Rany, co to było... Dawno mnie nie zmęczyła żadna lektura: chaos, wodolejstwo i kompletnie położona fabuła to moje refleksje i tylko dziwię się gdy czytam recenzję ludzi którzy pieją z zachwytu. Wiadomo, gusta są różne, ale naprawdę ten debiut to przerost formy nad treścią. Pomysł by dokonać jakiejś próby retellingu osiemnastowiecznej legendy o Bestii z Gévaudan, w połączeniu z oddaniem atmosfery jaka panowała we Francji tuż przed wybuchem rewolucji, mógłby być całkiem fajny. Tyle że autor wydumał sobie, że opowieść osnuje wokół konfliktu pomiędzy jakimiś starożytnymi siłami, które wcielając się w istoty na ziemi, od czasu do czasu przeżywają tu różne przygody, rozgrywają jakieś swoje interesy, jednocześnie bawiąc się ludźmi. Większość przypisów jakie znajdziecie co parę stron dotyczy właśnie tych tajemniczych sił i próby uporządkowania wiedzy o ich przymiotach o sposobach zachowania, tyle że nie ma to kompletnie nic wspólnego z akcją w której właśnie jesteś. No dobra - ktoś powie, po prostu trzeba pomijać przypisy skoro cię drażnią, ale w fabule jest tyle samo bałaganu, wydarzeń od czapy, jeszcze więcej komentarzy i dygresji bez sensu, więc z jej śledzenia nie ma prawie żadnej przyjemności.
Wygląda to tak jakby autor pomyślał sobie: jeżeli napiszę książkę przygodową, z elementami magii, wątkiem homoseksualnym, to pewnie nie wzbudzę wielkiej ciekawości, więc przeniosę akcję na wyższy poziom: siły z którymi ludzie będą próbowali walczyć wielokrotnie będą ich przerastać i nawet lepiej żeby nie próbowali zrozumieć. Zabawię się więc z czytelnikiem i będę udawał, że mam wiedzę tajemną o tych istotach, które żyją po tysiące lat i przerzucają się epitetami, winami, obietnicami i klątwami. Bedę co i rusz podrzucał jakiś fragmencik wiedzy, ale tak żeby nie dało się i tak z tego złożyć całości, a na koniec czytelnik był jeszcze głupszy niż na początku.
Wokół krew się leje, bogacze są chciwi i ślepi, a ich podwładni biedni i coraz bardziej wściekli. Skoro szlachta nawet nie potrafi ich obronić przed bestią, która morduje kogo chce, to za co oni mają być wdzięczni i płacić podatki, skoro sami przymierają głodem...
Całe to wypijanie dusz, wszystkie te tajemno-magiczne sztuczki i opisy zmagań pełne detali mogą robić wrażenie chyba jedynie na osobach, które niewiele fantasy czytały i dają się złapać na to że to coś ekstra. Tymczasem to nie żadne złoto, tylko jakiś badziew pomalowany złotą farbą. Dołożenie Joanny d'Arc też nie pomoże, skoro to specjalnie nie wiąże się w jakiś czytelny sposób z fabułą. No dobra, autorowi wydawało się, że się łączy. Ba, może jeszcze ktoś to rozkminił i wydało mu się to nie tylko logiczne, ale i wyjątkowo smakowite. Moje odczucia są subiektywne, ale trochę już w życiu przeczytałem i wiem co wciąga a co nie. Dla mnie to męczące wypociny człowieka który postanowił być "bardziej niż inni" i tak zbudować karkołomnie fabułę, żeby wydawała się wyjątkowa. Demony, anioły, sukuby, czarownice, rytuały, jeszcze chyba tylko elfów i krasnoludów zabrakło. A wyszła po prostu chaotyczna i grafomańska pisanina, ani ciekawa ani nawet podniecająca (choć pewne sceny chyba były pisane z takim zamiarem).
Szkoda pomysłu i nawet klimatu, który mógłby zostać bazą dla wciągającej opowieści, szkoda też pięknego wydania, skoro tak naprawdę nawet jak sięgniecie po ten tytuł to najlepiej potem o nim jak najszybciej zapomnieć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz