wtorek, 10 marca 2015

Nocny Maraton Filmowy, czyli 4 razy horror


Znowu notka zbiorcza. Ale nie przypadkowo. Wszystkie filmy bowiem zaliczone na jednym seansie. Chyba po raz trzeci byłem na takim wydarzeniu i widzę, że znoszę je coraz lepiej (to znaczy za każdym razem jestem mniej senny). Polecam Wam takie doświadczenie (nie koniecznie z horrorami), w tej chwili widzę, że Multikino urządza je dość regularnie - najbliższa okazja to nadrabianie zaległości z ubiegłego roku z kina polskiego już w najbliższy piątek. 

Horrory jak mało który gatunek pasują na takie seanse i wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że ja trochę już z nich wyrosłem. Ale za to 15 letnia córa wciągnęła się mocno i namówiła mnie żebym robił za opiekuna i kierowcę dla niej i 3 koleżanek. Już samo to zapowiadało niezły horror, nie? Ale przeżyłem. I prawie wszystkie z pokazywanych filmów obejrzałem z przyjemnością, nie brakowało też miłego dreszczyku i podskakiwania w fotelu (a dziewczyny zakrywały głowy kocami, które ze sobą przywiozły). No więc o kolei.

  

Kobieta w czerni. 

Powiedziałbym, że bardzo klasyczny film grozy i to retro, bo opowiada historię z początku XX wieku. Stary dom z własną legendą, zaniedbana wiktoriańska posiadłość, w który nikt nie chce postawić stopy, wokół bagna i droga odcinana przez przypływy... Ciemno, mroczno, po prostu idealna atmosfera, by rosło nasze oczekiwanie i potem by nas trochę postraszyć. Poznajecie tego pana obok? Tak. Harry Potter jest już dorosły :)
To właśnie on gra rolę główną - notariusza, który ma uporządkować papiery, a potem postanawia wyjaśnić tajemnicę i przywrócić spokój domostwu. 
Fajny klimat, dobry pomysł na manipulowanie dziećmi, niezłe zakończenie, chyba jeden z lepszych filmów tego wieczoru. Tajemnica i duchy to coś dużo lepszego niż psychopatyczni mordercy i zombie na jakich teraz moda. Niby się ślimaczy, strach dawkowany po troszeczku, ale jest i to nie tylko w finale. 

Anioł śmierci. 
Tak naprawdę jest do pewnego stopnia kontynuacją Kobiety w czerni. Bo chodzi o tę samą posiadłość, to samo przekleństwo i tego samego ducha. Tylko jeżeli wszystko już wiemy i nie ma zaskoczenia, to co może tu być nowego? Jest więc moim zdaniem słabiej - bo choć więcej jest osób do straszenia (do domu wprowadza się cała grupka dzieci z opiekunkami, które opuściły Londyn w trakcie bombardowań), to nie ma to już takiego uroku. Wiemy, że duch jest złośliwy, wiemy do czego zmierza, trudno więc potem uwierzyć nam w finał, który sprowadza się do fizycznej konfrontacji i przepychanki kto silniejszy. Parę fajnych momentów, ale jednak rozczarowuje, szczególnie gdy ogląda się go tuż po pierwszej części.
Nie znam powieści Susan Hill, które były podstawą do tych filmów, ale zapamiętuję nazwisko do sprawdzenia kiedyś w bibliotece.

Annabelle
Zupełnie inne podejście do tematu straszenia. Tu wszystko musi być dosłowne, a przez to chwilami robi się kompletnie nielogicznie i tak naprawdę mało strasznie. A mogło być naprawdę nieźle. W życiu młodego małżeństwa spodziewającego się dziecka, pojawia się lalka. Nie zwyczajna, jakich wiele już zgromadzili w swoim domu, ale ta ma w sobie jakaś dziwną aurę. I jak się okazuje potrafi oddziaływać na ludzi. Gdyby tylko ten wątek pociągnięto, może mielibyśmy coś ciekawego (choć nie wiem czy to materiał na półtorej godziny), ale twórcy postanowili dać łopatą po łbie i za lalką śladami rodziny przeprowadzającej się do nowego mieszkania wędruje prawdziwy diabeł. Wszechmocny i straszny, a goni po klatce schodowej niczym zwyczajny człek i najnormalniej w świecie nie może nikogo złapać. No dajcie spokój. To już Polański z Dzieckiem Rosemary bardziej straszył, bo tam był niepokój, niepewność, szaleństwo, które otwiera drzwi dla nieznanych sił, które są nie do opanowania. A tu? Parę niezłych pomysłów, ale też jakby już gdzieś widzianych. I tyle. Klasyczny horror, ale takie pomysły, które przed laty przyprawiały o ciarki, dziś, w dobie efektów specjalnych, już nie robią wrażenia. Zamiast dosłowności, lepiej było pozostać na rozgrywaniu naszych lęków i niepewności. 
Rec 4 Apokalipsa.
A na to powinienem chyba spuścić zasłonę milczenia. 
Nie trawię wszystkich masakr mechaniczną piłą, zombiaków, które chcą pożreć ostatnich ocalałych ludzie na ziemi. No jakoś mnie to nie rusza. I nie straszy, a raczej budzi odrazę, obrzydzenie. Hektolitry keczupu i podniecanie się tym jak głęboko uda się wbić coś w ciało albo co z niego odciąć? To nie dla mnie. Nie marudzę więc na to, że to dzieło hiszpańskie (a co za tym idzie chwilami masz dialogi niczym z telenoweli brazylijskiej, a aktorzy w większości nie mają za grosz ikry), że nie znam poprzednich części, że pełne bzdur i przewidywalne (ktoś przeżyć musi, choćby było to mało realne). Marudzę na gatunek jako taki. Mało mnie to obchodzi skąd pochodzi wirus, który zamienia ludzi w potwory, ani czy jest na to lekarstwo. I tak wiadomo, że w filmie chodzi o jatkę i pozostaje tylko pytanie ilu ludzi reżyser poświęci oraz ile ci co przeżyli będą mieli rozwałek na koncie. Doprawdy nie wiem czym różnią się te głupoty od tego z czego śmialiśmy się już w latach 80, czyli Rambo i podobnych produkcji. 

8 komentarzy:

  1. Jak coś ma numer 4, to raczej się nie ma arcydzieła co spodziewać, ale pierwszy Rec to pozycja absolutnie kultowa. Jeden z najlepszych horrorów ostatnich lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. serio? No dobra, spróbuję kiedyś jedynkę

      Usuń
  2. Oglądałam " Kobietę w czerni"oraz "Anabelle". Filmy ciekawe, jednak moim numerem 1 wśród horrorów jest "Obecność" :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie dałabym rady wysiedzieć takiego maratonu, za bardzo strachliwa jestem;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w którymś momencie to już się nawet zabawne robi...

      Usuń
  4. Horrory to nie mój klimat, zwłaszcza te amerykańskie, ale japoński "Ring" i hiszpański "Labirynt fauna" bardzo mi się podobały.
    P.S. Książka doszła, wielkie dzięki!!!!

    OdpowiedzUsuń