sobota, 1 sierpnia 2026

Odzyskany, czyli tak trudno wybaczyć, tak trudno naprawić

Zdaje się że od jutra już można napotkać pokazy przedpremierowe tego obrazu, uznałem więc że to nim zacznę sierpień na Notatniku. 

Przyznam od razu że mam z nim trochę problem. Kibicuję środowiskom takim jak Rafael Film w ich działaniach, bo uważam że skoro jest publika która chce oglądać filmy w których wartości i wiara są mocniej podkreślane, w których nie ma przemocy ani treści które uważają za szkodliwe, to jak najbardziej warto przebijać się do kin, a nie zamykać jedynie w salkach parafialnych. 

Brak tak potężnych środków finansowych jak przy komercyjnych produkcjach dla masowego widza niestety czasem jest mocno widoczny i trudno oprzeć się wrażeniu, że warto by jednak przed puszczeniem czegoś w obieg dopieścić to i owo. 

Różne już filmy z wątkiem uzależnienia, nawrócenia, próby naprawiania błędów, mieliśmy okazję oglądać, tym bardziej więc warto zastanowić się czym nasz film będzie się wyróżniał, czemu ta historia jest warta opowiedzenia. I tu, na poziomie scenariusza i reżyserii, a nie w detalach technicznych czy aktorstwie tkwi w mojej ocenie pewien problem w "Odzyskanym". 



Marcin Kwaśny nie zrobił filmu którego można by się spodziewać - uzależnienie i próba wyjścia z tego ku wolności, przy mocnym zaakcentowaniu znaczenia wiary i modlitwy. Nie, nie, to nie takie proste. To film, który nie daje zbyt wiele nadziei w tym względzie (dyskusyjne czy to dobrze czy źle), a jest raczej historią o poszukiwaniu przebaczenia. Syn (Filip Gurłacz) który sam przeżywa spore problemy życiowe, finansowe, zdesperowany nie waha się nawet łamać prawa, raczej nie myśli o tym by szukać kontaktu z ojcem, który zostawił jego i matkę gdy zachorowała. Dziś mężczyzna (Andrzej Mastalerz) to wrak człowieka, bezdomny który jest uzależniony od alkoholu. Gdy jednak będzie potrzebował pomocy, syn mu jej nie odmówi. I ku swojemu własnemu zdumieniu, sam też odnajdzie w tych wspólnych chwilach jakiś spokój, może nadzieję na to że zmiana jest możliwa. Nie każdy w to uwierzy, wykorzysta swoją szansę, ale trzeba zrobić tyle ile się da... 

Warstwa psychologiczna jest zatem całkiem ciekawa, choć twórcy chyba trochę pogubili się w tym materiale, nie do końca czując co będzie potrzebne a co zbędne. I tak niektóre wątki, które mogą być dla widza istotne są kompletnie niedopowiedziane, film urywa się i przeskok o kilka lat ma nam dać jakiś morał. Wiele scen jest mocno przedłużonych np. opowieść zaprzyjaźnionego księdza, która w ramach naprędce zorganizowanego meetingu miała dać nadzieję na wyjście z uzależnienia, potem jednak się ich nie wykorzystuje. O modlitwie i wierze kilkukrotnie się sporo mówi, ale one też nie są wcale pokazane jako rozwiązania dające natychmiastowe efekty.  


Najważniejsze wydają się więc chwile spędzone razem i świadomość tego jak wielu rzeczy się nie cofnie, ile obaj utracili. Bez tłumaczenia dlaczego, bez oskarżeń, tak jakby ta druga szansa polegała po prostu na tym, by cieszyć się tym co im zostało, tą nadzieją na kilka dobrych chwil, wspomnień, dni. By potem nie żałować że nawet nie spróbowali razem pobyć, dać sobie chwili radości. Oczywiście syn pewnie mógłby mieć żal: nie było cię wtedy gdy potrzebowałem, nawet teraz nie jesteś mi w stanie pomóc, tylko co to zmieni w jego sytuacji. Twórcy jakby na moment zawieszają wszystkie problemy, pozwalając im tkwić przez moment w jakiejś bańce. A potem nawet gdy ją niszczą sugerują, że coś ważnego już w bohaterze dokonało i kiełkuje ku większej zmianie. 

Aktorsko może bez powodów do wielkich zachwytów, ale też bez powodów do marudzenia. 
Brak większego tempa, czasem dość monotonne tło muzyczne (Robert Janson), słaby montaż (ewidentnie urwany meeting), można by jeszcze darować, gdyby nie brak spójności scenariuszowej, nielogiczności (ewidentna scena topienia się). Szkoda też że nie wykorzystano nadziei, by pokazać że nałóg mimo wszystko można pokonać - odbieranie tego widzom, którzy być może zmagają się z piciem kogoś bliskiego gdy można to było załatwić choćby jakąś planszą z informacjami o miejscach pomocy to dla mnie spory błąd. Kwaśny zdaje się uznał, że dużo ciekawsze będzie pokazanie wymiaru duchowego - niezależnie co na ciebie spadnie, znajdziesz moc by przez to przejść, byleś miał w sobie pokój, a nie złość na cały świat i na wszystkich wokół. To też trochę obietnica która może zawieść, podobnie jak obiecywanie że zawsze uda się pokonać uzależnienie, jak widać jednak z perspektywy kina odwołującego się do wartości religijnych istotniejsza niż zmierzenie się z konkretnymi problemami i pokazanie sposobów na uzyskanie pomocy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz