środa, 2 sierpnia 2017

Sierpień w hrabstwie Osage, czyli grunt to rodzinka

Konkurs sobie wisi (zerknijcie - 4 książki do rozdania), powoli wygrzebuję się z różnych tekstów, będzie więc czas na pouzupełnianie notek. Oj niełatwy był ten lipiec. Parę dni bardzo sympatycznych (o żaglach pisał nie będę, ale wyprawa na południe może pojawi się jutro), ale i mnóstwo nerwówki.
Mam nadzieję, że sierpień będzie spokojniejszy.
I oby nie taki jak na tym filmie.
Rodzinne spotkania. Różnie pewnie o nich myślimy i różne mamy doświadczenia, ale w filmach to najczęściej okazja do tego, by na jaw wyszły wszystkie pretensje, żale, urazy i tajemnice. I dużo nie trzeba, żeby przyciągnąć uwagę widza. Doszlifować scenariusz, dialogi i dać je do zagrania dobrym aktorom. Meryl Streep. Julia Roberts. Juliette Lewis. Tu można by ciągnąć tą wyliczankę, bo na ekranie jest po prostu wybornie.


I może nie jest to jakoś super odkrywcze, powalające na kolana, ale grunt, że iskrzy, więc się ogląda to z dużą ciekawością. Upał pewnie wcale nie mniejszy niż ten, z którym się teraz zmagamy, konieczność nie tylko krótkiej wizyty, ale i pozostania dłużej na miejscu, i jak to było do przewidzenia hamulce pękają. Ta tragikomedia jest gorzka, bo niewiele tu groteski - to po prostu samo życie, w którym chwilami możemy dostrzec samych siebie. Ilu rzeczy nie mówimy głośno, tłamsimy, robimy z siebie "męczenników"...
Może i trochę jest teatralnie, ale koncert aktorski sprawia, że choćby dla ich kreacji warto "Sierpień..." zobaczyć.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza