czwartek, 24 maja 2018

Prawdziwa historia, czyli szukając natchnienia

Jutro wypad do Białowieży (szkoda, że zaraz też powrót), więc notki być może nie będzie, za to dziś dokończyłem post o "Czwartej małpie", czyli bardzo dobrym thrillerze kryminalnym od Czarnej Owcy - czytaj tu - i jeszcze kilka zdań łapcie o najnowszym filmie Polańskiego.

"Prawdziwa historia" na pewno nie jest filmem złym, czuć też w nim rękę reżysera, który już nie raz sięgał po gatunek thrillera psychologicznego, drażniąc się trochę z widzem, podsuwając sygnały świadczące o urojeniowym charakterze niektórych scen. Tyle, że nie ma tym filmie już takiego zaskoczenia (choćby dlatego, że sporo osób świetnie pamięta "Misery"), tajemnicy (bo wszystko od początku jest w miarę jasne), ale i jakiegoś nerwu, czy po prostu życia. Niestety mam takie poczucie, że stara kadra (choćby i Allen), naprawdę nie powinna na siłę łapać się za kamerę, skoro nie ma nic nowego do opowiedzenia. Szkoda zdrowia i naszych pieniędzy. W przypadku "Prawdziwej historii" tych ostatnich nawet nie żałuję, ale jednak to nie jest film, który byłby godny reżysera takich filmów choćby jak "Dziecko Rosemary",
"Matnia", "Frantic" i wielu innych.

środa, 23 maja 2018

Czwarta małpa - J. D. Baker, czyli czasu coraz mniej

Czytam po kilka rzeczy naraz, ale zwykle wśród nich jest jakiś kryminał lub thriller. I choć tyle tego przechodzi przez moje ręce, wciąż nie mam dość. Cieszę się jak małe dziecko gdy ktoś wciąga mnie w ciekawą intrygę, gdy trzyma za gardło lub robi w konia, gdy moje przypuszczenia idą... się paść na trawkę.

Tym trochę tak miałem, więc nie mogę się powstrzymać, by nie napisać na szybko notki, mimo że już po 11 wieczorem i padam na nos. Na początek dwa zdania podsumowania:
1. już cieszę się na kontynuację, bo zapowiada się fajna seria, polubiłem tę ekipę i ich zgryźliwe poczucie humoru
2. wielka frajda z lektury - dobry pomysł, intrygujące wykonanie.

Jak ja lubię powieści od których trudno się oderwać, wciągających, z jakąś zagadką. Tu wszystko zaczyna się od wypadku, w którym ginie mężczyzna. Samobójstwo? Wypadek? Pewnie ofiara nie zwróciła by uwagi policji gdyby nie fakt iż miał on przy sobie...

niedziela, 20 maja 2018

Zamki Caladale, czyli nieważne z czego budujesz, byle się trzymało

No tak, wczoraj w nocy prawie do drugiej planszówki, dziś dwie wymiany książek (w tym jedna organizowana przeze mnie), a ja potem się dziwię, że jestem niewyspany i zmęczony. Dziś więc nie ma notki o książkach, filmach czy teatrze, ale oto kolejna gra do mojego spisu. Wiem, że moje notki nie są tak profesjonalne jak recenzje ludzi, którzy siedzą w planszówkach i piszą o nich na co dzień, ale potraktujcie je najwyżej jako zachętę. Sam złapałem bakcyla głównie dzięki ludziom, którzy przynoszą swoje gry, tłumaczą zasady, bo przecież nie da się kupić wszystkiego i rozeznać na rynku co na pewno się sprawdzi.
W Zamki Caladale grałem dziś i polubiłem ten tytuł od razu. Jest prosty, ale zmusza do kombinowania, a co ciekawe, w rozgrywce różnice punktowe są bardzo niewielkie, więc nie ma takiej frustracji i zniechęcenia jak przy niektórych grach. O co biega? Zasady dobrze opisał Tomasz z Board Games Addiction i to od niego pożyczam też kilka fotek. U mnie jedynie króciutko.

Wikingowie. Topory i sejmitary - Radosław Lewandowski, czyli płyńmy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja

O poprzednich dwóch książkach Radosława Lewandowskiego pisałem nie tak dawno, ale seria się rozwija (ukazał się tom czwarty) i kto wie gdzie jeszcze los rzuci naszych bohaterów.
Warto czytać po kolei, bo różne motywacje (np. pragnienie zemsty) będą bardziej przejrzyste gdy znamy całą historię. Choć pewnie znajdą się i tacy, którym nie będzie przeszkadzać fakt iż nie znają wcześniejszych zdarzeń, ale dadzą się porwać wartkiemu nurtowi fabuły. Autor w tym tomie nie zwalnia tempa i w porównaniu z tomem drugim, tu mniej jest moim zdaniem dłużyzn, nie zawsze przejrzystych opisów. Drużyna wikingów, wsparta jeszcze dodatkowo przez grupkę Indian z plemienia Beothuków, przepływa po raz kolejny Ocean, by szukać zemsty na tych, przez których musieli uciekać z ojczyzny. Nie są jeszcze na tyle silni, by rzucić wprost wyzwanie wrogom, ale mogą przynajmniej podjąć próbę odszukania śladów matki i siostry Oddiego, które zostały wtedy na pastwę napastników. Młody bohater już nie jest maminsynkiem, zmężniał, stwardniał i choć wciąż musi uważać, by nie stracić autorytetu przywódcy, wygląda na to, że zawierzyli w jego odwagę i szczęście, jakim najwyraźniej obdarzają go bogowie.

sobota, 19 maja 2018

A ja żem jej powiedziała - Katarzyna Nosowska, czyli jak zdobyć popularność

Ta notka jest trochę żartem, bo książki jeszcze nie przeczytałem - ukazała się chyba wczoraj, jedynie na Targi Książki i choć przejrzałem ją pobieżnie na stoisku, kupić się na razie nie zdecydowałem. Bawi mnie to nowe oblicze Nosowskiej, ale jakoś chyba lepiej się tego słucha/ogląda, niż jedynie czyta. Może audiobook? W każdym razie zabawnie było obserwować jak utworzyła się do niej kolejka chyba nawet dłuższa niż do Pamuka. Ot, świat trochę stoi na głowie. Nie ważne co się pisze, ważne czy jesteś popularny. A Kasia Nosowska, choć na scenie nigdy jakoś nie powalała gadatliwością i poczuciem humoru, poprzez swoje filmiki na snapchacie, pokazała trochę inne oblicze i przyciągnęła do siebie nowych fanów, którzy i po książkę chętnie sięgną.

Skoro nie czytałem, czemu zatem wrzucam notkę z tym tytułem. Możecie potraktować to jako zapowiedź, ale też jako żart - nie od dziś i nie tylko ja zauważam, że najlepiej klikają się tytuły o rzeczach nowych, dyskutowanych. I choćbyś napisał jedynie jedno zdanie (wczorajszy casus Chochlika, który napisał najkrótszą recenzję z premiery teatralnej Króla wg. Twardocha) i tak ludzie to otwierają. Jedną z popularniejszych notek u mnie było coś na temat 50 twarzy Greya, gdzie napisałem jedynie, że oglądałem i nie mam ochoty pisać. To też jakiś znak czasów. Czyta się to co krótkie, długie teksty zniechęcają. Może to stąd popularność kilkunastosekundowych filmików Nosowskiej?
A tu lada dzień pojawi się wpis o czymś filmowym. Jakiś starszy tytuł. I tylko marzę, żeby wreszcie znaleźć kilka dni na to, żeby uporządkować do końca totalnie zaniedbaną listę rzeczy obejrzanych.

czwartek, 17 maja 2018

Bóg nie jest automatem do kawy - ks. Zbigniew Czendlik, Markéta Zahradníkova, czyli skupmy się na dobru, a nie na grzechach

Premiera w ubiegłym tygodniu, ale ja sobie zacząłem podczytywać już na spotkaniu autorskim, poszło więc błyskawicznie. I prawdę mówiąc mam mieszane uczucia. Ksiądz Zbigniew na pewno jest bardzo sympatycznym, otwartym człowiekiem, ale to nie znaczy, że to co mówi, jest jakoś super odkrywcze. Co więc czyni go pewnego rodzaju fenomenem, co sprawiło, że ten wywiad tak dobrze sprzedawał się w Czechach i nawet zebrał jakieś nagrody literackie? Czy to dlatego, że w pewien sposób trochę przełamuje stereotypowe myślenie o kapłanach katolickich (szczególnie tych z Polski), jako o zatwardziałych konserwatystach, którzy jedynie pouczają ludzi i grożą palcem? To na pewno przyczyna, dla której Mariusz Szczygieł zdecydował się tą książkę wydać również u nas. W końcu jednak nie co dzień zdarza się, żeby proboszcz z niedużego miasta był postrzegany jako gwiazda medialna, człowiek równie interesujący jak gwiazdki i celebryci. Czym więc zdobył swoją popularność? 

środa, 16 maja 2018

Niebezpieczne związki, czyli to co czyste trzeba zniszczyć

Są takie filmy, które mimo upływu lat, wciąż zachowują magię i choćby nie wiem ile nakręcono nowych wersji, żadna nie dorówna tej sprzed lat. Takim obrazem na pewno są dla mnie "Niebezpieczne związki" z roku 1988. Ekranizacja powieści, która była uważana za skandaliczną, nie epatuje nawet jakoś specjalnie nagością i skandalem, ale świetnie wyczuwamy w niej to, co tak naprawdę było istotą oburzenia: bawienie się ludźmi, cynizm, kłamstwa. I to w imię czego? Zabawy? Zakładu?
Miłość i uczucia okazują się słabością, której nie wolno okazać, bo w tej grze chodzi o to, by wciąż być górą. Nawet jeżeli wewnętrznie się cierpi i chciałoby się czegoś innego.

Następne życie - Atticus Lish, czyli gorzkie, mocne, intensywne

Miałem nadzieję, że wyjazd do Lublina pozwoli mi trochę nadrobić zaległości w notkach, ale zmęczenie bierze górę. Organizm domaga się snu. Nie było więc ani spaceru po Starym Mieście, ani wypatrzonego koncertu Korteza, ale przynajmniej kolacja na mieście była smaczna. No i sporo udało się przeczytać. Na słuchawkach wylądował "Król" Twardocha w wykonaniu młodego Stuhra i przede mną jeszcze trzy godziny powrotu wieczorem. Jutro znowu będę padał, ale co tam...
Notka na dziś musi powstać. I sięgam po tytuł, który odkładam już czas jakiś. Nie tylko z braku czasu. Po prostu to jedna z książek, o których pisać nie jest mi łatwo. Jak tu oddać ten jej dziwny klimat, rozedrganie, pesymizm, dziwny rytm.

wtorek, 15 maja 2018

Być jak Stanley Kubrick, czyli ogrzej się w blasku mojej sławy


Szalony i dziwny film. Z prawdziwej historii mężczyzny, który podawał się za słynnego reżysera i czerpał nawet z tego powodu jakieś korzyści, choć nawet nie był do Kubricka podobny, powstał film, który trochę nuży, ale dzięki kolejnej ciekawej roli Johna Malkovicha, jednak zostaje w głowie.
Alan Conwey to człowiek, który wykorzystując niechęć wielkiego reżysera do publicznych wystąpień, bezczelnie podawał się za niego - działo się to na przełomie 1998 i 1999 roku w Londynie, gdy Kubrick kręcił "Oczy szeroko zamknięte".
Zakosztować sławy - któż by tego czasem nie chciał spróbować?

poniedziałek, 14 maja 2018

Ktoś tu przyjdzie, czyli sami dla siebie


Uwielbiam powroty z teatru, gdy po jakimś spektaklu nie rozchodzimy się od razu tylko razem wracamy dyskutując, nawet czasem bardzo żywo. Ciężko oddać charakter i energię tych rozmów, a nawet ich zawartość gdy próbujemy przelać to potem na klawiaturę, ale mam wrażenie, że taka trochę inna forma notek, stanowi nie tylko miłą odmianę. Dwa spojrzenie, różne charaktery i doświadczenia pozwalają dostrzec więcej. Zresztą zobaczcie sami.
Spektakl "Ktoś tu przyjdzie" wg  tekstu Jona Fosse i w reżyserii Katarzyny Łęckiej premierę miał kilka dni temu. To koprodukcja warszawskiej Akademii Teatralnej oraz Teatru WARSawy, gdzie przedstawienie jest wystawiane.

niedziela, 13 maja 2018

Kości proroka - Ałbena Grabowska, czyli boskie nauki i ludzkie ambicje

Twórczość Ałbeny Grabowskiej była dotąd dla mnie poza obszarem moich zainteresowań - ot obyczajowo i dla kobiet - choć o "Stuleciu Winnych" słyszałem bardzo dobre opinie. Tym razem autorka postanowiła napisać kryminał, więc moja ciekawość zwyciężyła. Zrobiła to trochę po swojemu, czyli pisząc o tym co dobrze zna (dzieciństwo w Bułgarii, a wcześniej pisząc swoją trylogię też umiejscawiała akcję tam gdzie obecnie mieszka) i mocno rozwijając wątek sytuacji psychologicznej i uczuciowej bohaterki. W tej sytuacji można by rzec, że choć na początku jest trup i prowadzone jest śledztwo, to tak naprawdę gdzieś schodzi on trochę na drugi plan, przysłonięty przez inne sprawy. Pierwszą jest oczywiście samo dochodzenie, które jak się okazuje zakreślone jest bardzo szeroko, a drugą są prowadzone równolegle dwa wątki historyczne. Wszystko niby się jakoś ciekawie łączy, ale początkowo może sprawiać to spory kłopot, by Jana Chrzciciela
powiązać sobie w głowie z trupem byłego posła.

sobota, 12 maja 2018

Król - Szcepan Twardoch, czyli wszystko ma swój początek i koniec


Do tej książki podchodziłam przez rok … tyle przestała na półce. Jedni mówili – rewelacyjna, inni – no, nie wiem, nic specjalnego. A ja nic Szczepana Twardocha nie czytałam jeszcze. Bałam się rozczarowania? W końcu zaczęłam. I ta książka mnie zaczarowała. Nie, nie tematem, bo ten czy podobny można znaleźć w innych książkach innych autorów. Ona mnie zaczarowała sposobem narracji. Osobiście nigdy wcześniej się z taką nie spotkałam. Raz stąpamy po bruku Warszawy roku 1937 aby znaleźć się za chwilę w Palestynie. Raz czytamy narrację młodego Mojżesza by za chwilę przejść w narrację Jakuba. I bardzo mi się to podoba, choć zaczynamy się gubić w tej schizofrenicznej opowieści. Do czasu.

Makbet, czyli skończyła się wojna, świętujmy

Dziś kolejne wyjście teatralne, ledwie więc uporałem się z notkami o tym co widziałem w kwietniu, już szykują się kolejne notki. Na razie jednak coś świeżutkiego, bo w czwartek byłem na bezpośredniej transmisji z Londynu najnowszej wersji Makbeta w ramach projektu nazywowkinach.pl. Pisałem już niejednokrotnie o tych pokazach, uwielbiam je od kilku lat, nie mogłem więc przegapić takiej okazji. Z niewielkimi trudnościami (tłumaczenie na początku) trzy godziny teatralnej uczty. Nie martwcie się - będą powtórki (zdaje się, że w czerwcu) - po prostu obserwujcie profil podany wyżej, bo tam zwykle są wszystkie informacje. I ruszył tam też konkurs, w którym można wygrać przelot i bilety na jeden ze spektakli w Londynie na żywo. Marzenie...
W dość krótkim czasie to już chyba czwarta wersja tej sztuki Szekspira, którą mogę oglądać, trudno więc oprzeć się dokonywaniu porównań. I szczerze powiem, że to nie będzie moja ulubiona wersja. Na pewno jednak nie można jej odmówić oryginalności i wyjątkowej, mrocznej i mocnej atmosfery. Sięgnięcie po współczesne elementy, dość nowoczesną scenografię, sprawia że wszystko wybrzmiewa jakby w trochę nowym kontekście. Nagle widzimy nie jedynie historię średniowieczną ze Szkocji, ale coś dużo bardziej uniwersalnego. Wojna domowa, terror i prześladowanie, uchodźcy - oto kontekst w którym usłyszymy opowieść o Lady Makbet i jej mężu.

czwartek, 10 maja 2018

Nić widmo, czyli pracownia niczym strefa sacrum

Już wszyscy zapomnieli o Oscarach, a ja wciąż zalegam z notkami na temat niektórych nominowanych. No nic - nadrabiam. I to z dużą przyjemnością, bo zostały mi naprawdę ciekawe tytuły. Choćby dzisiejszy. Najbardziej zmysłowy ze wszystkich nominowanych. I to mimo, że z nagości to może zobaczycie tu kawałek gołego ramienia. Tu wszystko jest jakieś wyjątkowo zmysłowe i klimatyczne - od cudownych strojów aż po urokliwe zdjęcia, muzykę.

Pusher, czyli niech się schowa Tarantino

Nicolas Winding Refn zanim triumfalnie podbił serca krytyków i widzów "Drive" i "Tylko Bóg wybacza", nakręcił trylogię, która dużo mówi o jego spojrzeniu na świat i stylu opowiadania historii. W tytule notki zestawiłem tego duńskiego reżysera z Tarantino i choć może wydawać się to może trochę na wyrost, obu charakteryzuje podobna bezczelność i umiejętność szokowania widza przemocą. Obaj podają ją jednak w trochę inny sposób - oglądając Pushera raczej nie masz poczucia, że coś tu jest "dla jaj", chwilami czujesz się tak, jakbyś oglądał naturszczyków naprawdę rozwalających szczęki konkurencji i krojących piłą tych, którzy im podpadli. Zaglądamy do świata drobnych i grubszych przestępców, bez tworzenia jakichś specjalnych kreacji postaci (bo ma być zabawnie/strasznie/ciekawie), a grający aktorzy wchodzą w to całymi sobą. Kto zobaczy raz Mikkelsena, ten na pewno tej roli nie zapomni. Brutalność, brak zasad i hamulców, alkohol, narkotyki, język i działania pełne przemocy - oto sedno całej trylogii.

środa, 9 maja 2018

Linie kodu kreskowego - Krisztina Tóth, czyli kobieca wrażliwość i piękny minimalizm

Grzebiąc w różnych szkicach notek ze zdumieniem odnajduję rzeczy przeczytane lub obejrzane wiele miesięcy temu, a ja wciąż o nich nie napisałem. Dziś to już niełatwe. A przecież warto choćby kilka zdań. Jak choćby o książce Krisztiny Tóth. No tak - klimaty węgierskie powracają. Lekturę wybraliśmy na DKK, bo gościliśmy Anię Butrym - opowiadała bardzo ciekawie o pracy tłumaczki, niuansach języka węgierskiego, tak że nie tylko sama powieść była tematem spotkania. I jakoś mi umknęło, żeby coś napisać.
Pamiętam, że w tych miniaturowych opowiadaniach był bardzo ciekawy klimat - szczególnie dla kogoś kto jak ja pamięta jeszcze PRL i to jak wyglądało dzieciństwo w cieniu wielkiego brata. Była też wrażliwość. Szczególnie poruszające były te dotyczące losu dzieci.

wtorek, 8 maja 2018

Cień przeszłości - Grzegorz Gołębiowski, czyli a mówią, że historia jest nudna

Po książkach m.in. Leszka Hermana, Macieja Siembiedy, czy ostatnio recenzowanej u mnie powieści Tadeusza Biedzkiego, oto kolejny polski autor próbuje wejść w buty Dana Browna. I nie ma w tym nic złego - wykorzystanie fragmentów historii, ciekawych miejsc, jakichś legend lub opowieści o tajemnicach lub skarbach aż samo prosi się o atrakcyjną formę, by czytelnik chętnie po taką mieszankę sięgnął. U jednych przybiera to formę bardziej sensacyjną, u innych przygodową, czasem znowu staje się rasowym kryminałem. Ważne jest jednak by sama akcja nie zasłoniła zupełnie tła i sprawy o jaką toczy się rozgrywka, bo to ona zwykle stanowi o oryginalności danej powieści. Chyba wszyscy przyzwyczailiśmy się już do tajemniczych agentów obcych wywiadów, szajek złodziejskich wyposażonych o niebo lepiej niż policja, do pościgów, porwań, bójek i strzelanin. Ale gdy to wszystko zafunduje nam się w naszych realiach, miejscowościach mniej lub bardziej znanych, ale na pewno swojskich, przy okazji opowiadając jakąś ciekawą historię, to wszystko staje się sto razy ciekawsze. Paryż, Rzym, czy Florencja na pewno są ciekawe, ale przecież i u nas można znaleźć sporo tajemnic, skarbów, cudownych miejsc i zabytków. 
Nie ukrywam, że lubię takie połączenia, świetnie się przy nich bawię, dlatego podchodziłem do debiutu Grzegorza Gołębiowskiego z dużą ciekawością.

poniedziałek, 7 maja 2018

Seks w życiu kobiety, czyli wszyscy na kozetkę!


Gdy się polubiło jakiś teatr, potem jest ewidentny kłopot gdy przychodzi czas na napisanie mniej przyjemnych słów. A właśnie tak tym razem mam z Teatrem Gudejko. Najnowsza ich premiera, przygotowana we współpracy z teatrem IMKA miała świetną reklamę, obiecywano spektakl odważny, aktualny, zabawny, a tymczasem "Seks w życiu kobiety" okazał się eksperymentem średnio udanym. Czemu piszę eksperymentem? Bo postawiono na połączenie przygotowanego scenariusza i kabaretowej improwizacji, dialogu z publicznością. Katarzyna Pakosińska ma na pewno w tym drugim spore doświadczenie, ale teraz niestety miałem wrażenie, że chyba zżarła ją trema i nie bardzo potrafiła się zdecydować w którą stronę pójść, sprawiała wrażenie zagubionej. Ni to wykład, prezentacja psycholożki na temat roli seksu w życiu kobiety, już cieszymy się na to, że będzie pikantnie, szczerze i dowcipnie (i pewnie dostanie się panom), a tu nagle wolta. Wejście na scenę partnerującej jej Anny Guzik, niby wyciągniętej z publiczności, mocno zmienia charakter przedstawienia i tak naprawdę do końca pozostajemy już w pewnym zagubieniu.

Genialny klan, czyli czy mi wybaczycie?


Po raz kolejny wracam do Wesa Andersona, jednego z większych oryginałów kinematografii. Jego poczucie humoru i wrażliwość nie wszystkim odpowiada, dla tych którzy je pokochali, oglądanie ich nawet po kilka razy, wcale nie jest wariactwem. Choćby ta historia o Tenenbaumach, bardzo specyficznej rodzince, pełnej różnych freaków. Tak to często bywa, że za genialnością w jakiejś dziedzinie idą jakieś spore trudności w innych płaszczyznach, choćby społecznej, czy emocjonalnej. Jeżeli do tego dodamy jeszcze skomplikowaną sytuację rodzinną, nic dziwnego, że każde z nich nosi w sobie jakieś fobie, traumy, lęki. Historia totalnie zakręcona, z tych gdzie pod śmiechem czai się jakaś refleksja.

Zjednoczone stany miłości, czyli po prostu przytul

Czasem zdarzają się takie filmy, wobec których człowiek czuje się po prostu trochę bezradny. Widzi układankę, rozumie mniej więcej co było celem jej twórcy, ale za cholerę nie rozumie komplikowania fragmentów obrazów, ich sensu i potrzeby. To tak jak w teatrze gdzie modne zrobiło się rozbieranie, rzucanie kurwami i odwoływanie się do współczesnych realiów, niezależnie od treści sztuki. Szokować. Wstrząsnąć. Zaskoczyć.
Tyle, że to co ogląda się po raz n-ty, nie ma w sobie już nawet ułamka potencjału i siły tego kto pierwszy się odważył. Jeżeli ktoś oglądał filmy choćby Seidla, tego Wasilewski pewnie raczej znudzi niż oburzy. W przeplatających się historiach czterech kobiet dostrzeże samotność i ogromne pragnienie miłości, ale i tak będzie pewnie zadawać sobie pytanie czy to trzeba opowiadać w ten sposób.

niedziela, 6 maja 2018

Śmierć w Chateau Bremont - M.L Longworth, czyli tam wino smakuje inaczej

Wydawnictwo Smak słowa odkryło dla nas Horsta, o którym pisałem kilka dni temu, zafundowało nam kryminały kulinarne, a teraz szykuje dla nas kolejny cykl. Trochę inny w stylu, klimacie, to raczej propozycja dla tych, którzy lubią klasykę typu Agathy Christie. Ale powiem Wam, że to całkiem smakowita rzecz. Trochę leniwa atmosfera francuskiej Prowansji, stare miasteczko Aix-en-Provenc, dobre wino, pyszne jedzenie, piękne okoliczności przyrody... I morderstwo? A może jednak wypadek. Sprawa jest dziwna, bo miejscowy szlachcic wypada z okna, we własnym domu. Może jednak ktoś mu "pomógł"?
Śledztwo prowadzi sędzia Antoine Verlaque, a pomagać mu będzie jego dawna miłość profesor prawa, Marine Bonnet. To właśnie ta para będzie bohaterami kolejnych tomów cyklu.

sobota, 5 maja 2018

Azul, czyli kafelki nawet dla początkujących

Powoli ogarniam notki do których porobiłem jedynie zajawki, dopisuję choć po kilka zdań, ale ewidentnie początek maja mnie rozleniwił z pisaniem. Końcówka kwietnia była intensywna (najpierw Tatry Zachodnie, potem Budapeszt), a teraz ciężko się wdrożyć na nowo w rytm. Ale sporo niezłych lektur za mną. Przedpremierowo lada dzień spodziewajcie się notki o najnowszej książce Marty Kisiel. Dziś też zacząłem stukać o książce, ale najpierw odciągnął mnie kolejny odcinek Gomorry (już trzeci sezon), potem obiad i jakoś nie mogę skończyć pisania. Zatem kryminalnie jutro. Dziś planszówkowo. To w tej chwili chyba numer jeden jeżeli chodzi o wymarzony zakup. Gra, która podbiła moje serce natychmiast i tylko wyglądam okazji, by zarazić nią rodzinę. Sam grałem w nią na naszym klubie planszówkowym dzięki Tomkowi i mam nadzieję, że się nie obrazi, bo posiłkuję się zdjęciem gry z jego bloga (którego serdecznie polecam - Board Games Addiction).
Azul oczarowuje świetnym wykonaniem i cudownie kolorowymi kafelkami. A potem również tym jak prosto można wytłumaczyć zasady, chwycić w mig o co biega i potem tak jak ja... wygrać w pierwszej rozgrywce.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Jedna jedyna - Jørn Lier Horst, czyli co krok to ślepy trop

Kwiecień dopełniam dopiero dziś, ale co zrobić... Budapeszt zwiedzamy intensywnie i czasem nie ma już sił na pisanie.
Do notki wybieram jednego ze swoich ulubieńców. No może przesadzam, ale jak dotąd czytałem jego wszystkie kryminały z komisarzem Williamem Wistingiem i każdego kolejnego wypatruję z niecierpliwością, praktycznie od pierwszego. I nie ma to nic wspólnego z tzw. wypełnianiem historii - rzeczywiście u nas rozpoczęto wydawanie serii od środka, a od niedawna dopiero się cofnęliśmy do początku, by poznać pierwsze sprawy. Nie, po prostu facet pisze tak, że chciałoby się kończąc, natychmiast sięgać po kolejną książkę. Niczym dobry serial, który jeszcze się nie znudził.
Horst zna się na pracy policjantów, pisze o przesłuchaniach, grzebaniu w papierach, szukaniu drobiazgów, które być może pominął ktoś inny, naradach... To nie jest śledztwo prowadzone przez samotnego wilka, ale cały zespół, choć faktycznie Wisting ma niesamowitego nosa i niejednokrotnie rozwiązuje sprawy nawet z zamierzchłych czasów.

Mad Max: Na drodze gniewu, czyli znakomite odświeżenie cyklu

Dziś dostałem info, że żona z młodszą córą zaliczyły już najnowszą odsłonę Marvella w kinie, widzę więc że przyjdzie mi się wybrać samemu. Nie przepadam za tymi bohaterami, ale mimo wszystko jestem ciekaw. Dla mnie bajki tego typu to rzeczy nawiązujące do mojego dzieciństwa - choćby Star Wars - one rozpalają wyobraźnię i podsycają wspomnienia, choć zwykle nie dają tyle frajdy co lata temu. Bywają jednak niespodzianki jak choćby znakomite moim zdaniem odświeżenie cyklu o Mad Maxie. Ależ to jest widowiskowe, szybkie, mocne. Nie wiem czy nawet poprzednie części dawały takiego łupnia od strony wizualnej. Niby wszystko jest proste niczym budowa cepa, ale jak to się ogląda! Widzieliście?
Ja napiszę więcej na dniach...

niedziela, 29 kwietnia 2018

Małe życie - Hanya Yanagihara, czyli rany, które nie chcą się goić

Do końca kwietnia jeszcze trzy szkice. A potem jedynie porządkowanie bloga. Może pora go zawiesić skoro nie wyrabiam się z pisaniem?
"Małe życie". Najgłośniejsza amerykańska powieść roku, zachwyty niektórych krytyków i dość mieszane uczucia czytelników. Zdecydowanie o "Małym życiu" mówiło się bardzo dużo i mocno podzieliła ona tych, którzy po nią sięgnęli. Sam przyznam, że miałem z nią spory kłopot - po pierwszych kilkudziesięciu stronach miałem sporą ochotę ją odłożyć. Nic wyjątkowego, jakieś grafomańskie wypociny o czwórce przyjaciół, ich marzeniach i obawach. Ani w tym miasta, jakiejś szerszej perspektywy, większych emocji. Powoli jednak wchodziło się w ten ich świat, szybko przechodząc przez inicjację i obserwując jak radzą sobie z pierwszymi sukcesami, sami się dziwiąc, że tak wiele otrzymują od życia. Architekt, aktor, malarz oraz prawnik. Niby ich drogi zawodowe nie były zbieżne, ale jakoś przyjaźń przetrwała. 
Zwyciężyła ciekawość. Choć pewne sprawy wydawały mi się mało wiarygodne, ale mimo wszystko chciało się poznać tajemnice Jude'a do końca, doczekać też tego, by uwierzył we własne szczęście.
...
Ciąg dalszy powstanie lada dzień...

sobota, 28 kwietnia 2018

Kruk, czyli rozwiązanie tkwi w przeszłości

Notkę piszę jeszcze przed obejrzeniem ostatniego odcinka, ale nie mogę się powstrzymać. Rzecz jest całkiem świeża, więc może namówię jeszcze kogoś na polowanie na ten serial? To co dotąd zobaczyłem chyba stawia Kruka nawet wyżej od Belfra - chodzi przede wszystkim o powikłaną zagadkę i o duszny, zagadkowy klimat tego filmu. Polesie, świetna muzyka i zdjęcia, bardzo dobrzy aktorzy, a do tego historia, która naprawdę przyprawia o ciarki na plecach. Rzadko kiedy twórcy decydują się na rozpoczynanie serialu tak zagadkowo, jakby od środka, niewiele wyjaśniając i zmuszając prawie do końca na rozwikłanie tajemnicy.
Pokręcony jest już sam główny bohater, przy którym wciąż pojawia się jego przyjaciel, ewidentnie wpędzając go w poczucie zmieszania, zakłopotanie, a czasem nawet we wściekłość. Adam Kruk, pracujący w wydziale kryminalnym w Łodzi, zostaje oddelegowany do Białegostoku, by poprowadzić dochodzenie w sprawie przemytu papierosów. Tamtejsza policja ewidentnie nie jest zainteresowana ukróceniem procederu, to musi być ktoś z zewnątrz. Dla Adama to powrót w rodzinne strony, bo to właśnie w tamtejszym domu dziecka dorastał i tam poznał swojego najlepszego kumpla, który teraz jest jego cieniem.



Komisarz - Paulina Świst, czyli ta baba ma jaja


Myślałem, że przed wyjazdem nadrobię zaległości na blogu, a tu wyjazd z takimi przygodami, że naprawdę nie da się znaleźć chwili spokoju, mimo, że apartament wygodny. Może nie takie przygody jak u Pauliny Świst, ale powiedziałbym, że jazda poza granicami prawa jak najbardziej... Może jutro się uspokoi...

Zabrałem kilka rzeczy do czytania - jak widać, ale czy dam radę wszystko przeczytać?

Druga książka Pauliny Świst, czyli kontynuacja "Prokurator". Pierwszej nie czytałem, ale mimo że dostałem kilka spoilerów i tak chyba przeczytam. Muszę bowiem przyznać, że choć nie lubię zbyt wiele pikanterii w literaturze popularnej, zawsze wydaje mi się zbyt wulgarna i na doczepkę do akcji, to jakoś tu przymykam oko. Przyznaję, że reklama: ostry język, ostry seks, ostra jazda, nie jest przesadzona. To dobrze zrobiony thriller, w którym jest trochę sensacji, trochę kryminału, wszystko dzieje się szybko, wciąga, a przecież tego właśnie czasem potrzebujemy - żeby autor nie kombinował. Paulina Świst poukładała sobie to nieźle i napisała powieść, która bardziej pasowałaby mi do faceta niż kobiety pisarki. Mocna rzecz. Jak Wam znudzi się już Mróz - sięgnijcie po któryś z tomów serii rozpoczętej Prokuratorem - to jakby połączyć Chyłkę i Forsta. I dodać jeszcze odważnych scen.

czwartek, 26 kwietnia 2018

Stranger Things, czyli w każdym tkwi trochę z bohatera

Wszyscy już chyba widzieli, więc notka bardziej dla siebie niż dla kogokolwiek innego - nie ma co przekonywać do czegoś co wszyscy znają. 
Ten serial to pewnego rodzaju fenomen - niby fabuła nie jest super zaskakująca, ale jaki cudowny klimat lat osiemdziesiątych. Oglądałem go razem z 15 letnią córką i pewnie dlatego też komentowanie różnych wydarzeń dawało taką frajdę, gdybym oglądał go sam, być może mnie tak by to nie wkręciło. Porównania do "To", całkiem uzasadnione - te pierwsze nastoletnie fascynacje, przyjaźń na śmierć i życie, a do tego przygoda, która wciąga ich bez reszty i rodzice, którzy w większości są mało ogarnięci i nawet nie widzą co się dzieje...

Seks, rosół i pieluchy, czyli o rodzicach, ale nie tylko dla rodziców


 Na dniach kolejna okazja, by zobaczyć w warszawskim Teatrze Młyn ich najnowszy spektakl "Seks, rosół i pieluchy", pora więc troszkę o nim napisać. Jeżeli widzieliście na ich deskach choćby "Nagą Pragę", czy "MaskaRadę Gminy" pewnie nie będziecie specjalnie zaskoczeni zaproponowaną formułą - mamy do czynienia ze spektaklem muzycznym, który ja sobie roboczo nazywam minimusicalem. Mini nie tylko ze względu na małą scenę, skromniejszy niż zwykle w przedstawieniach muzycznych zespół, czy nawet czas trwania (niewiele ponad godzinę). Mini trochę ze względu na skromną oprawę muzyczną (ale brzmi to świetnie) i dlatego, że wszystkie piosenki są cudownymi miniaturkami, z których każda opowiada o czymś. Nie ma tak do końca fabuły, dialogów, ale za to jest pomysł i temat przewodni. Tym razem są nim... bolączki i radości rodziców.

środa, 25 kwietnia 2018

Fantastyczny Pan Lis, czyli kryzys wieku średniego


W kinach pojawił się najnowszy film Wesa Andersona i po raz kolejny sięgnął on po animację i zwierzątka (tym razem psy), by opowiedzieć jakąś historię. "Wyspy psów" jeszcze nie widziałem, ale pewnie w maju się wybiorę, na razie jednak notka o poprzedniej tego typu produkcji.
Po wizycie w łódzkim Semaforze i muzeum filmu, jeszcze bardziej doceniam fakt, iż animacja starego typu, poklatkowe zdjęcia kukiełek, jeszcze nie umarła, wciąż może zachwycać. I właśnie tego typu produkcję zaproponował Anderson, zaskakując pewnie wiele osób. Tu nie chodzi przecież jedynie o budżet, ale tego typu animowanie postaci nadaje im zupełnie inny charakter, nadaje im więcej życia. Czy to wciąż kino familijne? I tak, i nie. Bo choć to bajka (autorstwa wciąż mało znanego u nas Roalda Dahla), zawiera w sobie tyle elementów czytelnych raczej dla dorosłych, że nie jest dla nich jedynie sentymentalnym powrotem do lat dzieciństwa.

wtorek, 24 kwietnia 2018

Dziewczynko, roznieć ogieniek - Martin Šmaus, czyli romska ballada

Przeglądam półkę wyszukując jakichś ciekawych tytułów na wyjazd do Budapesztu (może coś węgierskiego?) i natrafiam na książkę, którą czytałem już kilka miesięcy temu, a uświadomiłem sobie, że nic o niej nie pisałem. Jakoś trudno mi było do tego zebrać. Nie dlatego, że okazała się mało interesująca, ale właśnie dlatego, że jakoś poruszyła, tylko strasznie ciężko było uchwycić to coś, co w niej najbardziej urzekło.
Wzruszająca i bolesna. O kulturze, tradycji romskiej, która była tak bardzo niszczona w wielu krajach. Może jednak jeszcze bardziej o umiłowaniu wolności, o tęsknocie za czymś pięknym, lepszym...

Martin Šmaus zaprasza nas do świata Cyganów, którzy tyle wycierpieli ze strony Hitlerowców, a potem nagle znaleźli się w rzeczywistości, której nie do końca rozumieli. Dla nich nigdy nie istniały granice, potrafili pracować, ale dużo bardziej lubili się bawić, oddychać swobodnie, nie przejmując się tym, czy za tydzień będą mieli co jeść albo czym się ogrzać.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Henry David's Gun - Tales form the Whale's belly, czyli niech się schowają wszystkie radiowe gwiazdki

Oczy zamykają się ze zmęczenia i notki coraz trudniej się pisze wieczorami, a tu kolejny wyjazd się szykuje. Ze szkiców wybieram więc coś o czym pisać długo nie trzeba - po prostu chcę Was zachęcić do posłuchania kawałków poniżej, a potem całej płyty.
Nazwa kapeli może mało znana, uwierzcie jednak że warto się nimi zainteresować. Produkt w pełni krajowy, posłuchajcie sami jak brzmi - przenieście się na dłuższą chwilę do Stanów.
To efekt wypróbowany na sporej grupce znajomych: komentarze iż fajne brzmienie, a potem ogromne zdziwienie, że to polska kapela.
U nas takie bardziej akustyczne granie nie jest jakoś bardzo popularne, ani to czysty folk ani ciężkie rockowe brzmienia, po przesłuchaniu tej płyty i jeszcze kilku innych artystów promowanych przez wytwórnię Borówka Music, mam jednak pewność że nie tylko będę rozglądał się po okolicy za ich koncertami, ale i ciągnął na nie znajomych. Materiał który tak dobrze brzmi na płycie, na pewno i na koncertach fajnie wypada.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Siedem minut po północy, czyli zmierzyć się z lękami


W trakcie wyjazdu z młodszą córką obejrzeliśmy wieczorami końcówkę drugiego sezonu Stranger Things, czyli serialu, który oboje bardzo polubiliśmy, ale dzisiejszą notkę chciałbym poświęcić czemuś trochę innemu. Rzecz jak najbardziej do familijnego oglądania, ale dużo poważniejsze, choć na pierwszy rzut oka może wydawać się bajką. Za tą otoczką kryje się jednak wzruszająca opowieść o bardzo trudnych emocjach. Mamy więc do czynienia z mieszanką fantazji i twardego życia, baśnią pełną metafor, ale prowadzących jednoznacznie do odkrywania tego co wokół. To film o życiu, śmierci, stracie, miłości, tęsknocie i samotności.

Szczęśliwy jak łosoś - Anna Kurek, czyli dobrze inwestować pieniądze

Generalnie by napisać niezły reportaż o jakimś kraju, są dwa sposoby: długie grzebanie w źródłach, w historii, geografii, w innych książkach i próba skondensowania wiedzy albo po prostu spisywanie własnych, potocznych obserwacji i wrażeń z życia w jakimś kraju. Pewnie by można łączyć jakoś te dwa sposoby pisania, ale można szybko wyczuć kto w czym czuje się mocniejszy. Anna Kurek od dłuższego czasu interesuje się Norwegią, mieszka tam, prowadzi bloga (jako norwegolożka) i oto oddaje w ręce czytelników zbiorek własnych obserwacji na temat tego co powtarza się w Polsce o mieszkańcach Norwegii i jak jej zdaniem to wygląda "od wewnątrz". Nie zalewa nas danymi, statystykami ani też informacji o miejscach, które trzeba koniecznie zobaczyć - tego szukajmy gdzie indziej (ale trochę podpowiedzi na ten temat u niej znajdziemy na końcu).

czwartek, 19 kwietnia 2018

Player One, czyli masa wspomnień, ale i sporo dla młodego pokolenia

Spędzam kilka dni z młodszą córką w górach, stąd też milczenie na blogu. Łazimy po górach, gadamy, a wieczorem oglądamy sobie drugi sezon Stranger Things. Dobry czas.
Tak sobie myślę, że zanim pójdziemy wspólnie na nowych Avengersów, chyba powinienem pokazać jej najnowszy film Spielberga. Po pierwsze dlatego, że to produkcja dość infantylna więc właśnie nastolatkom jak ona podobać się będzie najbardziej. Ale po drugie, bo tematyka tego filmu, to trochę pomost między moim światem a jej. Dla niej komputery, komórki i aplikacje, to rzeczywistość, dla nas było jedynie zabawą, ale która wciągała czasem na długie godziny. Może więc pokazanie, że to co dla niej ciekawe, istniało w pewien sposób wcześniej, sprawi że nie będzie na to machać ręką - to dla dinozaurów. Spielberg nakręcił film trochę ze wspomnień swoich i swoich dzieci, ale zaskakująco atrakcyjny i czytelny dla młodego pokolenia. Łączy stare z nowym. Oldschoolowe klimaty (nie tylko muzyczne), z zupełnie nową wizją świata.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Szczęście świata, czyli ach te kolory, zapachy i zmysłowość

W zanadrzu spora garść notek książkowych, kilka nowych filmów, ale mi jakoś wciąż po głowie chodzi rozpoczynający się festiwal Wiosna Filmów, przeglądam repertuar, bo z powodu wyjazdu wiele mnie ominie i jakoś chce mi się pisać o filmach trochę innych, mniej komercyjnych, ale godnych uwagi. Trzeba tylko odpowiedniego nastroju, by zachwycić się ich detalami, pięknymi zdjęciami i nastrojem. Gdy oglądałem "Szczęście świata" nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to fantastyczne połączenie klimatów jak u Wesa Andersona i opowiadania historii w stylu najlepszych czeskich mistrzów. Jest historia, ale z punktu widzenia pojedynczych bohaterów, wieloznaczna i raczej w domyśle, a przecież my lubimy o niej robić filmy, które mają walić po głowie, wstrząsnąć, wybebeszyć i jednocześnie edukować. A w filmie Michała Rosy więcej jest poezji niż realizmu, choć przecież wszystko jest mocno osadzone w konkretnych czasach, czyli tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej. Centrum filmowanego wszechświata nie jest jednak kraj, miasto, ale niewielka kamienica i jej mieszkańcy. Widzimy różne sceny gdy muszą oni załatwiać różne sprawy "na zewnątrz", ale i tak wiemy, że chodzi o lokatora konkretnego mieszkania, o jego relacje z sąsiadami, dzięki którym tak naprawdę ich poznajemy, wiemy kto jaki naprawdę jest.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Koń doskonały. Ratując czempiony z rąk nazistów - Elizabeth Letts, czyli by piękno nie zginęło

Seria reportażowa Mundus od Wydawnictwa Jagiellońskiego dotąd kojarzyła mi się z książkami o kulturze różnych krajów i podróżach, a tymczasem okazuje się, że unikają również książek historycznych. Skoro jednak można znaleźć tam niejedną ciekawą historię, może nie powinniśmy się dziwić.
W przypadku książki Elizabeth Letts mamy do czynienia zresztą nie tylko z historią, zbiorem nazwisk, wydarzeń i cytatów. Nie tylko ludzie są tu na pierwszym miejscu, ale właśnie tytułowe konie, miłość do nich i chęć ratowania ich za wszelką cenę. Od wieków ludzie kochają te zwierzęta, a wielu z nich za swój punkt honoru postawiło sobie dbanie o doskonałość ich różnych cech, wybierając do reprodukcji najpiękniejsze, najsilniejsze egzemplarze. Ta książka jest właśnie o nich. O tych, którzy z miłości do koni, potrafili poświęcić, zaryzykować bardzo wiele, zapomnieć na chwilę o tym jakie kto nosi mundury i po której stronie frontu walczy.
To hołd dla nich wszystkich oraz historia koni, które ratowali w trakcie drugiej wojny światowej.

Old love, czyli w tym wieku też wypada

Teatr Gudejko nie posiada własnej sceny, ale za to wciąż jest "w trasie" po Polsce, dzięki czemu możecie mieć okazję zobaczenia ich spektakli gdzieś bliżej siebie, bez konieczności wyprawy do Warszawy. Przeglądając ich repertuar wypatrzyłem przedstawienie grane prawie pod moim nosem, w Otrębusach (siedziba zespołu Mazowsze ma salę na kilkaset miejsc), więc zorganizowałem w tym roku trochę wcześniej coroczny wypad teatralny dla obu mam. Zwykle fundowałem bilety w okolicach Dnia Matki, żal mi było jednak nie skorzystać, a może w maju wybierzemy się po raz kolejny, tym razem już za "zrzutkowe".
Po oglądanym nie tak dawno "Między łóżkami" i widząc w obsadzie między innymi Artura Barcisia, nastawiałem się mocno na równie porywającą komedię. Tym razem jednak wieczór miał zupełnie inne klimat. I nie chodzi nawet o niedyspozycję głosową Barcisia, bo potrafił oczarować i rozbroić publiczność nawet tym. "Old love" ma po prostu dużo bardziej refleksyjny, nostalgiczny wydźwięk. Nie zabraknie bardziej zabawnych scen i dialogów, jednak całość trudno traktować jedynie jako okazję do pośmiania się, zobaczenia swoich ulubieńców w zabawnych rolach.