środa, 20 marca 2019

Cisza Białego Miasta - Eva Garcia Saenz De Urturi, czyli czy da się temu zapobiec?

Szukałem wśród szkiców czegoś ciekawego, co byłoby godne uwagi jako notka nr 3001. Przecież jestem świadom, że pisząc o wszystkim co przeczytam, obejrzę, często operuję ocenami dość średnimi, bo rzeczy fenomenalnych nie trafia się codziennie. Ale ta moim zdaniem na taki tytuł zasługuje. Wśród wielu kryminałów przeczytanych w ostatnich miesiącach ten byłby zdecydowanie na podium i już cieszę się na jego kontynuację (to pierwsza część trylogii której akcja umiejscowiona jest w kraju Basków).
Co mnie tak zachwyciło w "Ciszy Białego Miasta"? Świetne połączenie kilku składników: niebanalnej intrygi kryminalnej, ciekawie zarysowanych postaci, a przede wszystkim prowadzącego sprawę
Unai López de Ayala, zwanego Krakenem, tła którym są hiszpańskie miasteczka i ich mieszkańcy, historie które ciągną się czasem wiele pokoleń wstecz. To wszystko tworzy powieść, od  której trudno się oderwać.

wtorek, 19 marca 2019

Ciche miejsce, czyli dawno mnie tak nie wciągnęło

Opublikowałem ten post i ze zdumieniem patrzę na liczby. Piszę po raz 3000. Tyle dni i tyle notek. I dobrze mi z tym. Niby nie są ważne zasięgi, reklama itp. To daje frajdę, bo nigdy nie spodziewałem się, że tyle tego będzie, że wytrwam, że coś się nie zawali... Stracić to wszystko byłoby koszmarem.

Odkładam różne szkice na temat książek i teatrów, by wrzucić coś filmowego. Nie, nie nowości, bo znowu do kina nie ma czasu chodzić. Ale w tv zawsze coś można upolować. Usatysfakcjonowany trzecim sezonem Detektywa i piątym Luthera, szukam czegoś kolejnego z kryminałów, ale parę ciekawych krótszych rzeczy w międzyczasie odkryłem z tego co przegapiłem w kinach. Ciche miejsce okazało się hitem! Dawno nie emocjonowaliśmy się tak bardzo losem bohaterów, komentując to co się dzieje na ekranie.
Ze zdumieniem patrzyłem któż to jest reżyserem tego filmu. John Krasiński? A któż to? Przeglądam filmografię, niby ma coś na koncie, ale jakoś nie kojarzyłem go za bardzo. Za kamerą też nie stoi pierwszy raz, ale po tym filmie stwierdzam że muszę baczniej mu się przyglądać. Wiadomo, że w przypadku "Cichego miejsca" liczył się pomysł, ale tu wszystko jest na miejscu i w punkt, a spieprzyć dobry scenariusz zdarza się najlepszym. Krasiński wykorzystał go w 100%. No i sam też zagrał, co trzeba przyznać całkiem nieźle.

poniedziałek, 18 marca 2019

Żona bankiera - Cristina Alger, czyli cyfry, papier, komputery, a za nimi nie zawsze czyste interesy

I jeszcze jeden tytuł od Wydawnictwa Zysk i S-ka. Tym razem udało się nawet przedpremierowo. Tym razem nie tyle kryminał, co raczej thriller sensacyjny. A w nim naprawdę wielkie pieniądze. Nawet sobie nie wyobrażamy jak wielkie.
Politycy, mafiosi, terroryści, biznesmeni, oszuści, okazują się mieć więcej ze sobą wspólnego niż chcieliby sami przyznać. Spytacie cóż takiego? A choćby bank, w którym trzymają kasę, doradcy finansowi, którzy pomagają im ominąć zbyt wysokie ich zdaniem podatki, czy prawnicy, którzy sprawią, że wszystko na papierze będzie wyglądało nienagannie. Kto wie, może nawet i spece od brudnej roboty, gdy trzeba sprzątnąć kogoś kto im bruździ są również ci sami.
Właśnie takich interesów dotykamy w "Żonie bankiera". Przekrętów robionych przez ludzi, których nie podejrzewalibyśmy o konszachty z przestępcami, ale którzy dla dla pieniędzy zrobią wszystko. Nie prawie wszystko. Wszystko.

niedziela, 17 marca 2019

Ruby, czyli i wymarzył sobie kobietę


Strasznie żałuję, że tak późno piszę na blogu o tym spektaklu, bo niestety zdaje się przegapiłem ostatnie terminy w tym roku gdy mogliście go jeszcze zobaczyć. Chętni będą chyba musieli czekać aż do kolejnego sezonu. Niby Teatr WARSawy ma masę innych rzeczy wartych zobaczenia, ale w większości to repertuar dużo poważniejszy, natomiast Ruby może się podobać bardzo różnej widowni. Zarówno tym, którzy lubią inteligentne komedie, jak i tym, którzy chodzą do teatru głównie "na nazwiska". Skoro w obsadzie m.in. Sonia Bohosiewicz, Sławomira Łozińska, Edyta Olszówka i Mateusz Banasiuk, to chyba nie ma co narzekać na brak znanych twarzy, prawda?
Spektakl w reżyserii Adama Sajnuka to jedno z tych przedstawień, które wydają się z pozoru lekkie, bawią, ale potem wychodzisz z teatru i masz masę refleksji. Mam wrażenie, że nie tylko humor jest bliski Allenowi, ale i sam pomysł wyjątkowo wpisuje się w różne scenariusze reżysera.

Armia, Crue, czyli gardło zdarte, a św. Patryk uczczony

Najpierw parę zaległych zdań o Róbrege. Jeden zespół się powtarza, więc jest dobra okazja.

W ubiegłym roku św. Patryk na folkowo, a w tym roku na rockowo. I ciut wcześniej. Weekend zaczęliśmy w klubie Potok zielonym piwem i niezłym koncertem. A dziś okazuje się, że gardło zdarte od śpiewania, ale i przeziębienie bierze - jak się mokrym od potu wracało ponad godzinę komunikacją miejską, to potem takie skutki.
Ale koncert fajny.
Nie będę marudził, że opóźniony, a klub dość ciasny, nagłośnienie kiepskie i tak można było cieszyć się dobrą muzą.

piątek, 15 marca 2019

Stróż krokodyla - Katrine Enberg, czyli kto tak potrafi grać z policją?

No i kolejny kryminał. Jeden kończę, kolejny zaczynam. I mimo pewnych schematów jakie dostrzegam, na szczęście nudy nie czuję - może mam szczęście do tytułów, w których coś jeszcze potrafi mnie zaciekawić lub zaskoczyć?
W "Stróżu krokodyla" na pewno podobał mi się początek - oto ginie zamordowana brutalnie młoda dziewczyna. Ktoś w jej własnym mieszkaniu zaatakował ją i jeszcze za życia okaleczył jej nożem twarz, wycinając jakiś wzór. Nie widać większych śladów walki, włamania, więc musiała znać napastnika, niestety poza niewielkimi drobiazgami morderca potrafił świetnie zatrzeć za sobą wszystkie ślady. Robi się ciekawie, gdy policja dowiaduje się, że identyczny schemat napaści na młodą dziewczynę opisała kilka tygodni wcześniej właścicielka kamienicy, próbując swoich sił w pisaniu kryminału.

środa, 13 marca 2019

Kocham Bałtyk, czyli uśmiech z goryczką

MaGa: Moje pierwsze spotkanie z Klubem Komediowym i jestem na TAK. Siedzimy sobie w klubie, popijamy co kto lubi, a spektakl odbywa się tak jakby „przy okazji”…

R.: Miejsce jest znane Warszawiakom z różnych projektów łączących stand up, improwizację, muzykę i humor. Ale jest w nim również miejsce dla spektakli, które spokojnie można by wystawiać na innych scenach. W tej specyficznej, kameralnej atmosferze mogą wybrzmieć w nich trochę inne tony - aktor jest bardzo blisko widza, praktycznie może przechadzać się między stolikami, reagować na coś co wyczuwa, improwizować.
Być może to właśnie ta atmosfera skłoniła Agnieszkę Przepiórską, by właśnie tam ogłosiła powstanie swojego autorskiego projektu: Teatru Furiosa - bez stałego miejsca, takiego jednoosobowego teatru w ruchu, który stałby się szyldem dla jej różnych monodramów dotąd realizowanych.

wtorek, 12 marca 2019

Śpiąca królewna, czyli magia baletu


Kolejny spektakl baletowy  Teatru Bolszoj obejrzany w kinie Praha w ramach cyklu nazywowkinach.pl, tym razem „Śpiąca królewna” do muzyki  Piotra Czajkowskiego, w choreografii Jurija Grigorowicza (wg Mariusa Petipy), ze słowem wstępnym wygłoszonym przez ognistowłosą Katarzynę Gardzinę-Kubałę.



To piękny balet. Jest taki bajkowy, delikatnie „opowiedziany” ruchem. Niby znana bajka, niby wszystko wiemy, ale jakże trudno wyczarować ruchem miłość, zakłopotanie, wściekłość i wszystkie inne emocje, które targają człowiekiem, a balet Teatru Bolszoj tę sztukę doprowadził do perfekcji. Ten spektakl to (jak mówią znawcy) encyklopedia baletu, bo nastawiony jest na popisy poszczególnych tancerzy, na duety i ogromne sceny zbiorowe. Żeby ten balet mógł pokazać cały swój urok zawarty w choreografii potrzebny jest ogromny zespół baletowy, który posiada dużą ilość wspaniałych solistów i ogromną rzeszę tancerzy „pomniejszych”. 

niedziela, 10 marca 2019

Operacja Anthropoid, czyli zrzuceni z misją

Ciekawe, że film wojenny o wydarzeniach w Czechosłowacji, nakręcili Anglicy i to praktycznie bez korzystania ze wsparcia aktorów czeskich czy słowackich (ale za to wzięli Dorocińskiego :)). U nas raczej takich filmów nie lubimy, uważając że zwykle są spłycone, upraszczają wersję wydarzeń, nie ma co jednak udawać: docierają one na pewno do większej grupy osób, niż to co moglibyśmy sami stworzyć. Tu nawet nie chodzi o zatrudniane gwiazdy, budżet na produkcję (bo prawdę mówiąc w jakości nie widzę różnicy), ale o promocję, możliwość wyświetlania tego za granicą. Skoro opowiadają o własnej historii, a nasza jest nie mniej interesująca, to czemu im nie podsuwać na to pomysłów - mimo obaw, że ją spłycą...
O zamachu na Reinharda Heydricha, nazistowskiego protektora Czech i Moraw mówi się, że to jedyny udany zamach w trakcie II Wojny Światowej na tak wysokiego oficera. Jest więc o czym opowiadać, czym się chwalić. Choć nie ma tu triumfalizmu, bo i koszta tej akcji były ogromne.

Niezatańczone tango, czyli obecność Matki

Mam do napisania trzy notki teatralne, w tym tygodniu kolejne trzy spektakle, widzę więc, że ta jedna notka dziennie to nawet mało, by o wszystkim napisać :) A kiedyś się wydawało, że nie będzie o czym pisać... Teraz mogę liczyć jeszcze na wsparcie M. więc o systematyczność wpisów nie muszę się martwić. Może jedynie o to, że każdy nowy przesuwa trochę do historii poprzednie, skazuje je na mniejszą oglądalność. Mam nadzieję jednak, że kto chce, to je znajdzie.
R

[...] tango to taniec, który trafia do serca. Jest w nim dramatyzm i pożądanie, niezobowiązujące poddanie się partnerowi i bliskość, która trwa tylko przez chwilę, ale którą długo się pamięta. Wszystko zależy od tego, z kim się tańczy. /J.L. Horst/

Nostalgiczny spektakl o życiu. A może o tangu, ukochanym tańcu bohaterki. Bo przecież w życiu kochamy, targają nami różne emocje, przeżywamy problemy, a tango to taniec, który to odzwierciedla. A jeśli dodatkowo jest się wielbicielką tego tańca… zawsze się znajdzie odniesienie życia do tanga i odwrotnie.
Spektakl napisany w oparciu o prozę Myśliwskiego, wyciszony, momentami smutny, momentami czuły, o relacjach między kobietą a mężczyzną, a w tym między matką i synem. Łączący w całość postacią kobiety, której już nie ma, a która opowiada o codziennych problemach, z którymi wszyscy się zmagamy, kłopotach, których doświadczamy, małych troskach i radościach, o relacjach ze spotkanymi na naszej drodze ludziach. Jak mówi sama Grażyna Barszczewska: „Takie tango życia, tango codzienności, porywów namiętności i czułości”.

sobota, 9 marca 2019

Farerskie kadry. Wyspy gdzie owce mówią dobranoc - Maciej Brencz, czyli niczym na końcu świata


Islandia przeżywa zwiększone zainteresowanie turystów, pewnie mocno się zmienia pod ich wpływem i to dość naturalny proces. A jak to wygląda w jeszcze mniejszej społeczności, jeszcze bardziej izolowanej przez długie lata, na dużo mniejszym terenie? Maciej Brencz, zafascynowany Wyspami Owczymi stara się nam przybliżyć zarówno przeszłość, jak i teraźniejszość tego fascynującego miejsca na Atlantyku. Niby położonego tak blisko Europy i oficjalnie będącego częścią Danii, a tak odmiennego. Krainy ludzi bardzo otwartych i życzliwych, ale jednocześnie twardych i przyzwyczajonych do otaczającej ich rzeczywistości, nie przepadających za zmianami. Oto około 50 tysięcy mieszkańców rozrzuconych na mniejszych i większych wyspach wulkanicznych, ludzi zdanych na surowe warunki pogodowe, zależność od kontynentu, a jednocześnie całkiem poważnie myślących o niezależności. To potomkowie rybaków, hodowców owiec, przyzwyczajeni do fizycznej pracy, angażujący się w przeróżne aktywności, pełni pasji, wrażliwości, ale i nie bez wad. Brencz opowiada równie ciekawie o wyspach, jak i ich mieszkańcach, bo warunki życia wpływają na to, że są oni bardzo specyficzni. Jeszcze kilka dekad temu pogoda mogła pokrzyżować im nawet kontakt z rodziną czy znajomymi - mimo niewielkiej odległości między wyspami, byli zdani na promy. Dziś budują kolejne tunele, które łączą poszczególne miejsca, ale i tak nie każdy by się odnalazł w tych warunkach - niby do miasta z kinem i galerią handlową można dojechać w niecałą godzinę, jednak ta codzienna rzeczywistość jaka cię otacza to raczej pustkowia, niewielkie skupiska domków, cisza, w której słychać wyraźnie jedynie wiatr, beczenie owiec i krzyk ptaków. 

piątek, 8 marca 2019

Kobiety mafii 2, czyli młotkiem, wiertarką, piłą, wyrzutnią...


I znowu mam zaległości kinowe. Ale co tam. Trochę więcej czytam, sporo oglądam w tv. Drugi sezon Mr. Mercedes trochę przekombinowany, ale lubię tego bohatera, z przyjemnością wchodzę w 5 sezon Luthera, a i Detektyw wciąga. Ten ostatni sprawia, że o raz pierwszy mam ochotę recenzować kolejne sezony w osobnych notkach, czego nigdy przecież nie robiłem. Ale może kiedyś... Skoro recenzuję sequele i prequele... Jak choćby ten dzisiejszy. Vega bezczelnie wykorzystuje popularności i robi filmy trochę na jedno kopyto, traktując je trochę niczym serial - część postaci zostaje ta sama, jakieś wątki się kontynuuje, ma się dziać tyle, żeby widz się nie nudził i dajemy obietnicę, że lada chwila będzie ciąg dalszy... Jeszcze ostrzejszy, jeszcze szybszy...
Skoro panie mają głos, to róbmy filmy o paniach. Ale tak po męsku, czyli niech klną, pieprzą się i robią interesy dokładnie tak jak faceci. to nawet ciekawiej wypadnie na ekranie, bo facet z kałachem na nikim już wrażenia nie robi, ale jak niebrzydka babka? Równie bezwzględna i robiąca demolkę niczym największy bandzior?

środa, 6 marca 2019

Bez słowa - Rosie Walsh, czyli poczuć się kochaną

Zdaje się, że notka książkowa w tym roku nr 18. I potwierdzenie dla mnie mojej niechęci do obyczajów. Kryminały czytam jeden po drugim i rzadko kiedy czuję się tak rozczarowany. Owszem, zdarzało się trafić na książki "babskie", które mi się podobały, ale obawiam się, że gdybym czytał je jedną po drugiej, jeszcze bardziej raziłby mnie ich schematyzm, brak realizmu w postępowaniu bohaterów. Tu mój zawód był całkiem spory.
Niby autorka starała się dodać jakąś tajemnicę, coś co sprawiłoby, że czekamy na jakieś rozstrzygnięcie, jednak 90% książki to wzdychanie i irracjonalne zachowania. 

Znali się tydzień, pierwszego dnia poszli do łóżka i po tygodniu stwierdzają, że bez tej drugiej osoby żyć nie mogą, całe życie są gotowi skreślić, byle tylko móc być razem...

wtorek, 5 marca 2019

Obietnica poranka, dla syna, dla matki

Nie będę pisał o planach na notki na najbliższe dni, ale chyba sporo będzie książek. Niby czytam zaledwie dwie godziny dziennie, ale jakoś mam wrażenie, że szybciej "wchodzą" mi ostatnio różne rzeczy. Dobrze trafiam?

A dziś o filmie. Zupełnym przypadkiem zobaczyłem w tv zwiastun i zaciekawiła mnie ta historia. Romain Gary jest mi jako pisarz nieznany, choć ma na swoim koncie sporo nagród (może kiedyś będzie trzeba coś nadrobić?), ale moją ciekawość wzbudziło jego pochodzenie. Choć karierę robił we Francji i całe życie starał się zasłużyć na miano jej honorowego obywatela, wychował się na terenie Polski, a naprawdę nazywał się Romain Kacew.
Film nie jest jednak łzawą historią o tym jak to trzeba było uciekać z Polski, a nowa ojczyzna przyjęła go z otwartymi ramionami, nie ma w nim nawet zbyt wiele na temat tego, że z powodu pochodzenia bohater miał jakoś bardzo pod górkę w życiu. To opowieść o silnej relacji z matką, tak bliskiej, że aż zniewalającej, na granicy obsesji. Miłość, która kontroluje, która chce ogarnąć wszystko jest ciekawym tematem i choćby dlatego film, choć może nie porywający, jest wart obejrzenia.

Królestwo - Szczepan Twardoch, czyli ku przestrodze

Przeglądam notki i trochę łapię się za głowę - co to by była za tragedia jakby blogspot coś mi skasował. 2986 opublikowanych wpisów, 100 szkiców... I to nie tylko moich, bo w różnych okresach pojawiają się całkiem licznie wpisy gościnne. Tak jak choćby dziś. Nie każdy daje się namówić na założenie własnego bloga (skutecznie udało się to dwa razy i to na tyle skutecznie, że są bardziej znani i lepsi :)... Jak tu by wszystko zachować?

*****


Nie lubię książek o wojennych czasach, bo za mocno je przeżywam. Ale jak oprzeć się Twardochowi, który swoją prozą, od pierwszego zdania, potrafi zaczarować czytelnika? I jak jest się ciekawym dalszego losu tytułowego „Króla” z poprzedniej jego powieści? A Twardoch ma w sobie moc przekazywania prawdy w sposób szczery aż do bólu, co uważam za ogromny atut. Kontynuacja „Króla” w kolejnej powieści „Królestwo” to mocne, wstrząsające rozliczenie stosunków polsko-żydowskich w czasie II wojny światowej. To obalanie mitów, że Polak to ten dobry, a Żyd – ten zły. Tu człowiekiem może być Niemiec, a zdrajcą ten, z którym piłeś wódkę. Autor chłoszcze wszystkich równo, bez względu na wyznanie, przekonania polityczne, narodowość. I jest w tym ogromna autentyczność, która obala mity, że wojna to tylko „wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani…”, że to czas zdrad, królestwo najniższych instynktów, stępienia wrażliwości, czas zezwierzęcenia ludzi. Czas niepewności, czas zdania się na własne siły, bo brakuje przyjaciół – są jedynie jednostki ludzkie, które można wykorzystać do swoich celów lub takie, które zagrażają naszemu życiu. I od naszej lub ich subiektywnej oceny zależy życie.

poniedziałek, 4 marca 2019

Halo Szpicbródka, czyli musical jak się patrzy

Dziś recenzja podwójna, bo choć zwykle z M. piszemy dialogi, tym razem stwierdziliśmy, że damy dwa głosy - różne pokolenia, pamiętające m.in. film, mogą na ten spektakl patrzeć pewnie inaczej. Wyszliśmy z teatru przede wszystkim rozmawiając o muzyce, piosenkach, a jak zatem oceniamy całość?

Na pewno nie jest to odtworzenie tego co pamiętamy z ekranu - scena Teatru Syrena nie daje możliwości takiego rozmachu, ale reżyser Wojciech Kościelniak to co mogłoby postrzegane być jako słabość przekuwa na atut. Wykorzystanie projekcji, ciekawych pomysłów na odgrywanie pewnych scen (np. bójek) w spowolnieniu, dodanie akcentów i postaci komediowych, dobrze wplecione w akcję piosenki - to wszystko sprawia, że jakoś nie przejmujemy się brakiem pompy i rewii jaką pamiętamy z kina. Zresztą co ciekawe nawiązań filmowych jest tu cała masa, ale nie tyle do oryginału z lat 70, ale do kina jakie można było oglądać w przedwojennej Warszawie. W ten sposób "Halo Szpicbródka" nabiera fajnego klimatu, czegoś w dawnym stylu, pewnej elegancji. Jakże niewiele dziś jest takich spektakli, bo przecież zwykle stawia się na elementy współczesne, bardziej dosadny humor... Tymczasem tak niewiele trzeba, aby się dobrze bawić, doceniając właśnie to odmienne podejście.

niedziela, 3 marca 2019

Największy dar, czyli szukając uzdrowienia


Dziś o filmie wyjątkowym. Nie dlatego, że religijna tematyka rzadko kiedy pojawia się na ekranach, bo też ten film trudno nazwać wprost religijnym. Jest świadectwem. Ale nie wszyscy bohaterowie mówią wprost o Bogu, choć dla wielu z nich doświadczenie, o którym opowiadają ma wymiar duchowy, jest łaską i darem. W końcu w świecie, który stawia raczej na inne wartości, zachęca do skupiania się na sobie, wybaczanie jest passe, postrzegane jest jako słabość, głupota... Mądry dziś jest raczej ten, który wciąż pamięta o krzywdzie, dopomina się zadośćuczynienia, pielęgnuje w sobie pamięć o byciu ofiarą, bo dzięki temu świat wciąż się nad nim pochyla, stara mu się wynagrodzić, jest po jego stronie. No i znów można powiedzieć, że w świetle Ewangelii wszystko to o czym opowiada ten film ma sens: stań się głupim dla świata, po to by odkryć prawdziwą mądrość. Tkwiąc w swoim bólu, nie potrafiąc wybaczyć, sami siebie ranimy, nie potrafiąc przebaczyć, tkwimy w ciemności jakie sobie stworzyliśmy. Choć psychologia może twierdzić, że przebaczenie nie jest niezbędne dla prawidłowej terapii, ci którzy przeszli ten etap, mogą potwierdzić jaki ciężar zostaje wtedy zdjęty im z serca. Przebaczenie daje radość i pokój w sercu, przynosi owoce jakich byśmy się nie spodziewali.
I o tym jest właśnie ten film. Nietypowy...

sobota, 2 marca 2019

A co wyście myślały? Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi - Agnieszka Pajączkowska, Aleksandra Zbroja, czyli zatrzymajmy się na chwilę

Wydawnictwo Poznańskie szaleje z reportażami - geograficznie (polscy autorzy piszący np. o mniej znanych zakątkach świata, ale i autorzy zagraniczni piszący o wydarzeniach aktualnych) i socjologicznie wkraczając w jakieś nowe tematy, (stawiając nie tylko na nazwiska już uznane, ale i debiuty), przypominając historię, dotykając rzeczy zarówno bliskich, jak i odległych.
"A co wyście myślały" nie niesie dla mnie ze sobą wielkich zaskoczeń, mimo wszystko jest lekturą całkiem ciekawą. Dla kogoś kto przez długie lata wakacje spędzał na wsi jak ja, miał z nią kontakt i ma porównanie jak zmienił się poziom życia, to raczej pewne stereotypy o zacofaniu będą dziwić, a nie ich obalanie.
Autorki to młode kobiety i choć nie narzucają nam swoich przekonań, rozmowy jednak pokazują pewien kierunek, który ewidentnie pojawiał się w ich rozmowach (pytaniach?). To nie jest tylko: jak Wam się tu żyje, ale bardzo wiele pytań dotyczy spraw moralnych, praw kobiet, tego na ile mogą być niezależne od mężczyzn, postrzegania mniejszości seksualnych, czy zmniejszającej się roli Kościoła. W tak krótkich rozmowach jakie są cytowane widać, że materiał był trochę selekcjonowany.

piątek, 1 marca 2019

Upadłe anioły, czyli jak sie bawić to z najlepszymi



Lubię sztuki, które mózg zakręcą, zwoje wyprostują, psyche wytrzepią, ale dla równowagi od czasu do czasu trzeba pobiec na jakąś komedię. Już wiem kto reżyseruje tak, że śmieję się serdecznie, ale i z tyłu głowy myśl jakaś zakiełkuje, coś się obnaży, wyjdzie przysłowiowe „szydło z worka”. Bo komedia musi bawić, ale dobrze zrobiona zawsze pozostawi nas z pytaniem: A jakie ty masz sekrety? A może myślisz podobnie? A może wcale nie jesteś taki na jakiego chcesz wyglądać, itp. Itd. Mówię oczywiście o Krystynie Jandzie i jej reżyserii. Nie dość, że sama aktorką jest nieprzeciętną, to sztuki w jej reżyserii są po prostu cudne.

Kafarnaum, czyli po co się urodziłem

Marzec zacznijmy kolejną świeżą produkcją filmową.

Dziwne, że ten film nie zgarnął Oscara, bo jak żaden z tegorocznych porusza serce tak, że trudno pozostać wobec niego obojętnym. A może właśnie dlatego nie wszędzie jest doceniany, że podejrzewa się reżyserkę o próbę manipulowania emocjonalnego? Wszak opowiada zmyśloną historię, gra na naszych uczuciach, trudno nam uwierzyć w dziecko, które oskarża własnych rodziców o to, że nie powinno się urodzić, żąda odebrania im praw do posiadania jakichkolwiek dzieci. Czy świadomość, tego że to fabuła, a nie reportaż zmienia cokolwiek? Przecież  Nadine Labaki nie udaje, że to historia biograficzna, zebrała jednak aktorów, z których prawie każdy ma podobne rzeczy do opowiedzenia, uchodźców, imigrantów, ludzi bez domu, pracy, przyszłości. Ten film jest wołaniem o to, byśmy jako świat pamiętali, że w każdym z tych konfliktów, kłótni o to czy kogoś wpuszczać, czy trzymać w obozach, odsyłać czy dawać szansę, są również dzieci. Niewinne temu jaki los ich spotyka, bezradne wobec tego co dotknęło ich rodziny, nie mające wpływu na to co przed nimi. I co z tym zrobimy?

środa, 27 lutego 2019

Przemytnicy książek z Timbuktu - Charlie English, czyli nie można tego tak zostawić

Pasjonująca, z pewną domieszką sensacji i przygody historia ludzi, którzy ratowali dorobek afrykańskiej cywilizacji przed dżihadystami została już opowiedziana we wcześniej wydanych tytułach, Charlie English jednak wykorzystuje ją, by opowiedzieć nam więcej o samych manuskryptach, które stały w centrum tego zamieszania. To nie tylko próba odtworzenia wydarzeń sprzed kilku lat, pokazanie bohaterstwa tych ludzi, którzy uparli się, że nie pozostawią na pastwę losu skarbów mających setki lat, ale również niezła lekcja na temat historii Afryki. Czarny ląd przez długi czas był dla Europejczyków obszarem kompletnie nieznanym, tajemniczym, budziła masę wyobrażeń, a każda, nawet skromna relacja, jeszcze bardziej rozbudzała wyobraźnię. Rządom chodziło głównie o strefy wpływów, o możliwość handlu i eksploatacji, ale nie brakowało też zapaleńców, dla których liczyła się przede wszystkim wiedza, nowe odkrycia, fascynacja nowymi kulturami. Głos tych, którzy nie tylko zbierali dane, obserwacje, ale i z szacunkiem odnosili się do ludów z jakimi się spotykali, często współcześnie ginął wśród opinii, że chodzi głównie o udowodnienie wyższości Europejczyków i zaspokojenie naszej ciekawości. To jednak właśnie dzięki pierwszym wysłannikom wgłąb Afryki, doceniając ich wkład w pokazanie bogactwa kulturowego tego świata, dziś możemy ze spokojem powiedzieć, że wiele z potocznych przekonań na temat tego kontynentu można włożyć między bajki. Nie da się bowiem zaprzeczyć np. temu, że w pierwszych relacjach można znaleźć już np. informacje o szkołach, uniwersytetach, bibliotekach, tekstach historycznych sięgających w daleką przeszłość, poezji i fascynującej kulturze. "Dzikusi" zadziwiali białych... Może i nie udało się potwierdzić wszystkich mitycznych legend o wielkich skarbach jakie miały znajdować się np. w Timbuktu, ale odkryto bogactwo innego rodzaju.

wtorek, 26 lutego 2019

Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza - Dominik Szczepański, czyli szukając swojego miejsca


To historia z tych trudnych do uwierzenia i może dlatego tak fascynujących. Wyjście z narkotyków nie jest przecież łatwe, ale gdy ktoś potem porywa się na zadania dostępne jedynie dla nielicznych i odnosi na tym polu sukcesy, to już wyczyn nie lada. Zwłaszcza, że w pogoni za marzeniami bohater nie miał wcale z górki, często był zdany jedynie na siebie, nie dysponował takimi możliwościami jak inne wyprawy na ośmiotysięczniki.

Historia Tomka Mackiewicza spisana przez Dominika Szczepańskiego to opowieść o pragnieniu wolności, braku skrępowania regułami, tęsknocie i uporze w podążaniu do celu. Wiemy, że tu nie ma happy endu, ale mimo wszystko odczuwamy jakiś szacunek dla tego człowieka, który wybrał taką, a nie inną drogę. Stanął na szczycie Nanga Parbat (8125 m n.p.m.) jak jeden z pierwszych zimą, zrealizował swoje marzenie, choć przypłacił to życiem. Lubimy zwycięzców i szczęśliwe zakończenia. Życiorys Tomka to nieustanna walka, z samym sobą, z przeciwnościami, z brakiem finansów, nie raz udowadniał, że nie istnieją dla niego rzeczy nierealne, zadziwiał swoim hartem ducha i wytrzymałością. Zwycięstw tu pewnie tyle samo co porażek, za to nieustanne wstawanie do kolejnych prób, trudno odmówić mu podziwu. Może również dlatego, że w całym tym szaleństwie, uporze, ryzykowaniu życia, wciąż nie zatracił serca, ogromnej życzliwości i otwartości na innych ludzi, szczególnie tych w potrzebie.

poniedziałek, 25 lutego 2019

Jakbyś kamień jadła, czyli człowiek człowiekowi zgotował ten los

Są książki, których nie lubię czytać. Boję się ich zawartości. „Jakbyś kamień jadła” Wojciecha Tochmana jest książką z tej kategorii. Kilkadziesiąt stron, książka-reportaż o konsekwencjach wojny domowej w byłej Jugosławii (1992-1995), obraz okrucieństwa jakie ona niesie, przestroga dla tych, którzy bezmyślnie dążą za ideologią „czystej nacji”, szukania winnego w człowieku innego koloru skóry, innej religii, w jakikolwiek sposób innego niż my sami. Książka przerażająca. Powinna być lekturą obowiązkową dla polityków (szczególnie obecnych, dzielących naród na różne sorty), dla zwolenników tych organizacji, które mając na ustach: „Bóg, honor, ojczyzna” tratują kobiety stające na drodze ich przemarszu, obrażają ludzi innej orientacji seksualnej czy religii i tych, którzy jawnie temu przyklaskują, gloryfikują, podjudzają. Teraz odbywa się to jeszcze częściej w słowach, przepychankach, ale za chwilę…?

niedziela, 24 lutego 2019

Moja Nina, czyli rozkołysane biodra

Najpierw przypominam o spektaklu Tato nie wraca, do którego dopisuję kilka swoich zdań, a potem łapcie notkę o muzodramie "Moja Nina" z piosenkami Niny Simone w wykonaniu Moniki Mariotti. A więc dwa razy teatr WARSawy.


MaGa: Urokliwy wieczór. Lubię takie spektakle. Podane lekko, sugestywnie i mądrze. Nie jestem typem muzycznego fana. Muzyka jest dla mnie dodatkiem do życia. Nie znam się na niej, ale lubię jak mi towarzyszy. Mam swoje ulubione utwory, jak każdy, ale już o wykonawcach wiem niewiele.

R.: Nina Simone, choć w ubiegłym roku znowu było o niej głośno, jej nazwisko wprowadzono do Rock and Roll Hall of Fame, nie jest dziś tak bardzo znana jak kilkadziesiąt lat temu. Jej piosenki i charakterystyczny głos pojawiają się wciąż w różnych filmach na ścieżkach dźwiękowych, ale raczej trudno znaleźć jej nagrania np. w stacjach radiowych. Co by nie mówić, jednak gdy komuś kto ma trochę więcej lat na koncie, puścisz niektóre numery, bez trudu je rozpozna. Nina Simone kojarzona jest z jazzem, ale śpiewała przecież również mieszankę soulu, bluesa, a z wykształcenia była... pianistką. Chciała grać muzykę klasyczną, a potem jej droga wiodła przez podrzędne knajpy i bary, gdzie grała zupełnie inną muzykę i zaczęła śpiewać...

Faworyta, czyli ile kosztuje władza

Dziś w nocy rozdanie Oscarów, pora więc na zabawę w typowanie. Parę rzeczy niestety jeszcze przede mną (np. Kafarnaum dopiero jutro), ale większość widziałem, o paru rzeczach już wspominałem (np. o tym jakim skandalem dla mnie jest nominacja dla Czarnej Pantery albo podwójna nominacja dla Romy).
Co do najlepszego filmu to mam nadzieję, że jednak wygrają walory artystyczne i wygra... Faworyta.
W sumie nagroda dla najlepszej aktorki też powinna trafić do tego filmu, czyli Colman. A może i za drugi plan, tylko dla kogo skoro obie świetne.
Reżyseria? Cholera, trzymam kciuki za Pawlikowskiego, ale pewnie dostanie Cuarón. Aktor - Mortensen dla mnie wygrywa z Malkiem. Scenariusz: Green Book. Nieanglojęzyczny, choć lubię Zimną wojnę, wszystko wskazuje na Kafarnaum. Ale może chociaż za zdjęcia nasza produkcja coś dostanie. Faworyta będzie triumfować, bo powinna również za scenografię, kostiumy... A jak będzie, zobaczymy.
A co mogę napisać o filmie Lanthimosa? Dawno nie widziałem nic tak dobrego, zaskakującego. O ile dotąd jego filmy raczej mnie zaskakiwały w nieprzyjemny sposób, to ten jest wyborny. Aktorsko, scenariuszowo, w ocenie całości i w detalach.

sobota, 23 lutego 2019

Dziewczyna we mgle, czyli co się stało z Anną Lou?

Zdecydowanie za rzadko sięga się u nas po kryminały, by je potem ekranizować. Cholercia, nawet Włosi pokazują, że warto to robić. Trochę zmylił mnie na ekranie Jean Reno i początkowo myślałem, że to film francuski, ale nie - choć to północne Włochy, nie ma słońca, plaż, czy nawet Rzymu, ale niewielka, górska społeczność, ale to jednak Italia. Nie znam książek Donato Carrisi, być może trzeba się będzie rozejrzeć, bo punkt wyjściowy tej historii, jest naprawdę ciekawy.

piątek, 22 lutego 2019

Dom jętki - James Hazel, czyli zabawa w Boga

W tv drugi, zaskakujący sezon Mr. Mercedes i Dziewczyna we mgle, jak widać więc cały czas siedzę w klimatach kryminalnych. No co ja na to poradzę, że lubię.
Zarówno filmowo, jak i literacko.

Tym razem  podrzucam Wam tytuł od Wydawnictwa Filia, niby debiut, ale naprawdę niezły i zdaje się otwiera się tym samym jakiś cykl z tym bohaterem - byłym detektywem, obecnie prawnikiem, który ma dość specyficzne podejście do prowadzonych przez siebie spraw. Zresztą, powiedzmy otwarcie, życie też ma mało przystające do schematów. Cóż, mając brata, który jest seryjnym mordercą, samemu mając duże problemy z psychiką, jakieś jazdy z rozdwojeniem jaźni, trudno wpasować się w tłum, prawda?
James Hazel snuje kryminalną intrygę współczesną, a jednocześnie odkrywa przed nami ciekawy wątek z historii, czyli fakt iż alianci po drugiej wojnie światowej wcale nie zawsze spieszyli się z karaniem np. hitlerowskich lekarzy zwyrodnialców, eksperymentujących na ludziach, ale chętnie zbierali ich doświadczenia... Nie wiadomo nigdy co się kiedy przyda, prawda?

Kroniki portowe, czyli zacząć od początku

Coraz częściej łapię się na tym, że powieści Annie Proulx, które gdzie tam wpadały mi w ręce, a ja je wypuszczałem albo odkładałem na później, teraz bardzo chciałbym mieć szybko pod ręką. Skoro ekranizacje tak dobrze wypadają, mają tak dużo klimatu i ciekawych portretów psychologicznych, to książki muszą być jeszcze lepsze, prawda?
Kroniki portowe potwierdzają mi tą regułę. W dodatku ta obsada! W drugim planie Pete Postlethwaite, Cate Blanchett, Julianne Moore, a na pierwszym świetny Kevin Spacey i jak zwykle nie do przebicia Judi Dench. Warto przejść przez pierwsze minuty filmu, choć bohater może strasznie nas wkurzać swoim rozmemłaniem i nieporadnością. Jest tak mało zaradny, że można mu wmówić prawie wszystko... Jak kocha to bezwarunkowo. A śmierć żony jeszcze bardziej sprawia, że traci radość i sens życia. Może dlatego tak łatwo poddaje się absurdalnej przecież propozycji, by przeprowadzić się na północ, do Nowej Fundlandii, tylko dlatego, że ciągnie go tam ciotka.

czwartek, 21 lutego 2019

Wzgórze psów - Jakub Żulczyk, czyli wciąga jak czarna dziura

No ładnie, u mnie ta książka przeleżała masę czasu na stosie, niedawno zacząłem ją czytać w e-wersji, bo to jednak spora cegła do noszenia, a tymczasem zachęciłem do lektury M. i nie dość, że łyknęła, że jest zachwycona, to mówi, że musi coś napisać "bo ją rozsadzi". Pozostanie mi więc za jakiś czas coś do tego dopisać od siebie. Łapcie.

Lubię Żulczyka, lubię jego sposób prowadzenia narracji, swoisty rytm jego prozy, lubię soczystość wypowiedzi i pełnokrwistych bohaterów (choć zazwyczaj mają w sobie mrok i nie są grzecznymi ludźmi).
„Wzgórze psów” mnie nie zawiodło, choć wiele opinii będzie negowało moją. Wręcz przeciwnie im bliżej końca tym bardziej było mi żal, że już za trochę rozstanę się z tą powieścią. Ta książka będzie budzić różne emocje, będzie budzić kontrowersje. Jednych zachwyci, innych oburzy, ale chyba nikogo nie pozostawi obojętnym. Książka reklamowana jako thriller dla mnie jest raczej powieścią obyczajową z wątkiem kryminalnym w tle.

wtorek, 19 lutego 2019

Coś za mną chodzi, czyli jeżeli przegapiliście...


Kilka dni temu pisałem o horrorach kręcąc nosem, to teraz dla odmiany coś co mam wrażenie trochę wniosło świeżości do gatunku. Produkcja Davida Roberta Mitchella pokazuje, że niewielkim kosztem można zrobić coś klimatycznego, co budzi autentyczny niepokój. Zamiast dosłowności, raczej tajemnica. Niby cytowanie klasyków i czerpanie z tego co zrobiono wcześniej, ale robienie tego na własny sposób. Ten film zaskakuje i choć nie brakuje w nim idiotyzmów, jakie znamy z innych horrorów (jak się pozbyć zagrożenia...), zapamiętujemy raczej te sceny gdy czekamy na nadchodzące zagrożenie, a nie te gdy musimy się zmierzyć. Czym ono jest? Ano to jest właśnie najzabawniejsze, że nikt tego do końca nie wie. Klątwa, którą przekazujesz kolejnej osobie polega na tym, że coś za tobą chodzi. To coś budzi lęk, nie da się przed tym uciec, może uczynić krzywdę, a jedyny sposób na to, by spokojnie móc funkcjonować to...

poniedziałek, 18 lutego 2019

Taksówka, czyli polska Wigilia


Niczego się nie spodziewałam idąc po raz pierwszy do teatru SOHO. Ot, zwykła ciekawość i „poczta pantoflowa” donosząca o tym spektaklu. Scena schowana w zakamarkach starej Pragi, przytulona do znanej restauracji i bardzo kameralna.

Kiedy zajęliśmy miejsca na widowni pierwsze co pomyślałam to: o kurczę, świetny pomysł scenograficzny – szkielet taksówki wsparty na resorach, cztery fotele samochodowe, a na ekranie wyświetlane miejsca i trasy jakimi porusza się taksówka. Z boku niby studio radiowe ze spikerem prowadzącym audycję muzyczno-informacyjną w ten jedyny dzień w roku, kiedy to ludzie życzą każdemu dobrze, są szczęśliwi ze spotkań z bliskimi, śpieszą do nich z darami, czyli polska (a ściślej, warszawska) Wigilia Bożego Narodzenia.

niedziela, 17 lutego 2019

Cezik - Ambiwalnięty, czyli już nie tylko w Internecie

Dziś kolejna nasza akcja wymiany książek w Piastowie, ale notka nie książkowa, tylko muzyczna :)
Kto kojarzy Cezika? Tak, tego faceta, który podbijał internet swoimi przeróbkami muzycznymi. Oto jest płyta! Facet powraca, ale już trochę jakby dojrzalszy - mąż, ojciec, pochłonięty obowiązkami. To nie znaczy jednak, że stracił poczucie humoru i pazur do tego, by opisywać rzeczywistość, nadal to robi i choć jest w tym sporo refleksyjności, szczerości, to i nie brak dużej dawki ironii (i autoironii). Na pewno jest dojrzalszy muzycznie - wspiera go profesjonalny zespół muzyków i dużo tu fajnego jazzowego bujania. Łączy więc swoje teksty, śpiewane czasem trochę w stylu wygłupu, z muzyką która być może mogłaby stanowić tło dla dużo poważniejszych projektów. Ale powiedzcie sami słuchając jego miłosnego wyznania "W miarę", czy nie ma w sobie uroku?

sobota, 16 lutego 2019

Noc horrorów, czyli Zakon św. Agaty i Prodigy - Opętany



Nocny maraton filmowy z horrorami dla naszej paczki to ostatnio raczej okazja do wygłupów i integracji niż do przeżywania strachu, ale jakoś lubimy te wypady i wciąż mamy nadzieję, że trafimy kiedyś na naprawdę dobry horror.
Tym razem niestety po raz kolejny wychodziliśmy rozgoryczeni. Nie wiem czy to jest kwestia tego, że niewiele jest dobrych horrorów, czy też takie oni wybierają do maratonów. Zakon św. Agaty funduje nam trochę przemocy, psychologicznie też jest ciekawy, natomiast jego przewidywalność odbiera całą przyjemność. Prodigy podobał nam się bardziej, ale chyba tylko dlatego, że miał kilka całkiem sensownych scen do podskoczenia, niby ogranych lecz i tak satysfakcjonujących.

Spisek scenarzystów - Wojciech Nerkowski, czyli widz by tego nie kupił


Po maratonie nocnym z horrorami długo pewnie będę dochodził do siebie, bo odespać za bardzo nie ma jak. A jutro jeszcze wymianka książkowa... Coś za szybko te weekendy mijają.
Zajmijmy się jednak na szybko zaległościami książkowymi - kolejny autor, z którym się zapoznałem w roku ubiegłym i powoli nadrabiam zaległości (właśnie ukazuje się trzecia część serii). Zacząłem od drugiej, to czas na pierwszą.
Mam wrażenie, że trochę inną, mniej tu humoru (choćby podrywy Kuby jego gejowski radar), mniej wewnętrznych dylematów Sylwii, za to trochę więcej sekretów świata producenckiego. Oboje bohaterowie są scenarzystami serialu kryminalnego, który niestety nie przyciągnął spodziewanej widowni i powoli gaśnie. Czego jednak nie da się zmienić plotką i sensacją... Gdy z planu filmowego giną dwie osoby, ich produkcja znowu jest na ustach wszystkich i teraz trzeba się napocić nad tym, by to co mieli zamiar kończyć, z powrotem rozpisać na kolejne odcinki.
Jak tu poradzić sobie ze śmiercią aktorki, w dodatku taką, która w realu jako żywo przypomina to co napisali w swoim scenariuszu? Morderca odtwarzając te detale pokazał, że jest blisko planu, ma dostęp do sekretów nie znanych widzom, teoretycznie grono podejrzanych jest dość wąskie. Policja jednak nie chce słuchać Leśniewskich, a oni mają aż za wiele tropów: w tym środowisku ciężko wskazać kogoś kto byłby lubiany przez wszystkich i nikt nie miałby wobec niego jakichś urazów, czy pretensji, które mogłyby służyć jako motyw do morderstwa.

piątek, 15 lutego 2019

Chyłka. Zaginięcie, czyli powietrze zeszło...


Wczoraj zwiedzanie Muzeum Polskiej Wódki i rajd po Pradze, a dziś noc z horrorami, więc z notkami trzeba się spieszyć. Na początek bohaterka, która z piciem mocno się kojarzy. Nawet trochę narzekałem przy pisaniu o kolejnych tomach na ten temat. W tym roku może nadrobię zaległości z Chyłką, ale póki co - serial. Dość odważna decyzja, by wypuścić go jedynie w serwisie VOD, pewnie w telewizji za jakiś czas i tak się pojawi, jednak jak na premierę to chyba średni pomysł. A może po prostu obawiano się reakcji? Niestety bowiem mocno wali po oczach znany nam z tvn sposób robienia filmów - dużo istotniejsze od dobrych dialogów i dopracowania scenariusza są ładne widoczki z drona, jakieś ładne plenerki i dłuuugie zbliżenia np. na znaczek samochodu, który w ramach umowy podrzucił na plan producent. Product placement powinien być w kryminałach zakazany, a przynajmniej nie powinno się tego robić tak nachalnie. Kto czytał książkę, ten raczej będzie rozczarowany. I nie chodzi o zmiany w kolejności spraw (Zaginięcie było drugą).

środa, 13 lutego 2019

Kod Kathariny - Jørn Lier Horst, czyli coś nie daje spokoju


Jedenaście już razy towarzyszyłem Williamowi Wistingowi w jego śledztwach, nic więc dziwnego, że przy kolejnym tomie trafił on błyskawicznie na moją e-półkę i mimo stosów do czytania, natychmiast się za niego zabrałem. Jego powieści łyka się błyskawicznie, choć przecież nie ma w nich jakiejś szybkiej akcji, chodzi raczej o umiejętność wciągnięcia czytelnika w śledztwo. Gdy się to uda, nawet fakt iż my już domyślamy się rozwiązania, nie psuje przyjemności, dalej towarzyszymy śledczym, trzymając za nich kciuki. 
Horst pokazuje dochodzenie jako proces dość mozolny, w którym sporo jest zbierania danych, a potem ślęczenia nad nimi godzinami, by wyłuskać z nich to jakiś drobiazg, który pozwoli na złapanie jakiegoś tropu.

wtorek, 12 lutego 2019

Hollywood, czyli zło które fascynuje





MaGa: Wielowątkowa, trochę surrealistyczna opowieść o  odwiecznej syntezie dobra i zła w człowieku, o tworzeniu współczesnych herosów, o kondycji współczesnego świata. I trudna do interpretacji, bo każdy widz może rozłożyć sobie akcenty w dowolny sposób.

R: Zgadzam się. Dla kogoś ważniejsza może się tu okazać krytyka popkulturowego chłamu, którym karmi się teraz już prawie cały świat, pełnego przemocy, erotyki i choć nie niosącego ze sobą wiele treści, kreującego mody i gusta. Kto szybciej, więcej, ostrzej, bardziej widowiskowo. Ale te przytyki do samego Hollywood nie powinny nam przysłonić rzeczy dużo bardziej uniwersalnych, które skrywają historie poszczególnych postaci. Oni są częścią fabryki snów, a również pokazują w nich widzimy odbicie problemów wielu pokoleń wierzących w jakiś wyimaginowany szczyt, na który muszą się wdrapać.
W dodatku przewrotnie jeszcze reżyser gra z nami samą akcją, mieszając fikcję z realnością i w którymś momencie zadajemy sobie pytania o to ile prawdy było w scenariuszu filmu, którego kręcenia jesteśmy świadkami.

MaGa: I nie wiemy tak do końca, czy to bohater filmowy czy rzeczywisty. Od czasów plemiennych po czasy współczesne społeczności opowiadają sobie historie o istotach ponadprzeciętnych. Kiedyś nazywano je bóstwami, obecnie herosami. I niemal zawsze znalazł się ktoś, kto chciał się zmierzyć z mitem, doświadczyć bycia bóstwem. Ale żeby dotrzeć na szczyt rzadko trafia się tam czyniąc dobro i doświadczając go. A w czasach współczesnych prędzej herosem zostaje bohater filmowy niż  np. mądry naukowiec.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Green Book, czyli wykorzystać szansę

Green Book już w kinach i zewsząd słychać zachwyty. Rzadko kiedy zdarza się taka zgodność widzów i krytyków. W tym przypadku udało się połączyć ciekawą historię, ważny temat, ze świetną grą aktorską i szczyptą humoru, a w efekcie dostajemy film, który może się podobać. Nad trudniejszymi kwestiami się prześlizguje (np. homoseksualizm), z innymi rozprawia się zdecydowanie (rasistowskie poglądy muszą być pokazane jednoznacznie), a bijące z niego ciepło i dawka optymizmu (przyjaźń pokonuje wszelkie bariery) sprawiają, że mimo iż nie jest to typowa komedia, wychodzimy z kina uśmiechnięci i życzliwie nastawieni do świata.
Jeżeli pamiętacie "Nietykalnych" to schemat jest podobny - przypadkowe spotkanie, różne światy i charaktery, z czasem jednak obaj bohaterowie otwierają się na siebie, zaczynają się zmieniać.

Bolidy, czyli kupuj, ścigaj się i obstawiaj

Wczoraj nasz lokalny klub planszówkowy świętował drugie urodziny, z tej okazji zrobiliśmy maraton ponad 8 godzin grania i choć dziś padałem na noc, już myślę o tym kiedy powtórzyć takie dłuższe spotkanie. Nie kameralne, gdzie skład jest ten sam i zwykle siadamy do 2, maks do 3 gier, ale właśnie takie gdzie wybieramy sponad 120 gier, składy ustalane są ad hoc, poznajemy nowych ludzi. Wczoraj wpadło ponad 80 osób! Głośno, ale za to jaka atmosfera!
Jedną z gierek, która mnie zauroczyła (i nie tylko dlatego, że wygrałem dwa razy) są Bolidy od firmy 2 Pionki. Już sam wygląda bardzo mi przypasował - te plastikowe wyścigówki, prosta plansza, zero jakichś wypasionych kart i dodatków... Przecież to jak żywo przypomina gry z lat 80, gdy siadały do nich (np. na wczasach całe rodziny). Nieskomplikowane, a dające frajdę. Nie wiem czy po jakimś czasie bym się nie znudził, ale szybkie tłumaczenie zasad i rozgrywka (powiedzmy maks. 30 minut) to szansa na to, że mogłaby lądować niejeden raz na stole.

niedziela, 10 lutego 2019

Scenariusz dla nieistniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego Bogusława Schaeffera w wykonaniu Jana Peszka, czyli Scena Mistrzów


Na scenie Akademii Teatralnej od czasu do czasu można obejrzeć rzeczy już dziś prawie nie do obejrzenia. Scena Mistrzów to okazja by dotknąć dzieł kultowych, zobaczyć aktorów, którzy dziś częściej wykładają niż sami systematycznie występują. Jak choćby Jan Peszek. Grany przez niego "Scenariusz" ma już ponad 40 lat... Czy wciąż zachwyca? Poczytajcie recenzję M. A ja za miesiąc wybieram się tam na "Belfra". Podobno są jeszcze bilety. Spotkamy się?

„Scenariusz dla nieistniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego” Bogusława Schaeffera w wykonaniu Jana Peszka.


Na scenę wchodzi Jan Peszek i zaczyna się dziać. Prowadzi niby wykład na temat socjologicznych problemów nowej muzyki - a jednocześnie tworzy na scenie wydarzenie artystyczne, mające swoją dramaturgię, logiczną (momentami filozoficzną) narrację, łączy akcję z przedmiotami (specjalnie do tego przygotowanymi), wytwarzającymi dźwięki. Wszystkie zgromadzone na scenie przedmioty, niby proste, ale symboliczne, w rękach Mistrza nabierają znaczenia, a on gra na nich jak na instrumentach.

Gdzie jest prezydent, czyli flaga na maszt

A mówiły jaskółki, że nie ma co przejmować się reklamą typu: Książka, o której mówi cały świat. Największa sensacja 2018 roku.
Ciekawość jednak wzięła górę. Może dlatego, że Pattersona czytałem do tej pory chyba jedynie raz i to dawno temu. A tu jeszcze na spółę z byłym prezydentem? Ciekawy byłoby poznać detale takiej współpracy, czyli kto za co odpowiadał. Mogę się jedynie domyślać, że wszystkie idealizujące głównego bohatera (prezydenta USA) kawałki i program wyborczy na koniec, to dzieło Clintona. Może jeszcze struktura różnych ciał doradczych i funkcjonowania w sytuacji zagrożenia? Bo za fabułę odpowiada już na pewno rzemieślnik, który się na tym zna. Nie zabraknie więc strzelaniny, terrorystów, bohaterskich agentów ochrony, mądrego przywódcy, który potrafi stanąć oko w oko z zagrożeniem, napięcia, ofiar i ratowania kraju na ostatnią chwilę przed wielkim zagrożeniem. Nawet dla Wielkiego Brata znajdzie się miejsce. Powiedziałbym, że nic nowego. Kto czytywał w młodości mistrzów sensacji i politycznych thrillerów pewnie powie, że to przeciętniak. No może jedynie zagrożenie wiszące na Stanami jest trochę innego rodzaju. Ale ten pomysł też nie jest nowy - chyba nawet w ubiegłym roku mieliśmy podobne rozwiązanie u któregoś z Europejczyków. 

czwartek, 7 lutego 2019

Wszyscy wiedzą, czyli inne tło, podobne problemy

Premiera kinowa za tydzień, nie ma co więc odkładać pisania o nowym filmie Asghara Farhadiego. Dwukrotny zdobywca Oscara ma swój własny styl, potrafi wyciągnąć bardzo wiele psychologicznej głębi i dramatyzmu nawet z pozornie prostej sytuacji. Tym razem funduje jednak widzom pewne zaskoczenie, może nie samym scenariuszem i sposobem narracji, ale tłem w jakim osadza swoją historię. Znowu interesuje go rodzina, relacje między poszczególnymi członkami, postanowił jednak umieścić swój film w obszarze kultury hiszpańskojęzycznej, w trochę innej mentalności niż to co widzieliśmy dotąd w jego obrazach. Mimo plenerów, zatrudnienia charakterystycznej (i ciekawej) obsady, nie proponuje jednak nic nowego. Ba, nawet powiedziałbym, że "Wszyscy wiedzą" wypadają na tle jego poprzednich dzieł dość blado.

środa, 6 lutego 2019

Kwiat jabłoni - niemożliwe, czyli radosne "dzień dobry"

Niby słucham sporo rzeczy muzycznych nie tylko w radiu, ale i w sieci, a płyt prawie w ostatnich latach nie kupuję, teoretycznie powinienem być na bieżąco. Tylko teoretycznie jednak, bo nowi artyści pojawiają się tak szybko (a wielu przelotnie), że trudno nadążyć za tym co najbardziej "na topie". Ze wstydem więc przyznaję się, że nazwa "Kwiat jabłoni" kojarzyła się raczej z piosenką o jabolu (m.in. śpiewał to Kuba Sienkiewicz), a nie z zespołem. Tym czasem oto jeden z projektów, którego życie w rzeczywistości wirtualnej (kilka milionów odsłon klipu) przekłada się na naszych oczach na chwalony debiut płytowy i zapowiadaną trasę koncertową, która świetnie się sprzedaje.
I niby dla takiego ramola jak ja nie ma w tej muzyce zaskoczenia, to dla pokolenia 20 czy 30 latków, jest to pewnie coś świeżego, tak odmiennego od elektroniki, gitarowego grania, które przeważa na naszym rynku. Rodzeństwo Sienkiewiczów stawia na melodyjność i proste aranżacje - proste ale wcale nie surowe. Jest w tych kawałkach jakaś radość, folkowa lekkość... I choć teksty są momentami poważniejsze, zaśpiewane są nie jakoś depresyjnie, ale bardziej w klimacie dobrych artystów kabaretowych (z czasów gdy jeszcze kabaret nie był tak głupawy). Ostatnio na podobnych rozwiązaniach wygrały popularność Domowe Melodie.

wtorek, 5 lutego 2019

A. B. C., czyli kim pan jest naprawdę Poirot?

Herkules Poirot. Detektyw - legenda. Tyle razy powieści Agathy Christie przenoszone były na ekran, że już całkiem sporo mieliśmy wcieleń aktorskich, czasem lepszych, innym razem słabszych. To postać bardzo charakterystyczna, budząca czasem nawet uśmiech, ale nie wolno przekroczyć tej granicy, za którą zostanie już jedynie śmieszność.
I oto mamy kolejny portret Poirot i to w jakim wykonaniu. John Malkovich dokłada do swojego dorobku kolejną ciekawą rolę. Ale jakże inny to obraz od tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Starszy już pan, o którym już trochę zapomniano, policjanci z nim współpracujący do tej pory odchodzą na emeryturę, nikt nie prosi o pomoc, pozostają wspomnienia, cienie dawnej sławy... i demony przeszłości, o których nie potrafi zapomnieć.
Niezbyt dokładnie pamiętam powieść, ale mam wrażenie, że tym razem BBC mocno poszalało z materiałem wyjściowym. Oczywiście nie żądam, by zawsze podchodzić do wszystkiego na kolanach, ale jakaś spójność z innymi historiami o tym bohaterze by się przydała.