Co tam w telewizorku? Ostatnio mniej oglądam, ale zróbmy małe podsumowanie. Piąty sezon Gomorry, chyba z sentymentu, bo przewidywalne i już nie trzyma tak w napięciu. Pajęczyna po pierwszym odcinku rozczarowała strasznie. Zerkam też na różne programy "rozrywkowe" i słabiutko, naprawdę słabiutko... Mask singer żenujący i chyba nawet bardziej w wykonaniu jurorów niż artystów, 99-Gra o wszystko kręcone tak, by było jak najwięcej sensacji, choćby jej nie było za grosz, a Rejs przez Atlantyk mam nadzieję jeszcze się rozkręci, choć już miałbym ochotę co niektórych wyrzucić za burtę - jak oni z nimi wytrzymali?
Żeby nie było tak, że tylko marudzę - przypomniałem sobie "Zagraj to jeszcze raz, Sam" i jeżeli ktoś by pytał czemu wciąż lubię Woody'ego Allena, to tu ma odpowiedź. Wiem, że już do pewnego poziomu nie wróci, bo też dziś trudno by sobie było wyobrazić film oparty na tak abstrakcyjnych dialogach, w którym tak niewiele się dzieje. Ale sentyment pozostał i wciąż szukam w jego produkcjach śladów tamtego inteligentnego poczucia humoru, autoironii.
Myślałeś kiedyś o tym jak gromadzić te ulotne chwile towarzyszące dobremu filmowi, spektaklowi, płycie czy książce? To miejsce na dzielenie się opiniami czy emocjami. Zachwytem i rozczarowaniem. Mam nadzieję, że będzie ono nie tylko dla mnie. W natłoku śmieci warto szukać perełek - każdy dzień to jedna propozycja kulturalna w notatniku. Znajdźmy czas dla siebie - na książkę, kino, teatr, koncert czy płytę. Jeżeli nie teraz to kiedy?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woody Allen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woody Allen. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 17 marca 2022
piątek, 14 sierpnia 2020
Annie Hall, czyli czy rozumiesz czym jest miłość?
Od czasu do czasu warto wrzucić notkę z czymś starszym, żeby przypomnieć młodszemu pokoleniu, że filmu powstawały również przed rokiem 2000. I to lepsze!
Żartuję - sam nadrabiam różne zaległości albo oglądam coś ponownie z przyjemnością, a potem staram się dołączyć notkę do tej dłuuuugiej listy obejrzanych filmów.
Z Allenem jest tak, że albo się go lubi albo nie trawi. Większość filmów ma przegadanych, ale to właśnie w tych dialogach ukrywa się to za co kochamy tego reżysera. Inteligentne dowcipy, trochę neurotyczne grzebanie we własnych emocjach, rozważanie na głos tego, o czym rzadko się mówi. Nikt tak ciekawie nie pokazuje różnych frustracji, lęków, nerwic, jednocześnie bawiąc rozbrajającą szczerością i przykuwając uwagę, bo w tych jego poszukiwaniach idealnego związku, obrazu siebie, który by nie dołował, radości życia i odpowiedzi na różne pytania, jest coś fascynującego.
Żartuję - sam nadrabiam różne zaległości albo oglądam coś ponownie z przyjemnością, a potem staram się dołączyć notkę do tej dłuuuugiej listy obejrzanych filmów.
Z Allenem jest tak, że albo się go lubi albo nie trawi. Większość filmów ma przegadanych, ale to właśnie w tych dialogach ukrywa się to za co kochamy tego reżysera. Inteligentne dowcipy, trochę neurotyczne grzebanie we własnych emocjach, rozważanie na głos tego, o czym rzadko się mówi. Nikt tak ciekawie nie pokazuje różnych frustracji, lęków, nerwic, jednocześnie bawiąc rozbrajającą szczerością i przykuwając uwagę, bo w tych jego poszukiwaniach idealnego związku, obrazu siebie, który by nie dołował, radości życia i odpowiedzi na różne pytania, jest coś fascynującego.
poniedziałek, 12 sierpnia 2019
W deszczowy dzień w Nowym Jorku, czyli Woody Allen dawno nie był tak dobry

Mam wrażenie, że oglądając ostatnie filmy Wooody'ego Allena wciąż oglądam tę samą historię. Zmieniają się widoczki, sami aktorzy, ale dylematy bohaterów są identyczne - jak rozpoznać prawdziwą miłość, szczęście, jak przestać tkwić w sytuacji, która jakoś nas ogranicza.W porównaniu z innymi komediami romantycznymi na pewno jego produkcje wyróżniają się ogromnie na plus: inteligentne dialogi, niebanalne sytuacje, specyficzny humor, ale niestety równie szybko się o nich zapomina jak i o większości produkcji z tego gatunku. Niestety nie zawsze udaje mu się też uniknąć kiczowatych zakończeń - tym razem niestety dla mnie to było spore rozczarowanie.
sobota, 16 grudnia 2017
Na karuzeli życia, czyli niewesoło w wesołym miasteczku
Chyba się już przyzwyczailiśmy do tego, że każdy kolejny film Woody'ego Allena reklamowany jest jako powrót do formy sprzed lat, niesamowicie zabawny, błyskotliwy itp. A potem idziesz do kina i masz wrażenie, że chyba ci co wymyślali te hasła reklamowe byli na innym filmie.
Nie narzekam - reżyser jak na swoje 82 lata wciąż jest w formie i nie zwalnia tempa (mniej więcej jeden film na rok), ogląda się to całkiem przyjemnie, garną się do niego najlepsi aktorzy... A że nie ma już tej iskry co dawniej - cóż, zwykle pośpiech nie jest dobrym doradcą i może warto by było popracować nad scenariuszem i detalami. Nazwisko jest jednak taką marką, że ludzie i tak pójdą do kin. Czego więc spodziewać się tym razem?
Na pewno nie komedii. Choć może i chwilami ma być bardziej na luzie i postacie są całkiem sympatyczne, to wymowa całości jest raczej gorzka i niewesoła. W dość urokliwej, oldschoolowej scenerii lunaparku z lat 50, Allen opowiada nam o rozczarowaniu, straconych marzeniach i egzystencji, w której niewiele jest radości. Ginny (świetna Kate Winslet) zawsze marzyła o byciu aktorką, o występach i ciekawym życiu, a los skazał ją na pracę kelnerki i życie u boku faceta (Jim Belushi), który nie ma wielkich ambicji i tym bardziej nie rozumie jej pragnień. Praca, migreny, użeranie się z synem, który sprawia różne trudności wychowawcze, pilnowanie męża, by nie miał okazji do sięgnięcia po alkohol, bo po nim staje się agresywny - no po prostu szaro, smutno, nijako. Nic jej nie cieszy, a gdy pojawia się u nich młodziutka córka Humpty'ego (Juno Temple), ukrywająca się przed byłym mężem i znanym gangsterem, Ginny będzie miała jeszcze więcej okazji do narzekania. Dla niej mąż kasy nigdy specjalnie nie ma, ale dla córki nieba by przychylił.
Kobieta znajduje swoją ucieczkę w związku z młodym, przystojnym ratownikiem z plaży (Justin Timberlake) - ten romans wlał w nią nową nadzieję na jakąś zmianę w życiu. Czworo ludzi, ich niespełnione ambicje, wygasły lub dopiero odrywany żar namiętności i historia stara jak świat: miłość i zazdrość, młodość i doświadczenie, naiwność i wyrafinowanie.
Nie ma w tym nic wyjątkowego, choć ogląda się całkiem przyjemnie, głównie ze względu na grę aktorów i klimat całości. Trochę nostalgiczny, ciepły obrazek Coney Island, z ładną muzyką jazzową co prawda nijak ma się do emocji jakie gdzieś kotłują się w bohaterach, ale sprawia że całość ma mniej dramatyczny, lżejszy ton. Nawet mafii nie trzeba się bać.
Jeżeli miałbym wskazywać dlaczego warto się wybrać na "Na karuzeli życia" do kina, tak naprawdę mogę powiedzieć jedynie: Kate Winslet jako Ginny - to świetnie zagrana, wiarygodna postać. Cała reszta to rzeczy, które już niejeden raz Woody Allen nam fundował i tym razem niestety nie robi to większego wrażenia.
Nie narzekam - reżyser jak na swoje 82 lata wciąż jest w formie i nie zwalnia tempa (mniej więcej jeden film na rok), ogląda się to całkiem przyjemnie, garną się do niego najlepsi aktorzy... A że nie ma już tej iskry co dawniej - cóż, zwykle pośpiech nie jest dobrym doradcą i może warto by było popracować nad scenariuszem i detalami. Nazwisko jest jednak taką marką, że ludzie i tak pójdą do kin. Czego więc spodziewać się tym razem?
Na pewno nie komedii. Choć może i chwilami ma być bardziej na luzie i postacie są całkiem sympatyczne, to wymowa całości jest raczej gorzka i niewesoła. W dość urokliwej, oldschoolowej scenerii lunaparku z lat 50, Allen opowiada nam o rozczarowaniu, straconych marzeniach i egzystencji, w której niewiele jest radości. Ginny (świetna Kate Winslet) zawsze marzyła o byciu aktorką, o występach i ciekawym życiu, a los skazał ją na pracę kelnerki i życie u boku faceta (Jim Belushi), który nie ma wielkich ambicji i tym bardziej nie rozumie jej pragnień. Praca, migreny, użeranie się z synem, który sprawia różne trudności wychowawcze, pilnowanie męża, by nie miał okazji do sięgnięcia po alkohol, bo po nim staje się agresywny - no po prostu szaro, smutno, nijako. Nic jej nie cieszy, a gdy pojawia się u nich młodziutka córka Humpty'ego (Juno Temple), ukrywająca się przed byłym mężem i znanym gangsterem, Ginny będzie miała jeszcze więcej okazji do narzekania. Dla niej mąż kasy nigdy specjalnie nie ma, ale dla córki nieba by przychylił.
Kobieta znajduje swoją ucieczkę w związku z młodym, przystojnym ratownikiem z plaży (Justin Timberlake) - ten romans wlał w nią nową nadzieję na jakąś zmianę w życiu. Czworo ludzi, ich niespełnione ambicje, wygasły lub dopiero odrywany żar namiętności i historia stara jak świat: miłość i zazdrość, młodość i doświadczenie, naiwność i wyrafinowanie.
Nie ma w tym nic wyjątkowego, choć ogląda się całkiem przyjemnie, głównie ze względu na grę aktorów i klimat całości. Trochę nostalgiczny, ciepły obrazek Coney Island, z ładną muzyką jazzową co prawda nijak ma się do emocji jakie gdzieś kotłują się w bohaterach, ale sprawia że całość ma mniej dramatyczny, lżejszy ton. Nawet mafii nie trzeba się bać.
Jeżeli miałbym wskazywać dlaczego warto się wybrać na "Na karuzeli życia" do kina, tak naprawdę mogę powiedzieć jedynie: Kate Winslet jako Ginny - to świetnie zagrana, wiarygodna postać. Cała reszta to rzeczy, które już niejeden raz Woody Allen nam fundował i tym razem niestety nie robi to większego wrażenia.
środa, 10 sierpnia 2016
Śmietanka towarzyska, czyli czytając scenariusze łatwo uwierzyć w szczęśliwe zakończenie

Znowu zaczynam oglądać trochę więcej, chyba kryzys z brakiem czasu na razie już za mną. Zabieram się więc za odgruzowanie szkiców notek. Na początek Woody Allen. Ja mam słabość do tego faceta. Nawet jeżeli nie zgadzam się na nazywanie jego ostatnich filmów komediami, nie śmieję się na nich w głos, to i tak lubię je za tą dziwną ironię, za talent do opowiadania o sprawach męsko damskich ze zgryźliwością, ale jednocześnie z odrobiną romantyzmu. On śmieje się z naszych złudzeń, marzeń o szczęśliwej miłości, ale i często kończy swoje filmy mrugnięciem oka, jakby mówił: czymże jednak byłoby życie bez takich złudzeń i marzeń...
O najnowszym filmie Allena napisano już sporo i choć trochę mnie dziwią zachwyty i nazywanie tej urokliwej ramotki czymś świeżym, zaskakującym, to wcale nie żałuję seansu i wszystkich tych, którzy wiedzą czego po tym reżyserze się spodziewać, zachęcam, żeby do kina się wybrali. Obsada może i ciekawsza w tle, a nie na pierwszym planie, ale u Allena raczej liczą się dialogi - to w nich leży większość uroku jego filmów.
czwartek, 27 sierpnia 2015
Nieracjonalny mężczyzna, czyli skąd to rozczarowanie?
Dwie z premier, które już jutro w kinach obejrzane, ale o której by tu pisać? Jutro może o filmie z Tomaszem Kotem, bo mimo pewnych słabości film warto jest obejrzenia, a jak znajdę czas między koncertami w weekend to napiszę i o drugim. Ale od razu uprzedzam, że będę odradzał, oburzał się i wydziwiał. Sami już pewnie odgadliście na temat jakiego obrazu.A na dziś Woody Allen. Mój entuzjazm do tego twórcy już dawno jakoś przygasł i mam wrażenie, że coraz mniej inteligentnego humoru w jego filmach. Wciąż międlić to samo, zmieniając tylko aktorki i dekoracje? Chyba nawet miłośnicy Allena muszą przyznać, że świeżości w tym już nie ma za grosz.
No dobra, nie marudzę. Obejrzałem z ciekawością. Nie wyszedłem. Zaśmiać się nie zaśmiałem, ale też nie ma co udawać, że wiele filmów tego reżysera nie powinno być reklamowanymi jako komedie, byłyby lepiej zrozumiane. Z przyjemnością popatrzyłem na uroczą Emmie Stone. Joaquin Phoenix wypada ciekawie, może trochę zbyt zblazowany, ale taką mu już tę rolę napisano. I pewnie na tym notkę mógłbym zakończyć. A fabuła?
poniedziałek, 10 listopada 2014
Blue Jasmine, czyli król bywa nagi
Ostatnio wybierałem rzeczy świeżo przeczytane lub obejrzane, a przecież mam zaległości z wielu tygodni - szkice i tytuły ponotowane i tylko natchnienia i czasu by pisać. A wydawałoby się, że jedna notka dziennie to tak wiele, że materiału zabraknie. Kilkadziesiąt filmów, cztery seriale, chyba 8 książek wciąż czeka na swoją kolejkę. Dziś Woody Allen.
Strasznie mnie wkurza gdy reklamuje się jego filmy jako komedie (czasem na siłę, czasem bardziej trafnie), bo przecież to duże spłycenie. Nawet jeżeli się śmiejemy, zwykle jest to śmiech "po coś", w tej opowieści jest coś głębiej. W przypadku Blue Jasmine, to określenie jest szczególnie mało trafne i jeżeli ktoś nastawi się na komedię, będzie bardzo rozczarowany. Ale sto razy wolę takie filmy Allena, niż raczej płytkie obrazki z Rzymu i kolejnych miast Europy.
czwartek, 25 kwietnia 2013
Zelig, czyli potrzeba akceptacji
Dziś totalnie zwariowany wieczór w Toruniu, jutro powrót, a że w aucie ratuję się i audiobookiem i muzyką, spodziewajcie się notek w najbliższym czasie właśnie wokół rzeczy do słuchania.
A dziś? Chyba jeden z moich ulubionych filmów Woody Allena - uważam, że świetnie oddaje jego poczucie humoru i jednocześnie w formie żartobliwej pokazuje nam coś ważnego. Stylizowany na dokument film, okraszony wywiadami z różnymi ważnymi postaciami światka nauki i kultury, jest rzeczą, która wciąż bawi, ale i jednocześnie może dawać do myślenia.
poniedziałek, 17 września 2012
Co nas kręci, co nas podnieca, czyli mistrz ciętej riposty
W ciągu ostatnich kilku tygodni kolejny raz o filmie Allena. Ale mi się seria zrobiła - to wszystko przez tę noc Allenowską w Multikinie, bo nagle nabrałem ochoty by przypominać sobie, albo odkrywać wszystkie jego nowsze filmy (do starych też pewnie wrócę). Co można powiedzieć o "Whatever works" (beznadziejne tłumaczenie prawda)? Na pewno to, że choć sam reżyser się tu nie pojawia to w postać głównego bohatera i w te dialogi włożył bardzo dużo swojego poczucia humoru i zgryźliwości, tej cudownej mieszanki inteligencji i ironii. Bo tego, że film dzieje się na Manhattanie (ukochanym dla Allena) jakoś tak bardzo nie widać. Sama fabuła nie jest jakoś specjalnie odkrywcza - ostatnio często mamy u niego wątek młodych bohaterów, którzy poszukują jakichś zmian w swoim życiu i dojrzewają do prawdziwej miłości, która jest tuż za rogiem. Może bawić to, że tu mentorem życiowym i partnerem (mężem) dla 20 letniej Melodie staje się lekko zgrzybiały już i zdziwaczały staruszek. Ale jak sobie przypomnimy życiorys bohatera to przestajemy się dziwić czemukolwiek...
piątek, 7 września 2012
O północy w Paryżu, czyli ech te złote czasy
Woody Allen ostatnio u mnie częstym gościem. W zanadrzu mam jeszcze do opisania dwa, ale tego nie chciałem dłużej odkładać (i tak czekał dwa tygodnie). Dlaczego? Bo bardzo ten film polubiłem. Wiem, wiem, To nie ten sam Allen co w dawnych mistrzowskich filmach. Ale i tak jak na ostatnie lata, ten film i tak jest najciekawszy. Polubiłem go nawet nie za Paryż, za ten klimat, ale przede wszystkim za pomysł cofania się w czasie i możliwości spotkania z dawnymi mistrzami. To pełne humoru, ironii mruganie okiem do widza bawiło mnie niezmiernie i nawet nie przeszkadzał mi nawet dość słodkawy i prosty ton całości.
Pewnie już wszyscy ten film znają, narobił sporo szumu, więc niby o czym pisać, skoro nie odkryję nic nowego, więc tylko wypunktujmy.
sobota, 25 sierpnia 2012
Zakochani w Rzymie, czyli lekko, przyjemnie i tylko tyle
Oj uzbierało się trochę materiałów na różne notki, ale odkładam na bok pisanie o lekturach i filmach starszych by zająć się na gorąco nowością. Chyba głównie ten film skusił mnie do tego by po raz pierwszy spróbować Nocnego Maratonu Filmowego. 4 filmy Woody'ego Allena pod rząd i ponad 7 godzin w kinie? Uff! Pocieszaliśmy się tym, że w razie czego zależy nam głównie na dwóch najnowszych i tak też się stało - nie nadajemy się na długie dystanse :) (choć jak później się okazało po powrocie i tak spać nie poszliśmy). Nieskładność myśli i słów w tej notce zwalajcie więc na niewyspanie i ogólny mętlik w głowie, bo myślę jednocześnie już o innych zaległych notkach i rzeczach, które w trybie natychmiastowym powinienem skończyć czytać, oglądać itd.
Ci, którzy lubią tego reżysera pewnie już naczytali się recenzji i wiedzą czego się spodziewać :) Ale powiedzcie sami - czyż jest to zaskoczenie? Wszak kilka ostatnich produkcji Allena to tylko klony, które realizowane są wg. podobnego schematu - Amerykanin/nka przyjeżdża do ... i tu wstaw jakieś miasto europejskie. Do tego jakieś znane twarze aktorów i jedziemy. A treść? W sumie mniej ważna - to kompilacja jakichś elementów, które znamy z innych jego filmów, choć coraz częściej wszystko kręci się wokół szczęśliwej/nieszczęśliwej miłości, zdrady (i jej bagatelizowania) i namawiania by "otworzyć się" na innych, na atmosferę miejsca, a na pewną znajdziesz szczęście, miłość itd. Mieliśmy już Barcelonę, Paryż, Londyn, teraz Rzym i wcale by mnie nie zdziwił ciąg dalszy. Nawet jak Kraków nie wyłoży tych 10 mln. dolarów, których zażądali agenci reżysera zawsze można jeszcze nakręcić np.: "Olga, Natasza, Petersburg", "Zauroczeni w Berlinie", "O 11 w nocy w Budapeszcie", "Poranek w Pradze", "Upaleni w Amsterdamie" albo "Noc polarna w Helsinkach"...
piątek, 3 czerwca 2011
Vicky Cristina Barcelona, czyli Allen zaprasza do Hiszpanii
Przy okazji tego, że mam teraz sporo pracy na kompie również w domu odświeżam sobie też różne filmy sprzed kilku lat. A, że lubię Woody'ego Allena to jako jedna z pierwszych odświeżanych poszła jego jedna z ostatnich produkcji (ostatnia czeka na swoją kolej). I podobnie jak za pierwszym razem - strasznie mieszane uczucia. Drażni troszkę głos narratora, historia też jest raczej jakaś dziwaczna (trójką erotyczny, ciągłe zamiany partnerek, trudno tu wskazać kogoś ewidentnie szczęśliwego w swoim związku). A mimo wszystko klimat tej historii, jakiś taki mało śpieszny, świetne zdjęcia, muzyka no i oczywiście plenery Hiszpanii, fajnie dobrani aktorzy (szczególnie neurotyczna Penelope Cruz) - to wszystko sprawia, że film oglądamy z przyjemnością.
Gdyby podsumować ten film jednym zdaniem to chyba najtrafniejsze byłoby określenie: o poszukiwaniu prawdziwej miłości. Co nią jest? Czy pragnienie uporządkowania swojego życia, oparcia w kimś do nas podobnym, pożądanie, chęć doświadczenia jakiejś odmiany i szaleństwa, pragnienie tego by być w centrum uwagi itd? Czy wątpliwości, nuda, kłopoty w związku (albo z samym sobą) przekreślają prawdziwe uczucie? Czy uganianie się za ułudą czegoś co wydaje się chwilową fascynacją przyniesie nam szczęście?
Subskrybuj:
Posty (Atom)




