wtorek, 29 sierpnia 2017

Kingsman: Tajne służby, czyli parasolem go!


Ponieważ niedługo w kinach druga część tego filmu, więc warto by wspomnieć o pierwszej. Niby lubię Bonda, nie przeszkadza mi naginanie rzeczywistości w tego typu produkcjach, ale zwykle odbywało się to mniej lub bardziej na serio. To co ciekawe w tej produkcji, to że z góry jest ona robiona jako pastisz, a jednocześnie ma w sobie jakąś klasę, przyciąga naszą uwagę i jest na poziomie do jakiego zwykle pastiszowe komedie nawet nie sięgały. Niby scenariusz banalny, ale pomysł na opowiadanie tej historii, rozwiązanie różnych scen, detale to majstersztyk. I choćby dlatego wybiorę się pewnie na część drugą.


Kiingsman: tajne służby - zdjęcieNa pierwszy rzut oka to mógłby być nawet film z kategorii kina familijnego: przecież bohater jest młodziakiem i cała jego droga szkolenia wygląda niczym z klasyki rozwiązań internat-niedoceniana miernota-mentor. Złodziejaszek w dresie ma zostać superagentem w smokingu i ratować świat? Wolne żarty. Ale jak trzeba to trzeba. Cudownie w ten lekko absurdalny klimat wpisuje się Colin Firth - dżentelmen pełną gębą, który jednak potrafi nieźle zaskoczyć, gdy trzeba komuś przyłożyć. Jako nauczyciel i trener daje swojemu pupilowi w kość, ale czujemy też, że ma do niego słabość. Zasady i klasę nosi się w sercu, a nie w portfelu, nieprawdaż? Szkoda, że ich przeciwnik, wcielone zło, niestety nie wyczuł tej konwencji i przeszarżował (Samuel L. Jackson). Ale nie może być idealnie, prawda?
Jak na kino familijne na pewno zbyt brutalne, ale za to może sprawić starszym sporo frajdy. Muzyka, tempo, spora dawka humoru - tak, to naprawdę coś świeżego i oby w części drugiej tego nie zmarnowali.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza