poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Szatandar chwały, czyli my tylko chowaliśmy się przed kulami wroga

Dziś o filmie, który widziałem już kilka dni temu na pokazie wieczornym w Muzeum Dulag 121 w Pruszkowie. Miejsce niby pod nosem, ale wybrałem się tam dopiero po raz pierwszy, a robią naprawdę sporo ciekawych rzeczy (m.in. te pokazy filmów związanych z tematyką wojenną) - pewnie więc będę tam jeszcze zaglądał i może kiedyś jeszcze coś skrobnę. O Muzeum Powstania wiemy już dużo, tu można śledzić dalsze losy Warszawy i jej ludności.

Co o samym filmie? Eastwood reżyserem jest na pewno nawet lepszym niż kiedyś aktorem (bo na starość lepiej dobiera role) i ten film również pod względem rzemieślniczym jest niezły. Ale tylko niezły. Może mówię to dlatego, że w głowie mam "Listy z Iwo Jimy", które pokazują tę samą bitwę z drugiej strony, czyli z punktu widzenia Japończyków. Kapitalny pomysł, zresztą podobno zdjęcia do obu prowadzone były równolegle. I tamten choć widziany już dość dawno temu (pewnie do niego wkrótce wrócę by coś napisać) zrobił spore wrażenie. W "Sztandarze..." jest ciekawa historia, ale zabrakło jak dla mnie tego niesamowitego dramatu i okrucieństwa, bezsensu wojny z Listów... Film jest po prostu trochę nierówny skacząc z obrazów z samych walk (robią wrażenie, ale jest ich niewiele), do wątku głównego, dziejącego się w Stanach...


Punktem wyjścia dla całej historii jest słynne zdjęcie, które widzicie też na plakacie filmu. Cała historia oparta na książce Jamesa Bradleya, który zebrał od umierającego ojca i od różnych ludzi wszystkie szczegóły tego oszustwa. Bo chyba tak można całą tę opowieść nazwać - oszustwo, manipulacja społeczeństwem, celem którego było by w kraju ogarniętym kryzysem zebrać jeszcze trochę kasy na wojnę (sprzedaż obligacji), której nie widziano końca. Nieważne było to, że samo zatknięcie flagi miało dość komiczny przebieg (odbywało się dwa razy), że było ono nic nie znaczącym wydarzeniem (walki trwały z dużym natężeniem jeszcze przez wiele dni) - dla władzy stało się ono symbolem, który miał dać ludziom nadzieję zwycięstwa i trzeba było to wykorzystać do maksimum.
I oto tuż po wyrwaniu kilku chłopaków z pola bitwy, gdzie przeżywali koszmar, nagle oni trafiają w świat przyjęć, uścisków, gratulacji, wielkich widowisk, gdzie podejmowani są jak bohaterowie. Trudno dziwić się, że nie mogą się w tej szopce odnaleźć, gdy wciąż myślą o kolegach, którzy zostali by walczyć, lub zginęli na wyspie. Jest to więc nie tyle film o bohaterstwie w czasie wojny, ale raczej o tym, jak nikt się takim bohaterem nie czuje, a propaganda na siłę stara się takich gierojów znaleźć. 
Po godzinie gdy już znamy z grubsza zarys historii, film troszkę zaczyna się nużyć. Niestety poprzez ciągłe przeskoki chronologiczne i mnogość postaci w scenach walk trudno nam jakoś emocjonalnie zbliżyć się do bohaterów. Na chwilę mogą pomóc w przywróceniu naszej uwagi mocne zdjęcia z walk, ale potem powrót do kanapowej wojny sprawia, że znów wymiękamy. Może za dużo tego, za długo? Najbardziej dla mnie poruszające i symboliczne były dalsze losy i kompletne zagubienie Iry Hayesa - jednego z trójki "wybranych" żołnierzy, który ze względu na indiańskie pochodzenie najbardziej przeżył upadek ze szczytu sławy, zostając jedynie z kawałkiem flagi i koszmarnymi wspomnieniami. 
W Listach... dużo bardziej udało się moim zdaniem dotknąć lęku, okrucieństwa, bólu i nienawiści, całego koszmaru wojny, bez tego patosu, którego jednak sporo się w Sztandarze... uzbierało. Pozostają w głowie jedynie słowa jednego z głównych bohaterów - nie dokonałem niczego bohaterskiego, ja jedynie próbowałem chować się przed kulami wroga. Kto próbował być bohaterem i nie myślał tylko o sobie - najczęściej szybko ginął. Czyż można lepiej oddać cały bezsens wojny?
Niezłe kino, ale trochę zabrakło, by uznać go za obraz wart zapamiętania. Poszczególne sceny w połączeniu z muzyką zachwycają, ale całość już niekoniecznie.
Koniecznie muszę wrócić do Listów...
 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza