Jakoś nie uczestniczyłem w wybuchu popularności Bretta w Polsce, podobnie jak i w przypadku Sandersona, ale nie znaczy to że obserwując półki córki albo innych znajomych, nie mam czasem ochoty na spróbowanie i sprawdzenie czemu wokół tego tyle szumu.
W końcu ładne okładki to nie wszystko, a Fabryka Słów mocno obniżyła poziom tego co kiedyś wydawała, raczej stawiając na ilość a nie na jakość.
W przypadku Malowanego Człowieka po lekturze pierwszego tomu, stwierdzam jednak, że to naprawdę niezła, wciągająca rozrywka. Trzeba przejść przez wymagający początek, gdy dopiero poznajemy bohaterów, przyzwyczaić się do tego, że będziemy między nimi przeskakiwać, ale nie brakuje tu akcji, dramatycznych wydarzeń, a i sam opis uniwersum wydaje się interesujący.
Oto świat, w którym doszło do jakiejś katastrofy, mędrcy twierdzą że to ludzka chciwość i przekonanie o własnej wielkości, doprowadziła ją do upadku. Obecnie ludzie żyją jedynie w skupiskach, jako tako funkcjonując w dnie, ale nocami świat opanowują demony Otchłani, atakując bezlitośnie wszystkie ich siedziby. Chronią ich jedynie runy, kreślone przez nielicznych, którzy się tego uczą, trudno mówić o jakiejkolwiek walce, to raczej siedzenie w schronieniach i modlitwa by bariery magiczne wytrzymały. Kto znajdzie się poza nimi albo gdy znajdzie się w nich wyłom, wszyscy zginą.