poniedziałek, 20 maja 2019

Vox Lux, czyli zamiast myśleć, mają się bawić

Długo odkładałem pisanie o tym filmie, bo też i seans był sporym rozczarowaniem. Ciekawa rola Natalie Portman, może muzykę zaliczyłbym też na plus, ale całość wydaje się sztucznie napompowanym balonem, w którym próby formułowania jakiejś diagnozy i oskarżeń, wydają się bełkotem szaleńca. Jaki portret współczesnego pokolenia??? Gdybyż jeszcze reżyser był konsekwentny i jakoś próbował wyjaśnić swoje oskarżenie o demoniczne pochodzenie dzisiejszego showbiznesu i popkultury. Poza dość enigmatycznymi obrazkami, które mają nam pokazać proces kuszenia i pokręconymi wypowiedziami bohaterki robiącej z siebie nie wiadomo kogo, tak naprawdę nie pozostaje nic co można by traktować serio. Pozostają więc w głowie dwie rzeczy.

sobota, 18 maja 2019

Cień rycerza - Sebastien de Castell, czyli i święci garnki lepią

Jutro już w Krakowie, mam nadzieję na jakieś fajne wieczorne spacery (bo w ciągu dnia praca), ale i lektury zabieram ze sobą. Czy będzie czas na pisanie notek? Tego nie wiem. W planach sporo, choć podobnie jak w przypadku lektur do czytania, często kolejność jest kwestią nastroju i czasem nawet przypadku.
Dziś o młodzieżówce. Ale takiej, którą sam przeczytałem z przyjemnością. Na rynku jest już tom trzeci, a ja dopiero połknąłem z opóźnieniem drugi. Nie dlatego że czyta się ciężko, ale po prostu wciąż coś innego kusiło i przez wiele miesięcy nie czytałem nic z fantasy ani z S-F. Może teraz to zmienię, bo de Castell dobrze smakował, a z kryminałami mam chyba przesyt (choć czytam kolejny).
O tomie pierwszym pisałem tu: http://notatnikkulturalny.blogspot.com/2017/05/ostrze-zdrajcy-sebastien-de-castell.html
Można by to opowiadać jak bajkę: było sobie królestwo, z mądrym władcą, który by wprowadzić ład i sprawiedliwość powołał swoich trybunów: Wielkie Płaszcze, by jeździli po kraju, przypominali prawa, wydawali wyroki, zawsze dbając o równowagę między możnymi i poddanymi. Tyle że książęta się zbuntowali, króla zabili, a kraj pogrążył się chaosie. Wojny, wojenki, ucisk ludzi i przemoc, a w dodatku wszyscy ci którzy mieli coś na sumieniu za wszelką cenę tępili tych, którzy mogli przypominać o przeszłości i prawach jakie obowiązywały. Płaszcze stały się obiektem polowania dla wszystkich.

piątek, 17 maja 2019

Niespodzianka, czyli czy pomoże mi pan w kłopocie

Teatr Kamienica świętował wiosną tego roku 10 lat swojego istnienia. A wydawało się, że to dużo więcej, tak dobrze już wrósł w kulturalną tkankę miasta i tak wiele ma się z nim dobrych wspomnień. Nie zawsze mi po drodze ze wszystkimi premierami, które pojawiają się na ich scenach, ale rozumiem próby dotarcia do bardzo różnej widowni. Jeżeli ktoś kocha komedie i farsy, szuka znanych twarzy na scenie, to czemu mu tego nie dać.
Na "Niespodziance" publika się bawi, a ja jakoś nie bardzo, więc może to ze mną jest jakiś problem? No ale niestety nic nie poradzę, nie mogę napisać że śmieszy, skoro mnie jakoś nie śmieszy. Jest sympatycznie, ale mam wrażenie że ze słabym tekstem aktorzy nie do końca sobie radzą, stąd tyle wyginania się, dziwnych póz, podskoków, przerysowanych gestów. Jeżeli nie odczuwam realizmu, a raczej sztuczność w bohaterach, mój nastrój natychmiast się psuje. I tak naprawdę nie wiem czy można z tym coś zrobić. Moje myślenie idzie w stronę: zrezygnować z niektórych scen, dziwnych solowych popisów, tyle że chyba właśnie takie fragmenty kocha publika... Cóż. Może reżyserujący spektakl Emilian Kamiński wie co robi, a na tych kilku marudzących jak ja trzeba po prostu brać poprawkę i radzić by wybrali coś w innym stylu (nawet na deskach Kamienicy widziałem komedie które autentycznie mnie bawiły).

czwartek, 16 maja 2019

Robin Williams. W mojej głowie, czyli O Kapitanie!

Wciąż myślami przy spektaklu Stowarzyszenie Umarłych Poetów (Och Teatr), więc wyciągam z przygotowanej listy notek do napisania film dokumentalny o człowieku, który nierozerwalnie się z tym tytułem kojarzy.
Nie będę chyba obiektywny w swojej ocenie. Dlatego, że przez wiele lat to był aktor dostarczający mi tyle cudownych emocji, ukochany, rozbawiający do łez, zawsze kojarzący się niesamowicie pozytywnie. I choćby zrobiono mu laurkę, pewnie bym połknął, nawet nie dostrzegając że czegoś mi w niej brakuje.
To jednak nie jest jedynie hymn pochwalny. Punktem wyjścia do tego filmu jest to co na jego końcu, czyli tragiczna śmierć, której raczej byśmy się po nim nie spodziewali, jest to więc nie tylko biografia, ale próba poznania go lepiej, by zrozumieć... Zawsze wydawał się tak radośnie nastawiony do życia, dawał energię, siłę, był ostatnim człowiekiem, który by się kojarzył nam z depresją. Reżyserka Marina Zenovich chyba chciała trochę zburzyć nasz wizerunek jaki o nim mieliśmy, pokazać nam go nie tylko jako komika, aktora, wesołka, pokazać nam go trochę w kontrze do tego obrazu. Jaki był prywatnie, poza planem, czym żył, jak radził sobie z oczekiwaniami i uwielbieniem tłumów? Odpowiemy sobie również na pytanie dlaczego popełnił samobójstwo.

Nagroda Literacka Miasta Stołecznego Warszawy, czyli czy już czytaliście?

Dziś notka dość wyjątkowa, ale uznałem że warto wrzucić nie tylko na FB. A po 9 czerwca znajdzie się tu miejsce na jakąś recenzję. |

Warszawa czyta, pisze, odkrywa i nagradza

Pod koniec kwietnia ogłoszono nominowanych do 12. edycji Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, najstarszego i jednego z najbardziej prestiżowych wyróżnień literackich w Polsce. Laureatów poznamy 9 czerwca podczas uroczystej gali. Wówczas dowiemy się również, kto otrzyma tytuł warszawskiego twórcy.

A oto nominacje:

wtorek, 14 maja 2019

Łatwy Hajs. Kryształowi 2 - Joanna Opiat-Bojarska, czyli cienka granica

Pamiętacie pierwszy tom serii o Kryształowych, czyli funkcjonariuszach Biura Spraw Wewnętrznych Policji? Pisałem o nim tu. 
No to dziś ukazuje się ciąg dalszy (i to jeszcze nie koniec!). Joanna Opiat Bojarska kontynuuje ostrą jazdę. Nie chodzi jedynie o akcję, ale również o język, styl życia bohaterów, ich upodobania. Nie są to na pewno przeciętniacy, kręci ich mocne tempo życia, nie bardzo nadają się na ojców, czy mamusie, które spokojnie siedzą w domciu, zapominając o pracy zaraz po odejściu od biurka. Motywowani pragnieniem osiągnięcia sukcesu, zakończenia jakiejś sprawy, awansu, gotowi są naprawdę na wiele. I nie zawsze chodzi jedynie o czas prywatny i ponadnormatywne zaangażowanie. Czasem i nieuczciwe metody są dobre, jeżeli mają doprowadzić do celu.
Generalnie można odnieść wrażenie, że policjanci cały czas walczą nie tylko z przestępcami, ale i między sobą, z przełożonymi, z kolegami, wszędzie węsząc jakieś podłożone świnie, układy, łapówkarstwo, zdradę. Dlatego są nieufni, kombinują, grają jedynie do swojej bramki, czasem nie do końca uczciwie. Jak wygrają, zbiorą oklaski i nagrody, bo i przełożeni natychmiast przypiszą sobie ich sukcesy. A jak im się noga powinie? Cóż... Wtedy gorzej.

Dialogi Karmelitanek, czyli opera oparta na faktach



W przeddzień wybuchu Rewolucji Francuskiej Francja była targana zarówno klęskami żywiołowymi powodującymi głód jak i nadmiernymi podatkami, których nie byli w stanie znieść poddani. Dobrze miały się jedynie najwyższe warstwy społeczne i hierarchowie duchowieństwa. Lud nie wytrzymywał tego i (w ogromnym skrócie) od tego zaczęła się Rewolucja Francuska.
Młodziutka, delikatna córka markiza, Blanka, postanawia wstąpić do zakonu sióstr karmelitanek, by schronić się u nich przed światem, który ją przeraża, ale także przed ojcem i bratem, którzy martwiąc się o jej delikatną psychikę ograniczają jej możliwość decydowania o sobie. Tam zostaje otoczona matczyną opieką dwóch kolejnych przeorysz, poznaje inne siostry zakonne, a także zaprzyjaźnia się z inną nowicjuszką Konstancją. Jednak Rewolucja dociera i do bram klasztoru. Karmelitanki zostają z niego wygnane, mają zakaz chodzenia w strojach zakonnych, dostają zakaz gromadzenia się i nakaz bycia wiernym zasadom Rewolucji. Tylko, że karmelitanki w swojej regule miały zakaz kontaktów ze światem zewnętrznym, usiłowały więc znowu być razem – w miejscu, które miało zapewnić im azyl, zostały niemal wszystkie złapane, osądzone za złamanie zakazów i skazane na gilotynę. Do więzienia nie trafiła jedynie Blanca i matka Maria, która przekazała jej informacje, gdzie siostry miały znalaźć schronienie. Skazane karmelitanki idą kolejno na szafot, a kiedy ostatnia, nowicjuszka Konstancja, idzie na ścięcie, z tłumu gawiedzi wychodzi Blanka, dodaje otuchy przyjaciółce i obie poddają się egzekucji.

poniedziałek, 13 maja 2019

Słodki koniec dnia, czyli artystka walcząca


Volterra. Toskania. Piękne miasteczko, piękne zdjęcia i cudowne miejsce na nakręcenie filmu. Albo na spokojną starość. Tyle że bohaterka filmu, poetka Maria Linde, choć ceni sobie spokój i swoje otoczenie, samego procesu starzenia się, raczej zaakceptować nie chce. I to moim zdaniem jest najciekawsze w "Słodkim końcu dnia" Jacka Borcucha. Krystyna Janda stworzyła bardzo ciekawą postać, niejednoznaczną, trochę rozedrganą. Uwikłana w romans z dużo młodszym mężczyzną, często bagatelizująca różne problemy, niepokorna, przełamująca pewne schematy i oczekiwania, Linde skupia na sobie całą naszą uwagę. Wszystko inne schodzi na drugi plan, bo najważniejsze jest to co ona czuje, robi, czy mówi. Niby nie chce zwracać na siebie uwagi, nie chce żeby traktować ją jako wyrocznię, wielbić i podziwiać, ale tak naprawdę to uwielbia. Podobnie jak grać na nerwach, sprzeciwiać się innym, nawet bliskim, robić to co chce.

OSIECKA PO MĘSKU, czyli… nie chodziło o męską wrażliwość

Kocham Osiecką. Bardzo lubię piosenkę aktorską, bo jest w stanie mnie zaskoczyć, potrafi zmienić moją perspektywę patrzenia na świat, nieraz bawi, nieraz wzrusza, często zaskakuje. Oglądam Przeglądy Piosenki Aktorskiej, cieszę się gdy młodzi aktorzy odnoszą sukcesy. Jestem otwarta na nowe, inne, lubię „smakować” nowinki, ale… nie wszystko, jak to mówią, kupuję. A spektaklu w Akademii Teatralnej p.t.: „Osiecka po męsku” nie kupuję.

To nie jest tak, że Marcin Januszkiewicz nie umie śpiewać, interpretować, nie ma słuchu muzycznego. On to wszystko ma i umie śpiewać, jednak to, co obejrzałam na scenie zupełnie mnie nie przekonało do zakupu jego płyty. 


niedziela, 12 maja 2019

Kontra - Wojtek Miłoszewski, czyli wojnę łatwo zacząć, ale trudniej zakończyć

Zakończenie trylogii rozpoczętej Inwazją i Farbą (notki o nich znajdziecie w spisie przeczytanych). Nadal w konwencji, która pewnie nie wszystkim podejdzie, jednak ja już przy drugim tomie przestałem marudzić. Pal licho uproszczenia, ale rozmach z jaką nakreślone są te wszystkie wątki robi wrażenie. Niby nie wszyscy bohaterowie są "pozytywni", to właśnie wychodzi jednak na plus, szczególnie gdy różne ich ścieżki przecinają się ze sobą. Komu by tu przyznać status największego sukinsyna, a komu największego pechowca?
Nie mam zamiaru streszczać Wam poszczególnych wątków, tak czy inaczej przed lekturą Kontry trzeba sięgnąć po dwa wcześniejsze tomy inaczej nie będzie frajdy. Nie znając wszystkich wcześniejszych wypadków nijak nie będzie można docenić przewrotności różnych pomysłów Miłoszewskiego. U niego prosto z piedestału można zlecieć w jednej chwili na samo dno lub jakimś cudownym trafem nie tylko uratować dupę, a nawet wypłynąć jakoś na fali, zbierając niezłe profity.
Wracają znane już postacie, pojawia się kilka nowych, a wszystkie historie przeplatają się ze sobą, tak że nie da się znudzić, wciąż chce się poznać ciąg dalszy i z postanowieniem jedynie rzucenia okiem na kolejny rozdział, wsiąkamy na kolejne minuty, kwadranse itd.

sobota, 11 maja 2019

Kasai - Equals, czyli jakież piękne eksperymenty

Niby od dawna nie jestem na bieżąco z tym co pojawia się na rynku muzycznym, ale jak czasem wpadnie mi coś w ucho, stwierdzam że dzieje się całkiem sporo i to rzeczy, których wcale nie musimy się wstydzić. Nie to że jakieś nasze, przaśne, koniecznie pod publiczkę... Takie nagrania to w radiu. A jak pogrzebać głębiej, w sieci, w trochę bardziej alternatywnych klimatach, znajdujemy smaczki, które sprowadzane z zagranicy pewnie budziłyby pienia z zachwytu. A to nasi artyści przecież. Choćby Kasai. Kasia Piszek współpracowała z wieloma znanymi, choćby z Arturem Rojkiem, Moniką Brodką, Anią Dąbrowską, Noviką, czy Andrzejem Smolikiem. Przyszedł czas i na płytę solową. Equals to 11 utworów napisanych, zaaranżowanych i wyprodukowanych właśnie przez nią. 

piątek, 10 maja 2019

Odium - Katarzyna Grzegrzółka, czyli wszystkim chyba wydaje się, że kryminał napisać jest łatwo

Na prawdę muszę chyba zwolnić tempo z czytaniem kryminałów lub przynajmniej szukać jakiejś różnorodności, bo schemat: morderstwo - psychopata - policjant, przynosi coraz więcej rozczarowań. Wiem, że może powinienem dla debiutantki być troszkę bardziej wyrozumiały, ale trochę zaczyna mnie wkurzać, gdy nagle okazuje się że ktoś uważa napisanie kryminału za najłatwiejszy sposób na wejście na rynek. Fakt - schematów można się nauczyć, ale po pierwsze rzemiosła jednak trzeba się wyuczyć, nie da się wypełnić fabuły drętwymi dialogami, a po drugie trzeba mieć jakiś pomysł nie tylko na początek, na środek, ale i na koniec. Dawno nie czytałem tak idiotycznego i od czapy zakończenia. O ile wcześniej udawało się stworzyć jakiś nastój oczekiwania na to co może nastąpić, finał przychodzi nie tylko zbyt szybko, przynosi również spore rozczarowanie.

Żelazne waginy 2 czyli kobiety walczące śmiechem


Mam problem z tym spektaklem, bo wszystko w nim było co być powinno, a jednak nie do końca zadziałało i nie wybrzmiało tak jak powinno. A szkoda. Pomysł jest dobry i potrzebny, aktorki na scenie wyśmienite i grają brawurowo, miejsce klimatyczne i świetne na tego rodzaju imprezy. Wszystko psuje dźwięk i mikroporty. Ale po kolei…

Miejsce, Mała Warszawa, to dawna Fabryka Trzciny – odrestaurowany w ciekawy sposób kompleks zabudowań fabrycznych z 1916 r. przy ul. Otwockiej 14 (Praga Pln.), nieopodal Bazyliki na Kawęczyńskiej i pętli tramwajowej (Kawęczyńska). Miejsce klimatyczne. Czyste, przestronne (Przestrzeń dla ciebie) z ciekawymi rozwiązaniami (restauracja, winiarnia) – dla mnie… bajkowe. Bardzo mi się tam podoba i żałuję, że tak późno tam trafiłam.

czwartek, 9 maja 2019

Wymarzony, czyli chcemy żebyś był szczęśliwy

Cztery ciekawe filmy w jeden dzień i teraz dylemat w jakiej kolejności o nich pisać. To może zacznę od czegoś niby najprostszego, ale i najbardziej dla mnie wzruszającego.
Premiera "Wymarzonego" za dwa tygodnie, można go będzie też upolować w ramach festiwalu kina francuskiego (od 22 do 29 maja - Szczegółowy program przeglądu wkrótce na stronach:  www.kinomuranow.pl i www.institutfrancais.pl.). Co w nim tak wyjątkowego. Ogląda się go trochę jaka paradokument. Zaglądamy do gabinetów psychologów, śledzimy rozmowy w domach rodziców, którzy chcą adoptować dziecko, uczestniczymy w zebraniach zespołów omawiających każdy przypadek, jednym słowem możemy poznać całą procedurę krok po kroku. Od decyzji jakiejś kobiety że chce urodzić anonimowo i oddać swoje dziecko, przez okres gdy maluch jest pod opieką ośrodka (a raczej wybranego domu, w którym czeka na znalezienie rodziny), aż po oddanie go do adopcji (a tu też w kolejce czeka się nawet kilka lat).
Niby brzmi to sucho, biurokratycznie, ale uwierzcie, że na każdym etapie tego procesu cały czas najważniejszy jest człowiek, ten najmniejszy...

środa, 8 maja 2019

Co o mnie wiesz - Megan Mirande, czyli niech czytelnik pogubi się w tajemnicach

Młoda kobieta porzuca swoje dawne życie, duże miasto i wyjeżdża do Pensylwanii, by za nieduże pieniądze zamieszkać w jakiejś małej mieścinie i podjąć się pracy nauczycielki. Choćby nie wiem jak wmawiała swojej rodzinie, że to jej wybór, odpoczynek, wyciszenie, misja i tak będą się o nią martwić i uważać to za jakieś dziwactwo. Była przecież nieźle zarabiającą dziennikarką, miała przed sobą jakieś szanse na dalszą karierę, a wybiera odludzie i mieszkanie w jakimś zaniedbanym domu z przyjaciółką. Domyślamy się, że była jakaś przyczyna jej decyzji, że przed czymś lub przed kimś się ukrywa. A może przed samą sobą i błędami z przeszłości?

Raz, dwa, trzy, giniesz Ty - Alek Rogoziński, czyli celebryci i pismacy

Premiera już za kilka dni, ale ponieważ pod nosem mam księgarnię firmową wydawnictwa, które to wydaje, mogłem już w majówkę sobie to szybciutko połknąć. I żałować że takie krótkie. No za szybko się czyta takie lekkie tytuły, za szybko...

Ponieważ nie znam wszystkich wcześniejszych powieści Rogozińskiego pewnie trudniej mi połapać się we wszystkich postaciach (a część powraca np. autorka kryminałów Róża Krull), ale to nie znaczy że nie mogę się bawić ich dziwactwami i przygodami w jakie się ładują, choć czasem wcale tego nie chcą. Niby fajnie czasem pobawić się w detektywa i sprawdzić swoje umiejętności dedukcji, gdy jednak przy okazji ryzykujesz własne życie, robi się dużo mniej zabawnie. A właśnie w takiej sytuacji nagle znaleźli się bohaterowie tej powieści. Wplątani zupełnym przypadkiem w grubszą aferę, próbując wyjaśnić jakieś swoje wątpliwości i zweryfikować domysły, bo przecież nie mają pewności ani dowodów dla policji. To jeszcze tylko mały kroczek, żeby coś sprawdzić... No i nie wiadomo kiedy można trafić z pytaniem do kogoś kto może zareagować na nie niekoniecznie tak jakbyśmy tego chcieli.

wtorek, 7 maja 2019

I am the night, czyli powiesz mi coś o mojej rodzinie?

Wciąż nie ruszam ostatniego sezonu GOT, za to smakuję sobie Imię Róży i wypatruję co tam jeszcze ciekawego w serialach (a wciąż jestem bez Netflixa). I am the night zapowiadało się całkiem sympatycznie, bo to i dość ciekawa historia (wciąż powieści Ellroya wołają do tego bym do nich wrócił skoro Czarna Dalia tak się podobała, a tu właśnie do słynnej zbrodni jaką opisywał i do LA się nawiązuje), no i styl taki trochę noir. Tak jakby ktoś nie mógł się zdecydować czy udawać Lyncha czy jednak ciągnąć kryminalną intrygę. Czołówka obiecywała sporo, ale ostatecznie cieszę się, że to tylko sześć odcinków, bo inaczej bym się zanudził.
Można by pewnie wskazać kilka problemów tej produkcji, jedną z nich na pewno jest nie do końca dopracowany scenariusz. Tajemnica, która zbyt szybko ulatnia... Przez pierwsze dwa odcinki trzymani byliśmy w niepewności, nie wiadomo było o co chodzi i jakie zagrożenie czai się tuż obok. Gdy po nitce dochodzimy do kłębka, przychodzi rozczarowanie, że to co miało być straszne, jest jakieś takie nijakie.

poniedziałek, 6 maja 2019

Test, czyli wydawało się, że wszystko o sobie wiemy

Przeglądając repertuary warszawskich teatrów komedii całkiem sporo, ale tych bardziej oryginalnych, nie bazujących na prostym kluczu pomyłek, jak na lekarstwo. A przecież to przyjemność zobaczyć sztukę, która nie tylko wywoła chwilami na twarzy uśmiech, ale i skłoni do jakiejś refleksji. W ostatnich tygodniach trafiłem na dwa takie spektakle. I dziś o jednym z nich. Grana na małej scenie Teatru Kamienica sztuka młodego katalońskiego pisarza Jordi Vallejo Duarrito, wyreżyserowana przez Tomasza Obarę, podejmuje temat miłości, przyjaźni, naszych pragnień i tego jak niestety potrafią być one przesiąknięte egoizmem. Oczywiście nikt do tego się głośno nie przyzna, ale gdyby tak zastanowić się nad pytaniem przed jakim stają bohaterowie "Testu", obawiam się że z większości z nas zaraz by wyszły jakieś głęboko skrywane ambicje, niechęć, żale i emocje, którymi próbowalibyśmy rozgrywać sytuację tak by poszła po naszej myśli.

niedziela, 5 maja 2019

Bad Guys. Ekipa Złych. Odcinek 1, czyli tylko się nie uśmiechaj proszę

Zdaje się, że trzy lata temu Rzym, dwa lata temu Praga, rok temu Budapeszt, a w tym roku majówka dość leniwie i w domu. Miło. Choć bez ekscesów i wielkich wspomnień. Nawet komputer i blog poszedł w odstawkę na te kilka dni i nie nadrobiłem zaległości, mimo że to planowałem. Do kolejnego wyjazdu za dwa tygodnie może się uda.

Pozostańmy trochę w klimatach dowcipnych, choć tym razem coś dla dzieci. Mam już trochę na karku latek, moje dzieci dawno wyrosły z takich książek, ale z radością przeglądam różne wydawnictwa, no bo kto wie kiedy nadarzy się okazja, by zarazić jakiegoś młodego człowieka bakcylem czytania poprzez fajną lekturę.
Tu do czytania jest niewiele, więc może to dobra propozycja dla tych, którzy po książki nie sięgają, wolą filmy i komiksy. Może dotrze do nich to poczucie humoru, przewrotność historii i zaczną dopytywać o kolejne części?
Widzicie te typki na okładce? Oto Pan Wilk, Pan Rekin, Pan Wąż i Pan Pirania. Zwykle budzą w nas określone emocje i nie oszukujmy się, są one dość negatywne. Nawet jak wbiją się w garnitury, spoglądamy na nich nieufnie.

czwartek, 2 maja 2019

Śmierć w blasku fleszy - Alek Rogoziński, czyli nie ten zabił, kto zabił, ale...

Głupawkowy nastrój trwa. W końcu dziś Sławomir przyjeżdża do mojego miasteczka na koncert :)
A ponieważ czytam w tej chwili najnowszą książkę Alka Rogozińskiego zwanego Księciem Komedii Kryminalnej, to czas napisać o tym co przeczytałem kilka tygodni temu. Dopiero niedawno odkryłem jego twórczość, choć koleżanki już dawno reklamowały mi go jako świetny materiał łączący komedię i kryminał.
I rzeczywiście czyta się go błyskawicznie i bardzo przyjemnie. Sporo tu mniejszych i większych złośliwości na temat funkcjonowania środowiska modelek, modeli, ich agentów, projektantów, dziennikarzy zajmujących się modą i tych wszystkich, którzy na każdym pokazie koniecznie muszą się pojawić (a jeżeli nie na pokazie to na pewno na ściance przed pokazem). I to chyba nawet bardziej przykuwa uwagę jak sama intryga kryminalna.

środa, 1 maja 2019

Arystokratka i fala przestępstw na Zamku Kostka - Evžen Boček, czyli jakim trzeba być idiotą...

Skopanie kawałka ogródka, spacer na 10 tys. kroków i chwila na lekturę - to był dobry 1 maja. A żeby mieć dobry humor na resztę dnia, to dzień zacząłem od końca. To znaczy skończenia książki, którą zacząłem wczoraj. Tak to już jest z Arystokratką, że każdą kolejną część się połyka. Nawet jak się nie ma czasy na czytanie.

O poprzednich trzech tomikach pisałem, możecie znaleźć notki w spisie przeczytanych (zakładka na górze). A jaka jest najnowsza, czwarta już część zwariowanej historii o rodzince, która przyjeżdża do Czech, by objąć władanie w posiadłości przodków, czyli zamku Kostka? Jak zwykle komiczna.
I nawet można by rzec jest sporo świeżości, bo obserwujemy nie tylko wcześniej poznane postacie, które wciąż rozdarte są między niechęcią wobec muflonów (czytaj turystów) i miłością do ich pieniędzy, ale do tego dochodzą zupełnie nowi bohaterowie. To właśnie ich wybryki zajmują tu większość miejsca, śledzimy ich drogę do zamku, wcześniejsze przygotowania do wyprawy, a potem już samą wizytę. Dodajmy odbywającą się w dość specyficznych warunkach, bo ze względu na śmierć księżnej Diany, w zamku ogłoszono żałobę i zamknięto go dla turystów... A mimo to, oni znaleźli się w środku. Jakim cudem?

wtorek, 30 kwietnia 2019

Śluby panieńskie, czyli klasyka (nareszcie) bawi

Dzięki M. zamykam kwiecień 30 notkami, a sam muszę jeszcze uporać się z zaległościami - chyba 8 spektakl do zrecenzowania... W maju obiecuję, że nadrobię, bo wyjątkowo mało mam przedstawień przed sobą (jedynie 4). A na Śluby muszę się wybrać...

Rzecz to niesłychana… nie, nie… pani nie zabije pana. Natomiast zachwyca się młodym chłopcem, który na spektaklu „Śluby panieńskie” zaśmiewał się perliście, a ja w nim widziałam siebie - na innym spektaklu Fredry, bo na „Zemście” tylko ponad 40 lat temu, w tym samym teatrze. Można więc przyjąć, że Teatr Narodowy umie wystawiać Aleksandra Fredrę. Przyznam, że poszłam na tę sztukę w zastępstwie, a męża ciągnęłam niemal siłą, bo mając sporo lat za sobą najróżniejszych wersji widzieliśmy sporo i gdzieś kołatała się myśl: ile razy można to oglądać? Po niemal trzech godzinach wychodziliśmy z teatru zachwyceni, roześmiani i do tej pory ilekroć wspomnę te „Śluby panieńskie” – zaczynam się uśmiechać. A dodatkowo, gest powitania Albina wywołuje u mnie spazmy śmiechu  (jak u tego młodego człowieka z początku tekstu).

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Sen, czyli pozbądź się koszmarów

SenZanim kilka kolejnych książek, notka o jednym z nowych tytułów jakie poznałem na ostatniej konferencji. Ciułam kasę na dodatek do Sagrady, nadal nie kumam fenomenu The Mind, ale i Sen chętnie bym przygarnął, mimo że grałem jedynie raz. Zasady są proste, ale gra podbiła moje serce kartami (rysunki Marcin Minor), trochę w duchu Dixita a co jak co grafikę w grach uwielbiam ponad wszystko. No może nie ponad wszystko, ale bardzo.
A tu i zabawa jest niezła. Trochę strategii, trochę szczęście, ryzyka, a niby gra logiczna z tych, przy których spokojnie można by prawie wszystko sobie policzyć.
Co co biega. O sny. Obrazy jakie mogą się nam pojawiać w trakcie naszych nocy i odpoczynku, te piękne, ale i te bardziej koszmarne. Te ostatnie tu symbolizowane są liczbą kruków - im na karcie ich mniej tym lepiej (liczby w przedziale od 0 do 9 i te najwyższe dominują w talii).

Zbuntowany w zbożu, czyli pisać, pisać i jeszcze raz pisać


Kolejna szybka notka filmowa. W zanadrzu całkiem ciekawy I am the night, ale póki co drugi z tytułów upolowanych przypadkiem w tv, niby nic wyjątkowego, ale za to historia ciekawa!
J. D. Salinger. Mówi Wam to coś?
Kultowa powieść (choć ja wobec niej jestem sceptyczny - pisałem o tym tu) "Buszujący w zbożu" i wszystko jasne.
No to teraz możecie zobaczyć jak rodziła się ta powieść. Czemu dla wielu ludzi była tak ważna i czemu oburzała pokolenie ich rodziców - tego się niestety za bardzo nie dowiemy. Muszą nam wystarczyć ogólniki, że po II wojnie światowej ludzie czuli się zagubieni, nadchodziło nowe i w starym porządku młodym było zbyt ciasno.

sobota, 27 kwietnia 2019

Tylko niewinni - Rachel Abbott, czyli sekrety wyższych sfer

Dziwna czasem jest polityka wydawców. Zaczynają serię np. od tomu 6 jakiejś serii i czekają "czy chwyci", potem mogąc nie tylko czekać na kolejne nowości, ale i cofać się do początków historii. I tak oto jako nowość popularnej u nas Rachel Abbott wydawany jest u nas wreszcie jej debiut, czyli pierwszy tom z cyklu z inspektorem Tomem Douglasem.
I gdy porównuje się to z kolejnymi książkami, które poznaliśmy wcześniej, trzeba przyznać, że ten pierwszy nie wypada jakoś idealnie. Jest potencjał, ale rozwinięcie pomysłu wypada co najwyżej średnio. To bardziej thriller psychologiczny, w którym najciekawsza jest możliwość poznania przeszłości, niż śledztwo prowadzone w teraźniejszości. Ale cóż. Czyta się nieźle, mimo przewidywalności całej historii, nie ma się ochoty tego odkładać, mamy więc kolejny tytuł, który może dostarczyć paru godzin rozrywki.

piątek, 26 kwietnia 2019

Czworo do poprawki, czyli kryzys to jeszcze nie koniec świata


Młodzi, ślepo w sobie zakochani i nie wychodzący z łóżka i ludzie po kilkudziesięciu latach związku, gdy jak to mówią ogień dawno wygasł i zostało przyzwyczajenie, znacie te stereotypy? Tu prawdziwa miłość, a tu nuda. Jedni mówią nigdy nie będziemy tacy jak oni, zawsze będziemy się kochać i spędzać każdą chwilę razem oraz drudzy, którzy patrzą na młodych trochę z politowaniem, ale i z zazdrością. Taki to punkt wyjścia wybrał sobie Cezary Harasimowicz w swoim tekście Czworo do poprawki, a jego wystawieniem zajęła się Fundacja Garnizon Sztuki, założona przez Grażynę Wolszczak i Joannę Glińską. Spektakl w reżyserii Agnieszki Baranowskiej możecie zobaczyć np. w Warszawie w Teatrze IMKA. Jak widzicie różne obsady, a zamiennie z Grażyną Wolszczak gra jeszcze Katarzyna Herman. Ja trafiłem na wieczór gdy żywiołowo grała właśnie ona, a jej partnera grał Wojciech Wysocki i chętnie bym zobaczył jeszcze kiedyś zarówno Wolszczak jak i Machalicę, bo mam wrażenie, że będą grać trochę na innych nutach. Tu przecież każdy może włożyć w swoją postać kawałek siebie, coś charakterystycznego co ubarwi bohatera i sprawi, że publiczność będzie go lubić. Wysocki gra pantoflarza, trochę już zgorzkniałego, ale i potrafiącego czasem odgryźć się żonie.

czwartek, 25 kwietnia 2019

Profesor Marston i Wonder Women, czyli dominacja i podporządkowanie

Miły wieczór po ciężkim dniu i choć ani nie będzie notki z fotkami z Torunia, bo czasu na zwiedzanie nie było, to raczej spacer jedynie i kilka sympatycznych chwil, ani też chyba na razie nie napiszę o żadnej z 5 gier w jakie zagrałem na wieczornych warsztatach, to może kiedyś wykorzystam jeszcze i jedno i drugie.
A dziś o filmie. Zupełnie przypadkowo trafiłem na dwie produkcje biograficzne, może i same w sobie nie wyjątkowe, ale za to jakie fajne historie opowiadają. Dziś o pierwszej z nich.
Wonder Women. Jako że ja fanem komiksów nie jestem, to się specjalnie nie podniecam, ale film obejrzałem i coś tam kumam (nawet notka była). Wiem kto to jest. A tu się okazuje, że niekoniecznie. Bo nie znałem źródeł tego co stało za tą postacią.

Lista Lucyfera - Krzysztof Bochus, czyli nie jedna, ale dwie sprawy kryminalne

Idąc za ciosem, kolejny kryminał. Co prawda nie jestem w Gdańsku, by móc przejść się do opisywanych miejsc, ale ponieważ jestem już któryś raz w tym roku bliżej tego miasta, bardziej na północ od stolicy, to wybór spośród szkiców notek jest oczywisty.
Autora znam już z serii trzech kryminałów retro, które chwaliłem za ich klimat i ciekawego bohatera. Tym razem jest współcześnie, choć w pewien sposób oba cykle są ze sobą powiązane. Redaktor Adam Berg jest bowiem wnukiem radcy Christiana Abella. Nie pamięta dziadka, między nimi jest jeszcze luka do wypełnienia, ale coś ich łączy. Choćby upór i chęć walki o prawdę za wszelką cenę. Dodatkowo pasją bohatera Listy Lucyfera jest historia, zabytki, które zaginęły m.in. w trakcie drugiej wojny światowej, próby ich przywrócenia muzeom. Nieistotne dla niego jest machanie polską flagą, bardziej jest patriotą lokalnym i zdając sobie sprawę z różnych wpływów kulturowych i narodowych na skarby jakie Gdańsk i Pomorze posiadało przed wojną, upiera się, że właśnie tu jest ich miejsce. Choćby i ktoś oferował mu duże pieniądze, kusił, ta sprawa jest dla niego oczywista.

wtorek, 23 kwietnia 2019

Giełda milionerów - Mariusz Koperski, czyli swój to swój...

Kolejny wyjazd służbowy, szykuję sobie kilka tytułów do walizki, licząc na jakieś wieczory z możliwością poczytania. Jak zwykle będzie przynajmniej jedna rzecz kryminalna. Co ja na to poradzę, że tak lubię takie klimaty. W najbliższych dniach więc zdaje się, że aż 4 notki z różnymi nowościami z tego gatunku.
Na początek nowe dla mnie nazwisko, choć to wcale nie debiutant. Mariusz Koperski, choć sam nie góral, właśnie tam osiadł i zdaje się, że przez ten czas nie tylko został zaakceptowany, ale i poznał trochę to środowisko. To się czuje w jego kryminale i w postaci, którą stworzył. Komisarz Karpiel niby wyjechał z Zakopanego do Warszawy, ale czujemy że chętnie by wrócił na stare śmieci. To jego emocjonalne rozdwojenie, miłość i jednocześnie wściekłość, że tak szybko to miasto się zmienia, zadeptywane przez turystów, zalewane przez kicz i nowoczesne koszmarki, nie tylko rozumiem, ale i podzielam. Wbrew pozorom to środowisko gdzie ludzie się znają, sporo o sobie wiedzą i bez dogadania się z miejscowymi lepiej tu nic samemu nie zaczynać, bo można zostać z niczym. Górale są pamiętliwi, charakterni, ale i otwarci na szczerość. Kochają dutki, turystów trochę mniej, pewnie traktując ich jako zło konieczne, powiązane z tym pierwszym.
Trochę tu tej atmosfery miasta, lokalnych układów znajdziemy, szkoda że nie samych Tatr, które kocham, może jednak doczekam się tego w kolejnych powieściach? Kto wie...

Farmaceuta z Auschwitz - Patricia Posner, czyli historia zwyczajnego zbrodniarza

Historia wciąż potrafi nam dostarczyć tyle wstrząsającego materiału na reportaże, że nic tylko zakopywać się w archiwach i wydobywać na światło dzienne kolejne zapomniane fakty i postacie. Bohaterów i zbrodniarzy. Trzeba jednak umieć panować nad materiałem, żeby stworzyć opowieść, którą chce się czytać, nie zarzucić czytelnika datami, nazwiskami, wciągnąć w jakąś historię. Mam wrażenie, że Patricii Posner się to udało, choć tak naprawdę można by spokojnie wydzielić z tego co napisała dwie odrębne książki.
Pierwsza z nich to życiorys Victora Capesuisa, aptekarza z Rumunii, człowieka który potrafił płynąć na fali kariery, nawet jeżeli trzeba było poświęcić przy tym jakieś swoje zasady moralne. A może ich nie miał? To właśnie ciekawe pytanie, powracające nie po raz pierwszy. Banalność zła... Tłumaczenie się rozkazami, brakiem wyboru, uwarunkowaniami, nawet szukanie dla siebie jakichś argumentów na obronę, że przecież w tych warunkach, to nawet jakiś ich wykonany od niechcenia gest mógł ratować życie. O tym ilu nie uratowali woli się wtedy pewnie nie myśleć.
Jest jeszcze druga opowieść, równie ciekawa, choć niestety tu jak dla mnie zbyt mało rozwinięta.

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Prawda, czyli... każdy ma swoją

W ramach Warszawskich Spotkań Teatralnych odbył się jeszcze jeden teatralny projekt interdyscyplinarny i międzynarodowy – Grotowski FEST, który miał upamiętnić postać Jerzego Grotowskiego, wybitnego reżysera, pedagoga, znawcy teatru i jego reformatora. W ramach tego projektu obejrzałam spektakl „Prawda”, który został wstawiony na warszawskiej Pradze w niezależnym Studium Teatralnym przy ul. Lubelskiej. Miejsce mocno klimatyczne. Wchodzi się do niego po stareńkiej klatce schodowej, która pamięta zapewne jeszcze lata PRL-u, a za oknem słychać przejeżdżające pociągi, które wprawiają widzów w wibracje. Jednak to nie przeszkadza, tworzy jedynie swoisty nastrój. Spektakl odbywa się w ładnej, kameralnej sali, gdzie aktorzy i widzowie są od siebie na wyciągnięcie ręki. 


czwartek, 18 kwietnia 2019

Rozmowy z diabłem, czyli Panu Bogu świeczkę... I życzenia


Na czas Triduum Paschalnego zawieszam pisanie notek.
Zwykle wraz życzeniami dawałem coś z lektur ku refleksji, w tym roku trochę nietypowo, bo teatralnie. O Bogu, o wierze, ale i o ludzkim zagubieniu. "Rozmowy z diabłem" Leszka Kołakowskiego to zabawne rozważania filozoficzne na temat natury dobra i zła, które potrafią czasem udawać coś zupełnie innego niż są.

Życzę więc i Wam i sobie,
mądrości, by odróżniać jedno od drugiego,
by w zaślepieniu nigdy nie skreślać i nie osądzać innych,
by mieć otwarte serce na Boga, który często posługuje się ludźmi, byśmy coś od Niego usłyszeli.
Nadziei, aby nigdy nie zgubić światła sprzed oczu, nie dać się pogrążyć ciemnościom.
I miłości, by na tyle, jak potrafimy samemu nieść światło.
Oto rodzi się nowy dzień. Nowe życie. Nowa szansa.
R

A poniżej dwugłos o świetnym monodramie Jerzego Treli (po raz kolejny Scena Mistrzów w Akademii Teatralnej). Miłej lektury. Czy w Wielki Czwartek wypada tak przewrotnie o wierze? A czemu by nie? Lepiej pytać, wątpić, szukać i czasem nawet żartować z siebie samego, niż w sztywnym ramkach dopuszczać jedynie jedną odpowiedź, jedną drogę (i oby nie jeden naród lub jedną rasę).

środa, 17 kwietnia 2019

Next to normal, czyli tak bardzo bym chciała...

Obiecywana trzecia notka z cyklu psychologicznego. Tym razem teatralnie. I bardzo zaskakująco. Musicale kojarzymy przecież przede wszystkim z z melodiami przyjemnymi, które się nuci, podśpiewuje, z widowiskiem pełnym tańca i uśmiechów (przynajmniej w finale). A tu...
Jacek Mikołajczyk, tym razem nie tylko jako dyrektor Teatru Syrena, ale i jako reżyser, podjął odważną decyzję repertuarową, by opowiedzieć na scenie teatru muzycznego, historię jak najbardziej poważną, ba, nawet dramatyczną. Czy wcześniej pomyślelibyście, że o chorobie psychicznej można zrobić musical? To już wiemy że można. I to nie byle jaki.

Ważny temat, ciekawe spojrzenie na sytuację rodziny, w której ktoś zmaga się z zaburzeniami psychicznymi (np. tak jak tu z chorobą dwubiegunową), a w tym wszystkim wcale nie zrezygnowano z tego co jest kluczem do dobrego musicalu, czyli cała historia opowiadana jest poprzez piosenki, w których jest cała gama emocji.

wtorek, 16 kwietnia 2019

Przedszkolanka, czyli geniusz trzeba pielęgnować

Czy Mozart byłby geniuszem, gdyby nie był wychowywany w taki a nie inny sposób, czy miałby szansę rozwinąć swój talent? Z perspektywy czasu i przy dzisiejszych przekonaniach na temat potrzeb dziecka, jego rozwoju, łatwo nam wyrażać sądy, iż wszelkie zmuszanie do czegokolwiek jest czymś szkodliwym i że nie wolno ograniczać zainteresowań tylko z powodu naszego widzimisię. Tylko czy w ten sposób nie przegapiamy jakiejś iskry, która powinna być pielęgnowana, rozwijana w umiejętny sposób?
Gdzie leży ta granica między inspirowaniem, a narzucaniem? Czy dorosły ma prawo do tego, by rozpoznając jakiś dar, ciągnąć dziecko w jedną stronę?
Z takimi między innymi pytaniami wychodzi się po seansie "Przedszkolanki". Co ciekawe ten dramat o obsesji jest na tyle niejednoznaczny, że daje sporo materiału do przemyśleń. Wcale nieprzypadkowo wybrano ten film jako początek cyklu spotkań w kinie Atlantic, które poza seansem będą też okazją do dyskusji z psychologiem. Łatwo nam potępić postępowanie bohaterki, bo widzimy wyraźnie że przekracza ona pewne granice, mimo wszystko rozumiemy jednak to co się z nią dzieje, jej frustrację, a jednocześnie fascynację talentem jaki odkryła.

Dziewczyna z konbini - Sayaka Murata, czyli uszczęśliwić kogoś na siłę

W ostatnich tygodniach zebrało mi się kilka ciekawych rzeczy nawiązujących do różnych zaburzeń emocjonalnych, czy też psychologicznych, a że to sprawy cholernie interesujące, nie zawsze jednoznacznie postrzegane przez społeczeństwo, postanowiłem jeszcze w tym tygodniu połączyć je wszystkie w jeden blok. Na początek: książka.

Trochę na pewno dla nas egzotyczna, bo Japonia w Polakach budzi wiele skojarzeń, ale i zdziwienia, tak jest odmienna kulturowo. "Dziewczyna z konbini" może tym bardziej wydawać się dla nas mało zrozumiała, bo chyba trudno nam sobie wyobrazić aż taki sposób podporządkowania się pewnym zasadom i normom. Z jednej strony bohaterka tej niewielkiej książeczki buntuje się przeciwko oczekiwaniom otoczenia, chce żyć po swojemu, z drugiej jednak strony znalazła sobie niszę, w której czuje się bezpiecznie, miejsce gdzie może niczym na poligonie testować metody na to jak zyskać akceptację innych.

niedziela, 14 kwietnia 2019

Granica zbrodni, czyli gdy wydaje się, że sprawa jest już rozwiązana

Jak wszyscy pewnie czekam na Grę o tron, ale chyba poczekam z oglądaniem jak zbiorę całość, nagrywam też z ciekawości Imię róży, coś tam chyba nowego wypatrzyłem też na HBO. Seriali mi więc nie brakuje, bo i na dysku trochę czeka na wolny czas. A może Wy coś jeszcze podpowiecie na co polować? Najlepiej kryminalne. Po Lutherze mam jakoś ochotę na te klimaty.
Niemiecka produkcja "Granica zbrodni" dała mi jedynie częściową satysfakcję. Teraz prawie wszyscy dbają o klimat, o urokliwe zdjęcia z jakiejś miejscówki (tym razem Alpy i granica austriacko-niemiecka), więc trzeba czymś się wyróżnić. Tu choć bohaterowie byli ciekawi, to sama pogoń za seryjnym mordercą była dość przewidywalna. W porównaniu do produkcji krajowych, to poziom z którego powinniśmy brać przykład.

Pro8l3m - Widmo, czyli gdy patrzę na przyszłość...

Wczoraj sprzątanie i teatr, dziś planszówki i teatr... A potem dziwię się, że weekend tak szybko przeleciał. Na szybko jednak wrzucam kolejną notkę, tym razem trochę nietypową. Pisząc o muzyce zwykle wybieram rzeczy, z którymi już się osłuchałem, rzadko kiedy nowości. Ponieważ jednak mam w tej chwili od Agory dostęp do tego co wydają, raz na jakiś czas będę wrzucał Wam jakieś zajawki.

Największym zbrodniarzem we wszechświecie jest niestety człowiek

Wiem, bo jestem nim, nie cofnę czasu, by wyleczyć zbrodnię
Jestem swoim bogiem, ale także swoim katem
Miliard ludzi nie ma wody, ośmiu ludzi rządzi światem.

Notka nietypowa, bo płyta przesłuchana jedynie dwa razy, niespecjalnie przypadł mi do gustu, chcę jednak o niej napisać, bo mam wrażenie, że od dawna ignoruję olbrzymi kawałek polskiej sceny, mający olbrzymią rzeszę fanów. Ci którzy słuchają takiej muzy, pewnie uznają moją notkę za gadanie laika i zignorują, ale może kogoś zaciekawię? Będę posiłkował się trochę tekstami z tego krążka, bo one oddają trochę klimat tego co chcę napisać. Generalnie bowiem rap kojarzy mi się nie tyle z gangsterką jak w Stanach, a z chłopakami z bloków, którzy na wyluzowanych chojraków chcą pozować. Wiecie - zaśpiewam o furach, panienkach, prochach, imprezach do rana, ściganiu się z psami, przekrętach, a wszyscy będą myśleli, że to tak serio. I tu trochę tego typu klimatów jest.

Ja i koleżcy, popatrzysz na gęby
Pocięte przez pojebane zapędy
My to pojebane weekendy
Wy to wyciąganie nas z komendy

Co ciekawe w tych wszystkich bluzgach i rymach częstochowskich pisanych na kolanie i by się popisać, znalazło się jednak tym razem parę ciekawych refleksji na temat tego czym żyją obecne pokolenia 30 latków. Niepewność przyszłości, depresja która ogarnia ni z tego ni owego, choć wydawałoby się masz wszystko, pesymizm co do kierunku w jakim zmierza nasza planeta. Płyta jest więc dość mroczna, dzięki czemu może się trochę wyróżniać wśród innych krążków w tym gatunku.

Gdy patrzę na auta, to widzę rozje*any hajs.
Gdy patrzę na błędy – widzę mnie
Gdy patrzę na miasto, to widzę alkoholizm tam
Gdy patrzę na przyszłość – widzę źle.


czwartek, 11 kwietnia 2019

Nogi Syreny, czyli pożar w piwnicy

W zaległościach teatralnych aż trzy spektakle Teatru Syrena i dłużej tak nie może być - do świąt Wielkiej Nocy postaram się napisać o wszystkich, bo ta scena na pewno w tej chwili repertuarowo mocno się wyróżnia w Warszawie. Roma, Rampa, Buffo, na palcach jednej ręki można by wyliczyć miejsca gdzie można zobaczyć przedstawienie z dobrą dawką muzyki. Ale z muzyką graną na żywo, znowu jest ich mniej, a gdy popatrzymy na repertuar to już robi się niewesoło. Cieszmy się więc z obecności musicali w stolicy, oby było ich jak najwięcej i oby jak najlepsze. Tym razem jednak nie napiszę o żadnym tytule, który grany jest na dużej scenie. Będzie trochę alternatywnie, wyjątkowo, podziemnie i tylko dla dorosłych.

środa, 10 kwietnia 2019

Jesienny poniedziałek - Stanisław Krzemiński, czyli orzełki wycinane z papieru

Obiecywałem coś krakowskiego i oto jest. Długo czekał na stosie drugi tom sagi rodziny Biernackich znanej z serialu "Drogi do wolności", ale przeczytałem go z przyjemnością.
Kto nie pamięta o tomie pierwszym, czyli "Iskrze" pisałem tu.

Nie ma co porównywać książki z serialem, bo oczywiście wszystkie wątki są dużo bardziej rozbudowane, czasem nawet po oczach aż biją zmiany jakie wprowadzili scenarzyści, by uprościć historię. Krzemiński nie tylko pozwala nam śledzić losy rodziny Biernackich, ale traktuje jako równie interesujących bardzo wielu ludzi, którzy pojawiają się gdzieś w ich kręgu, ich losy się przecinają. Nie wiemy jak poszczególne fragmenty się złożą w całość, kiedy to nastąpi, ale każdy z takich fragmencików, niewielka scena z utworzenia przez gen. Hallera oddziałów we Francji, ambicje przedsiębiorcy, który dorobił się kasy w Stanach i rozwija w Krakowie interes m.in. na papierni, czy nawet podsłuchiwanie rozmów posła Witosa, sprawia że ta książka nie jest zwyczajną książką obyczajową.

wtorek, 9 kwietnia 2019

Wyspa psów, czyli ładnie, mądrze i do serca


Może jutro coś krakowskiego skoro już jestem w tym mieście, ale prawdę mówiąc kolejka szkiców zrobiła się baaardzo długa. Fajnie że mam w czym wybierać, szkoda tylko że nawet jedna notka dziennie nie jest w stanie rozładować "kolejki". Pomysł by wrzucać dwie dziennie jest na tyle szalony, że nie mam zamiaru na dłuższą metę o tym myśleć. Niech zostanie jak jest. Będzie kolejka.

W Warszawie Festiwal Wiosna Filmów i na pewno na dniach napiszę parę słów o tytułach z jego programu. A przez miesiąc Studio Art&Passion na Wiejskiej wystawa klimatycznych zdjęć Ewy Milun-Walczak. Polecam
A dziś o filmie. Niedługo jeszcze mam zamiary dorzucić jeszcze jeden podobny obraz do opisywanych. O ile filmy animowane zwykle kojarzymy z młodszym odbiorcą, te dwa docenią chyba przede wszystkim dorośli. Wes Anderson nawet gdy kręci fabuły, wypełnia je swoimi pomysłami, które je trochę odrealniają. A gdy robi film animowany, możemy mieć pewność że banalnie nie będzie.

Złoty wiek, czyli gangsterka i kabaret


Zespół baletowy moskiewskiego Teatru Bolszoj założono ponad 200 lat temu. Przez te wszystkie lata wyrobił sobie niezaprzeczalną markę na świecie jako najlepszy zespół baletowy w tańcu klasycznym. Do chwili obecnej w ramach nazywowkinach.pl miałam możliwość obejrzenia niemal wszystkich transmitowanych i retransmitowanych przedstawień baletowych tego teatru. Ale nawet jako laik w tej dziedzinie wiem już, że „Bolszoj” oznacza największą jakość tańca, choreografii, wykonania. Podejrzewam, że widzowie, którzy obejrzeli którykolwiek balet w ich wykonaniu doceniają zarówno samą sztukę tańca jak i przygotowanie techniczne wykonawców. To dzięki tym tancerzom widzimy niespotykane piękno baletu.

Balet „Złoty Wiek” do muzyki Dimitrija Szostakowicza i w choreografii Jurija Grigorowicza jest zdecydowanie odmienny od dotychczas obejrzanych spektakli baletowych, zawiera bowiem zdecydowanie odmienny styl taneczny. Niby widzimy piękny ruch z tańca klasycznego, wypracowane piękne kroki, piękne ruchy ramion, ale… to wszystko traci w tym balecie aksamitność. Jest jakby bardziej drapieżne, mocniejsze. Nie należy się dziwić ponieważ „Złoty Wiek” to opowieść o miłości między prostym rybakiem Borysem (Rusłan Skworcow) a tancerką kabaretową Ritą (Nina Kapcowa), a w tle mamy gangstera Joszkę, który rości sobie prawa do Rity. Wieczorami Joszka (Michaił Łobuchin) tańczy w kabarecie Złoty Wiek jako monsieur Jacques razem z Ritą, a jednocześnie ze swoją bandą ograbia bogatych ludzi, których zwabia do kabaretu Luśka (Jekaterina Krysanowa), jego dziewczyna. Borys natomiast jest zwolennikiem nowej idei, socjalizmu.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Escape Tales: Rytuał Przebudzenia, czyli story book i masa zagadek

Jutro o tej porze będę już w Krakowie, znowu nie wiadomo czy będzie czas na pisanie notek (chyba że po nocy), kwiecień więc będzie na pisanie o wszystkich zaległościach, a uzbierało się ich całkiem sporo. Na razie nie ma żadnych planów kulturalnych na miasto Kraka, może choć te kilka dni wypełnionych pracą, nie sprawi że pojawią się nowe tematy na notki.
A dziś o grze. Ale dość wyjątkowej. Ostatnio modne są różnego rodzaju kooperacje, a tu jeszcze do tego dochodzi pomysł: gra ma być czymś w rodzaju zabawy w escape roomie. Pisałem już o karciankach, które sprawiły mi całkiem sporo frajdy, ale to zabawa na godzinkę, może ciut więcej. Rytuał przebudzenia to temat na długą posiadówkę, bo w czterech godzinach wyrobić się raczej trudno. I nie chodzi tylko o trudność zadań, na które trzeba poświęcić sporo czasu, ale i energia, nasza uważność w pewnym momencie trochę siada i tym samym również tempo gry.
Jeżeli chodzi o mechanikę, to gra nie odbiega bardzo od tego co już widzieliśmy w miniaturowych gierkach z serii escape room - zadania są na ponumerowanych kartach, tyle że tu nie wykonujesz ich w kolejności, ale prowadzi cię po kolejnych numerach księga mistrza gry.

Ukryte godziny - Delphine de Vigan, czyli po co tak pędzisz?

Paryż! Wieża Eiffla, Montmartre, bohema, Edith Piaf, kawiarenki… Nasze marzenia o chodzeniu jego uliczkami. Nie, to nie jest książka o turystach, którzy to oglądają, słuchają, zwiedzają, to książka o mieszkańcach wielkiego miasta. To opowieść o paryżanach, którzy tu żyją i pracują. Ściślej o dwójce paryżan. Mathilde jest wdową z trójką dzieci i pracownicą korporacji na wysokim szczeblu. Jacques jest niedoszłym chirurgiem, który stracił kilka palców i teraz pracuje jako lekarz pomocy doraźnej. Ona nieopatrznie na zebraniu wygłosiła zdanie odrębne do szefa i teraz jest przez niego psychicznie niszczona; on rozstał się właśnie z miłością swojego życia i walczy ze zmęczeniem wywołanym nadmiarem pracy i tęsknotą za ukochaną. Jej życie zamyka się w kole: dom-metro-praca-metro-dzieci-dom; jego: dom-praca-korki-praca-korki-praca-dom. Oboje zaczynają ocierać się o depresję.

niedziela, 7 kwietnia 2019

Wania, Sonia, Masza I Spike, czyli zabawa (z) Czechowem

MaGa: Trzeba mieć nie lada fantazję, żeby postaci rodem z powieści Czechowa przenieść w świat współczesny i zrobić z tego komedię lekką jak piórko. Wystarczy jedynie pozostawić je samym sobie z ich myśleniem „po czechowsku” i takim samym spojrzeniem na świat, ale w innych realiach. Mnie to bawi. Bo oto w domu na wsi mieszkają podstarzali Wania (homoseksualista) i Sonia (niby-siostra, bo adoptowana przez jego rodziców dziewczynka). Rodzice, miłośnicy Czechowa nadawali dzieciom imiona z jego utworów, nie dziwi więc, że kolejna siostra Wani ma na imię Masza. I oto, jak w „Wujaszku Wani” siedzą sobie przed domem Wania i Sonia i jak to u Czechowa smędzą (jakby powiedzieli młodzi), z tęsknotą w głosie opowiadają o tym co było, co utrwaliło się w ich pamięci, o czym marzyli. I o ile w oryginale Wania i Sonia graliby na dramatycznej nucie, o tyle tutaj robią to z lekkim zabarwieniem komediowym. To odwoływanie się do „Wiśniowego sadu”, tutaj składającego się z kilku drzewek, to nawiązywanie do utworu, z którego pochodzą ich imiona, to ciągłe nawiązywanie w rozmowach do dzikiej kaczki (kolejny rekwizyt z „innej bajki”, „Dzika kaczka” Ibsena), a w tym wszystkim służąca dynamiczna i żywiołowa Kasandra umiejąca przepowiadać przyszłość (kolejna i już zupełnie inna bajka). Przyjeżdża do nich siostra Masza (jak ta z „Trzech sióstr”), hollywoodzka gwiazda filmowa przywożąc ze sobą Rosjanina (a jakże), kochanka, o połowę młodszego od niej samej. Masza pragnie sprzedać dom i wysiedlić rodzeństwo, ale niejako przy okazji będzie musiała pójść na bal jako królewna Śnieżka (kolejna bajka), pilnować kochasia, który ugania się za Niną (jak z „Mewy”), a ta z kolei jest pod wrażeniem sławy Maszy i najchętniej wpatrywałaby się w nią jak w obraz. Spike z kolei wygląda jak wyjęty z Big Brother’a amant klasy z końca alfabetu.

sobota, 6 kwietnia 2019

Laponia. Wszyskie imiona śniegu - Marta i Adam Biernat, czyli trochę więcej życia by się przydało

Mam trochę kłopot z tą książką. Lubie reportaże, dowiadywanie się różnych ciekawostek, poznawanie historii, ale i patrzenie na współczesność. Po książce o Wyspach Owczych, liczyłem że Laponia będzie napisana podobnie, tymczasem...