, nie dbał, nie przytulał, nie tłumaczył … nie kochał. To spektakl o ranieniu dziecka. Nieobecnością, głupim słowem, nieprzemyślaną decyzją. To spektakl o walce dziecka o to by mieć wizję ojca wbrew temu co mówią inni, o poszukiwaniu miłości i słowa „kocham”.

wtorek, 19 czerwca 2018

100 milionów dolarów - Lee Child, czyli ale to już było

Sto milionów dolarów - oprawa twardaSfrustrowany meczem (już nawet nie tylko wynikiem), najchętniej bym nic nie pisał, ale żeby nie wypaść z rytmu, notka musi się pojawić. Na warsztat po raz pierwszy biorę Lee Childe'a - autora, który ma swoich wiernych fanów, ale ja jakoś nigdy do nich nie należałem. I wiecie co? Po tej książce też do nich nie dołączę. Na przełomie lat 80 i 90 zaczytywałem się w MacLeanie, Forsyth'cie, Ludlumie i innych tego typu autorach, zimna wojna była tematem numer jeden, a nawet gdy się skończyła, natychmiast na miejsce Rosjan wskoczył nowy wróg - islamscy terroryści. Zawsze jedno pozostawało bez zmian: Amerykanie byli tymi, którzy musieli wygrywać.
Czytając "Sto milionów dolarów" nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że to książka sprzed kilku dekad. Straszenie katastrofą milenijną na komputerach, prognozowanie, że za kilka lat Internetu używać będzie przynajmniej połowa Amerykanów? Serio? Takie odgrzewane kotlety, jak na książkę pisaną dwa lata temu. Ale Child chyba po prostu tak pisze - prosty pomysł, trochę zwrotów akcji i w centrum bohater, którego wszyscy uwielbiają za jego profesjonalizm, niepokorność, intuicję, skuteczność i co tam jeszcze tylko chcecie. Nawet gdy się myli i tak jest tuż za przeciwnikiem, nawet gdy ten mu ucieknie, Jack Reacher dogoni go i odstrzeli gdy będzie miał takie "widzi mi się". Po co łapać, jeszcze nie daj Boże prawnicy by wyciągnęli go na wolność. Może dlatego przełożeni nienawidzą i kochają go jednocześnie. Niby łamie procedury, nie słucha poleceń, ale za to jest skuteczny jak cholera i dzięki niemu pozbywają się kłopotu.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Tulia, czyli w małej dawce zachwyca

Gdy słyszysz jeden numer, może dodatkowo widzisz piękny teledysk, zachwyt jest gwarantowany. Z dość przypadkowego sukcesu numeru przygotowanego na konkurs, ktoś potrafił wykorzystać potencjał tego pomysłu: połączenie muzyki folkowej, pięknych głosów i przebojów znanych nam z radia. Zaczęło się od Depeche Mode, potem Dawid Podsiadło, wreszcie jest i cała płyta. Panie śpiewające w zespole Szczecinianie, przybrały nazwę nową nazwę dla swojego projektu i oto doczekaliśmy się całej płyty.
Tu jednak zaczynają się trochę schody, bo mam wrażenie, że ten materiał został nagrany zbyt szybko i podobnie jak inne projekty oparte na ciekawym wykorzystaniu głosów (choćby fenomen Gregorianum), w większej dawce zwyczajnie nuży. To niestety najszybsza droga, by dość szybko o dziewczynach zapomniano. A szkoda.

niedziela, 17 czerwca 2018

Ptaki śpiewają w Kigali, czyli po ocaleniu

Podobno ten film mógł powstać już ładnych parę lat temu. Opowiadanie Albińskiego o mężczyźnie ratującym z pogromu w Rwandzie młodą dziewczynę, na etapie prac scenariuszowych mocno ewoluowało, potem po rozpoczęciu zdjęć zmarł Krzysztof Krauze i większość pracy nad filmem przejęła jego żona Joanna Kos-Krauze. Trudno stwierdzić jaki byłby ten film, gdyby nie to wszystko. Wiemy jaki jest efekt końcowy. Powiedziałbym, że bardzo odważny, poetycki i dla wielu osób pewnie zbyt trudny w percepcji. Jest w nim jednak coś takiego, co sprawia iż jest wart uwagi. Nie tylko ze względu na podjęty temat, ale i na sposób opowiadania, poruszającą rolę Jowity Budnik.

sobota, 16 czerwca 2018

Trzynaście powodów, czyli szkoła średnia niczym dżungla

Nadrabiam zaległości z Netflixa, z dużym opóźnieniem, ale też dlatego, że wciąż pojawiają się inne ciekawe pozycje, które kuszą. To co na dysku nie ucieknie. Przed drugim sezonem, postanowiłem szybko jednak zapoznać się z czymś, o czym jedynie słyszałem, rozmawiałem z córką, ale jedynie pobieżnie znałem samą treść. Książki chyba czytać nie będę, słyszałem opinie, że serial jednak lepszy, świetnie rozgrywający sekrety i relacje między postaciami.
Mimo, że nie jestem już przecież nastolatkiem "Trzynaście powodów" wciągnęło mnie tak jakbym nim był. To nie jest kwestia tego, że rozumiałem wszystkie sytuacje i emocje, bo tak nie jest. Powiedziałbym nawet, że wydawały się chwilami przesadzone i irracjonalne. Ale takie właśnie bywają zachowania i uczucia nastolatków i jako rodzic zdaję sobie z tego sprawę, nawet jeżeli mnie to drażni.

Szkoła pod baobabem - Barbara Rybałtowska, czyli dzieciństwo na Czarnym Lądzie

Drugi tom sagi autorstwa Barbary Rybałtowskiej, w dużej mierze oparty na jej wspomnieniach rodzinnych, począwszy od czasów wojny. Po pierwszym tomie złapałem od razu za drugi i pewnie gdybym miał kontynuację, zaraz bym usiadł do kolejnych. Mimo, że nie jest to proza porywająca językiem, czy opisami, wzbudza w nas jednak sympatię do bohaterów i ciekawość co do dalszych ich losów. Zerknijcie co napisałem parę dni temu na temat "Bez pożegnania", bo lepiej nie czytać tych książek oddzielnie. Są inne, ale obawiam się, że gdybym rozpoczynał lekturę od tomu drugiego, moje uczucia nie byłyby aż tak bardzo pozytywne.
Zmienia się narrator - to już nie Pani Zofia, walcząca o przetrwanie swoje i córki, ale właśnie ten mały trzpiot - Kasia, przejmuje pałeczkę w opowiadaniu dalszych ich losów. W efekcie dostajemy książkę która choć nie jest pozbawiona dramatyzmu, bardziej przypomina Dzieci z Bullerbyn, czyli zwariowane psoty i przygody dziewczynki, która próbuje odnaleźć się w nowych warunkach.

czwartek, 14 czerwca 2018

Bez pożegnania - Barbara Rybałtowska, czyli to nie jest tylko ich historia

Gdy wydawnictwo Axis Mundi napisało do mnie z propozycją ósmego tomu sagi autorstwa Barbary Rybałtowskiej, bez zastanowienia odmówiłem, bo przecież nie ma sensu czytać czegoś od końca. Opis brzmiał jednak ciekawie i tu zadziałały umiejętności przekonywania pań z wydawnictwa: to może Pan spróbuje od początku – poszukamy u nas pierwszych tomów. Przeczytałem. I już wiem, że będę kontynuował sagę, szukając kontynuacji. Skończyłem pierwszy, od razu zaczynam drugi. To dość specyficzna lektura, bo nie porywa od razu bogactwem języka, opisów, wydaje się nawet dość chłodna, czy surowa. Jej siłą jednak jest autentyczność, bo autorka zaczęła spisywać w latach 60, pod namową m.in. Brzechwy, wspomnienia swoje oraz mamy, z którą już na początku drugiej wojny światowej, zostały wywiezione na Sybir, w rejony Irkucka, Nowosybirska. Powieść, w której wspomnienia o kolejnych napotykanych na drodze osobach, przeplatają się z dramatycznymi opisami różnych nieszczęść, tragedii, sytuacji, które są dla nas trudne do wyobrażenia, pewnie zostałaby odłożona przeze mnie na bok. Gdy jednak mam świadomość, że to jakby pamiętnik, choć spisywany po latach, te same zdania przyprawiają o drżenie serca i czytasz to powstrzymując narastające wzruszenie.

Standing Barefoot - I see rivers, czyli zwolnij trochę



W pracy dziś siedzę sam (zwykle w pokoju jest nas 5), więc mam komfort wybierania muzyki i słuchania jej w spokoju, przerywanym jedynie telefonami. I jak to ze mną bywa - natychmiast mam ochotę poszukać czegoś zupełnie nowego. Deezer to kopalnia takich rzeczy i długo nie szukałem. Znacie I see rivers nazywane norweskimi syrenami? Co prawda dziewczyny nagrywają po angielsku i mieszkają zdaje się w Liverpoolu, ale z pochodzenia są Norweżkami i chyba wyspiarze dostrzegają w nich tą inność, inną wrażliwość muzyczną. Nagrań jeszcze jest niewiele, ale ta EPka z 5 utworami jaka wpadła mi w ręce jest bardzo ciekawa.
Ładne harmonijne głosy, delikatne melodie, mieszkanka folku, popu, zabawy w stylu Bjork - to się naprawdę może podobać. Gdy się tego słucha raczej przenosimy się w marzeniach na Nową Zelandię, a jeżeli na północ, to raczej tę zieloną, a nie białą i chłodną. Wodospady, lasy i łąki - to moje skojarzenia, a ciekaw jestem Waszych.

wtorek, 12 czerwca 2018

Zimna wojna, czyli kino skromne i piękne

Wszystko mnie w tym filmie zachwyca: zdjęcia (Łukasz Żal), muzyka, scenariusz, gra aktorska. Pawlikowski stworzył film, który jest tak inny, od tego do czego przyzwyczaili nas nasi twórcy - on opowiada historię dwójki ludzi, a wielka historia naszego kraju jest jedynie w tle, nie próbuje na siłę nic wyjaśniać, edukować, tłumaczyć. Nawet pewnego rodzaju niedopowiedzenia wychodzą tu jedynie na dobre, nie czujemy przeciążenia żadnym fragmentem. Czasem jedna scena może powiedzieć dużo więcej, niż przeciągane w nieskończoność fragmenty mające pokazać sytuację bohaterów.
Naprawdę "Zimna wojna" może stać się świetną wizytówką Polski i powinniśmy się nią chwalić gdzie się tylko da. Cudowna ścieżka dźwiękowa, w dużej mierze bazująca na muzyce ludowej, zmieszana z jazzem, klimatem lat 50 i 60, tak idealnie wpasowuje się w te zdjęcia, w całą historię, jest tu nie mniej ważna niż aktorzy.  

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Podziemne miasto - Przemek Corso, czyli przygoda sama cię znajdzie

Od dwóch lat na stoiskach targowych Wydawnictwa Bernardinum, obok całej serii podróżniczej "Poznaj świat" (Cejrowski im "zrobił" sukces) moją uwagę przyciągały książki wyglądające na coś bardzo młodzieżowego, takie nowe wydanie Pana Samochodzika. Postanowiłem więc sprawdzić, cóż to takiego jest ta "seria z Mustangiem". Podobnie jak inne ich pozycje, wydana w bardzo ładny sposób, w sztywnej oprawie, choć prawdę mówiąc nie wiem czy akurat ten produkt nie sprzedawałby się lepiej w miękkim, kieszonkowym wydaniu. "Podziemne miasto" to całkiem udane połączenie przygody, kryminały, powieści awanturniczej, lekko nawiązujące do sławnej serii Nienackiego, bo bohaterem jest archeolog, który przyciąga uwagę swoim dość wyjątkowym pojazdem (stary Mustang z lat 70), a w swoim śledztwie, nie unika pomocy swoich dużo młodszych przyjaciół. Na tym podobieństwa się jednak kończą. Corso wyszedł bowiem z założenia, że czytelnika obecnie nie ma co bombardować rozbudowanymi opisami, masą ciekawostek historycznych, czy geograficznych (bo to można znaleźć dziś wszędzie), ale postawił na intrygę. Inny jest też trochę charakter bohatera - Robert Karcz ma osobowość, która wciąż wpędza go w kłopoty, dla niego poszukiwanie tajemnic, skarbów i rzeczy do odkrycia to nie tyle walka o to, by zawsze trafiły one do gablot muzealnych, ale czysta adrenalina, jakieś wyzwanie, a trochę również i chęć zysku. Może zmieni się to w kolejnych tomach, bo zdaje się, że jego umiejętności dostrzegły służby państwowe, w "Podziemnym mieście" działa jednak jeszcze na własną rękę.

niedziela, 10 czerwca 2018

Troja, czyli nikt nie może dostać się za mury

 Co prawda miałem pisać o Zimnej wojnie Pawlikowskiego, ale dziś praktycznie większość dnia na organizowanych przez nas w Piastowie planszówkach (dziś eliminacje do mistrzostw polski w Osadników z Cattanu i całkiem ładna grupa 24 zawodników), a i na noc już umówiłem się na granie. Pora więc na coś łatwego, o czym się szybko napisze. Albo nie, pora na coś niełatwego, o czym się szybko napisze.
Kiedyś już kupowałem dla swoich pociech gry od Granny, które pomyślane są jako łamigłówki dla jednej osoby (lub rywalizacja np. na czas) - np. Safari, czy Blokada, ale jak się okazuje jest tego sporo i oto wpadła mi w ręce najnowsza i nie wiem czy jak dotąd nie najtrudniejsza z nich. Zawsze pomyślane jest to tak, że mamy książeczkę z zadaniami do wykonania, mapkę, na której zaznaczamy stan wyjściowy i potem czeka nas łamanie głowy, jak też dojść do rozwiązania. W Troi chodzi o to, by zestaw żołnierzy Sparty i Grecji, oddzielić tak, by jedni znaleźli się poza murami, a drudzy w ich środku. Bronimy miasta i żaden obrońca nie może pozostać na pastwę wroga, a żadne przeciwnik nie może wejść do środka. Proste? Tak Wam się tylko wydaje.

sobota, 9 czerwca 2018

Czuwaj, czyli weź się w garść i zrób co trzeba

Pojawiają się już głosy, że "Czuwaj" to zemsta Glińskiego za krytyczne głosy ze strony środowisk harcerskich po "Kamieniach na szaniec". Jeżeli nawet tak nie jest, to myślę, że reżyser teraz zrobi sobie w tych kręgach jeszcze więcej wrogów. Niby to kino gatunkowe, thriller, którego fabułę powinniśmy brać w cudzysłów, ale to jak przedstawia się nam organizację obozu harcerskiego, na pewno nie zachęci nikogo do posyłania na takowy swoich dzieci. Brak opieki, bluzgi, alkohol, nieodpowiedzialność i garść patriotycznych farmazonów, rzucają się w oczy już na samym początku.
Ja jednak nie mam zamiaru atakować Glińskiego za to, że dla potrzeb swojej fabuły, trochę dodał, trochę odjął, a harcerzy na pewno mocno wkurzy. Mam do niego żal, że nie popracował nad scenariuszem, nad wizerunkami bohaterów, bo to jest największa słabość tego obrazu. Thriller, w którym widz nie czuje strachu, żadnego napięcia, to po prostu gniot i tu trudno znaleźć cokolwiek na obronę. Że ładne zdjęcia? Że młodzi aktorzy  radzą sobie całkiem dobrze? No dobra, ale nie zmienia to faktu, że "Czuwaj" to duże rozczarowanie.

czwartek, 7 czerwca 2018

Szkarłatna głębia - Krzysztof Bochus, czyli co was ludzie tak zaślepia

Moje upodobanie do kryminałów retro, do poznawania nowych miejsc i ich historii, sprawia, że powieści niektórych autorów wypatruję szczególnie z dużą intensywnością. Co prawda Krajewski już mi się trochę przejadł, a Wroński właśnie ogłosił, iż porzuca na jakiś czas Maciejewskiego, ale mam nowego ulubieńca. Trzecia powieść Krzysztofa Bochusa potwierdza, iż zasługuje on na uwagę nie mniejszą niż wcześniej wspomniani dwaj jego koledzy po piórze. Podobnie jak Marek Krajewski, umieszcza on akcję na terenach, które przed drugą wojną światową nie należały do Polski, wiemy o nich być może dlatego tak mało, nie rozumiejąc do końca tych wszystkich wpływów, mieszania się kultur, narodów, języków i religii. Oba totalitaryzmy, które przetoczyły się przez nasze ziemie, chciały mieć pod swoim władaniem jednolitą masę, nie lubiły różnorodności, dlatego z taką satysfakcją pozwalały na niszczenie śladów po innych grupach etnicznych, dokonywały przesiedleń, uprzykrzały życie na różne sposoby. Dziś jednak możemy już z szacunkiem dla przeszłości, z ogromną ciekawością i dla ubogacenia przyszłych pokoleń, odkrywać różne historie, mniej lub bardziej zapomniane, zacierać podziały i uprzedzenia. Nie każdy kto mówił po niemiecku był zły, nie wszystko to, (a szczerze na niektórych terenach to tyle co kot napłakał) co dziś stanowi obiekt do zwiedzania, oglądania, zachwytów, jest dziełem polskich rąk, choć dziś znajduje się na naszych terenach. Bogactwo przeszłości jest naszym wspólnym dobrem i nie warto go zawłaszczać ani zakłamywać - powinniśmy o tym pamiętać, szczególnie my, którzy widzieliśmy jak przez lata się to dokonywało.
Skąd taki przydługi wstęp?

Wtorek po świętach, czyli oj zaplątałeś się człowieku

Jutro dwie ciekawe premiery i wreszcie (dzięki kinu Atlantic) znajdę chwilkę czasu po pracy, by biec na seans. Sporo ciekawych rzeczy mi umknęło, ale mówi się trudno - tak to już jest, gdy praca i dom domagają się uwagi.
Dziś też krótko o filmie, ale o jednej ze starszych rzeczy, widzianych już dawno i szkic czekał na swoją kolej. Nie lubię tego, ale po prostu nie zawsze jest możliwość, żeby napisać coś szybko. I zaraz siadam jeszcze do recenzji książkowej.
Wtorek po świętach. Tytuł pewnie nic Wam nie powie, nazwisko reżysera, czyli Radu Muntean, też pewnie znany jest nielicznym. Ponieważ kilka lat temu odkryłem kino rumuńskie, zawsze z ciekawością wyglądam produkcji z tego kraju. Czasem krytycy i smakosze zachwycają się czymś z Francji, czy Niemiec, a więcej przeżyć emocjonalnych może dać właśnie takie kino, trochę surowe, ale za to blisko życia.

środa, 6 czerwca 2018

Gliny z innej gliny - Marcin Wroński, czyli żal się rozstawać

Dziś oficjalna premiera najnowszej książki Marcina Wrońskiego, jeżeli nic nie stanie na przeszkodzie niedługo biegnę na spotkanie z autorem w Worku Kości, ale już mogę napisać choć parę zdań na temat zakończenia serii z komisarzem Maciejewskim. Jest zacnie! Tym bardziej trochę żal, że to już koniec, ale trzeba zrozumieć autora, że potrzebuje jakiejś odmiany. Może kiedyś da się namówić na powrót? Zwłaszcza, że patrząc na zawartość opowiadań, jakie znalazły się w zbiorze, potencjał jeszcze jest - nie tylko w sprawach przedwojennych, ale i w tych prowadzonych już mniej formalnie po wojnie, we współpracy z synem, który służy w MO. 
Przez jedenaście lat ukazało się dziewięć powieści z komisarzem Maciejewskim i na finał dostajemy zbiór krótszych form, nie tylko samego Wrońskiego, ale i kilku zaprzyjaźnionych autorów: Andrzeja Pilipiuka, Ryszarda Ćwirleja i Roberta Ostaszewskiego. I powiem Wam, że czyta się je równie dobrze, jak i poprzednie książki cyklu. Wracamy do Lublina i w różnych odsłonach (lata 20, 30, 50, a nawet 80), znowu włóczymy się po różnych mało reprezentacyjnych miejscach miasta, ale dzięki temu poznajemy trochę jego koloryt, atmosferę w jakiej się żyło. Ach i jest jeszcze sprawa wyjazdowa, bo Ćwirlej zabiera nas do Poznania.

Fargo, czyli kocham ten film

Pisałem o pierwszym sezonie serialu, o drugim chyba już nie będę (ale jatka!), ale przecież nie pisałem jeszcze o oryginale, od którego wszystko się zaczęło. Film braci Coen, tak prosty, a jednocześnie tak cudownie pokręcony, szybko zyskał status kultowego i nic dziwnego, że potem inspirował do stworzenia czegoś w tym samym stylu. Połączenie dramatu, kryminału z dość zaskakującymi postaciami, sprawia, że Fargo często odbierane jest jako czarna komedia. W tak zaskakujący sposób twórcy kierują losami tych postaci, łącząc grozę z groteską, przemoc z totalnym nieudacznictwem i pechem, że tego filmu trudno nie pokochać.
W zimowej scenerii Minnesoty, w niewielkim miasteczku, ciężko jest o odmianę swojego losu. Jednym z najlepszych wyjść wydaje się wyjść za kogoś bogatego, ale co zrobić jeżeli teść nie jest skory do oddania nadzoru nad funduszami na które się liczyło? Przed takim wyzwaniem staje Jerry (William H. Macy), drobny sprzedawca samochodów, marzący o wielkim biznesie. Jak zdobyć pieniądze i wyjść z kłopotów finansowych?

wtorek, 5 czerwca 2018

Ghost in the Shell, czyli maszyna do zabijania


Do kina ostatnio nie chodzę, ale za to próbuję nadrabiać zaległości z małym ekranem. Westworld w drugim sezonie co prawda nie nie wzbudza we mnie tak wielkich emocji, ale szykuje się jeszcze kilka rzeczy ciekawych przed wakacjami. Szkoda tylko, że nie S-F. Jakoś wsiąkłem w kryminały i potrzebuję chyba jakiejś odmiany. Dlatego z taką ciekawością zasiadłem do obejrzenia Ghost in the Shell. Co prawda ze świadomością, że to amerykańskie wariacje na temat japońskiego oryginału, ale tamten jakoś dotąd mi się nie trafił do obejrzenia. Chyba świadomie go unikam, bo za mangą i anime po prostu nie przepadam, nie rozumiem zachwytów nad tą stylistyką i jej nie kupuję. Ale wersja aktorska? No czemu nie? Już parę razy z komiksów wyszło coś całkiem fajnego na ekranie. Czytając komentarze i opinie już wiedziałem, że w porównaniu z pierwotną wersją, będzie mniej klimatycznie, bez tak dużej dawki filozofii, za to z naciskiem na akcję. I chyba dlatego, że to wiedziałem, zawodu nie było.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Nowi Londyńczycy - Ben Judah, czyli nie poznaję tego miasta

Seria Mundus od Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego po raz kolejny daje mi sporo frajdy. Może nie jest to lektura na jeden wieczór, trzeba trochę ją przetrawiać, ale za to ile po niej refleksji. To opowieść o tym jak zmienia się Londyn pod wpływem napływu imigrantów. I nie chodzi tu jedynie o ostatnią dekadę, choć na pewno różne zjawiska zarysowały się silniej na całym świecie, wszyscy chyba zaczęliśmy baczniej zwracać uwagę na cudzoziemców, zastanawiać się nad tym jak oni asymilują się do społeczności, nad różnymi problemami, które stają zarówno przed nimi, jak i krajami, które stają się dla nich nową ojczyzną. Ben Judah w swej książce postanowił jednak nie tyle zająć się analizą zjawiska w całej jego rozciągłości, przyjmując inne założenie - kto wie, czy nie dużo ciekawsze. Postanawia jak najbardziej zbliżyć się do swoich bohaterów: bezdomnych, służących, prostytutek, nielegalnych imigrantów, żebraków, robotników szukających nawet najmniej opłacanych prac, wysłuchać ich historii, starając się nie komentować tego co usłyszy. Czasem doda od siebie jakiś kawałek statystyk, jakichś badań, ale to nie jest opracowanie naukowe, a raczej bardzo ciekawe impresje, obrazy z ulic, metra, przystanków, tanich barów, zaułków, salonów gier, domów na przedmieściach. Tą próbę uchwycenia jakichś ulotnych chwil, wrażeń, szarości życia, spraw jakimi żyją jego postacie, podkreślają nie tylko słowa, ale również czarno białe zdjęcia, tak dalekie od tego co można zobaczyć w przewodnikach i folderach reklamowych Londynu.

piątek, 1 czerwca 2018

Co tam czytają dzieci, czyli Kroniki Archeo

Dziś Dzień Dziecka i z tej okazji szybka notka poświęcona jednej z lektur dziecięcych. Tak się u nas w domu złożyło, że starsza córa czyta dużo więcej, ma już swój gust, coraz częściej też sięga do moich półek. A młodsza? Nie daje się za bardzo przekonać do moich książek z dzieciństwa, z lekturami szkolnymi czasem mnie nieźle zaskakuje, bo czyta nawet bardzo poważne rzeczy i całkiem jej się podobają, a dla przyjemności? Cóż... Podoba jej się to co i w kinie, czyli akcja i przygoda. Na półkach upchane Star Wars, jakieś pojedyncze rzeczy, które jej wpadły w oko, ale jedna seria towarzyszy już chyba ponad 5 lat. Widzicie obok tom pierwszy, który podczytywaliśmy sobie wieczorami razem, a na tegorocznych Targach w Warszawie kupiłem najnowszy, czyli już 10 z kolei.
Agnieszka Stelmaszczyk pisuje sporo dla młodszej dzieciarni, ale ten cykl celowany jest już w starsze klasy, czyli powiedzmy takich prawie nastolatków. I córka jakoś ma sentyment do tych tytułów, choć już trochę z nich wyrosła, jest już starsza niż bohaterowie tych książek.