poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Tribute to Queen, czyli czy to wciąż może brzmieć tak samo

Ot, ciekawostka, do mojego miasteczka, w ramach koncertów letnich w plenerze zapraszani dotąd byli muzycy i zespoły, którzy gdzieś już mocno zaistnieli w przestrzeni muzycznej, a tu proszę - zespół o którym niewiele wiadomo, a reklamuje się go że jako jedni z nielicznych mają glejt od fan clubu międzynarodowego Queen, że robią to dobrze. 

Dopiero potem ze zdumieniem odkryłem że za nazwą Ambitus kryje się raczej nie jeden zespół ale cały projekt menadżerski, do którego potem dopraszani są różni muzycy (można sprawdzić tu). Grają nie tylko covery Queen w wersji rockowej lub akustycznej, ale też np. Stinga, klasyki rockowe, Grechutę a nawet przeboje Zenka grane w wersji latino... No przyznacie że trochę pachnie to chałturzeniem jakby wszystko jedno było im co grają. Nie można jednak przecież przekreślać z tego powodu muzyków, tylko trzeba dać im szansę i sprawdzić jak to robią? Może jednak jest to nie tylko profesjonalne, ale i wkładają w to serducho? 


 


I powiem tak: wciąż mam trochę wątpliwości i chętnie bym zobaczył ich w innej odsłonie, ale to co pokazali dla publiki w Piastowie to był naprawdę dobry poziom. Ja wiem - część dźwięków była nagrana, nie dali by rady zagrać na żywo całości, ale chwilami muzycznie to było prawie jeden do jednego to co znamy z nagrań Queen, szczególnie gitarzysta (zdaje się Andrzej "Smukły" Maleńczuk) był fenomenalny i jego solówki po prostu zachwycały. A przejścia między gitarą klasyczną a elektryczną to już pokaz wirtuozerii. Wiadomo: wokalu i charyzmy Freddiego nie da się łatwo odtworzyć, ale Janusz Maleńczuk choć z trochę inną barwą naprawdę dawał radę i nie czuć było jakiejś ogromnej przepaści. Gdy jednocześnie śpiewał w jednym numerze duet Bowiego i Mercury'ego wokalista udowodnił że umiejętności skalowe ma całkiem niezłe. Muzycznie - bez wielkich zastrzeżeń, wokalnie - jest dobrze, choć można by było jeszcze ciut popracować nad barwą, dykcją i show. 

Wymagam zbyt wiele? 

 

Cóż... może. Wszak panowie złapali fajny kontakt z publiką, poderwali z leżaków do tańca pod sceną, przestrzeń jaką dysponowali była malutka no i jeszcze jakieś kłopoty z nagłośnieniem się pojawiały.   

Dobra, nie marudzę. Bawiłem się bardzo dobrze, klaskałem, śpiewałem i zespół dostarczył mi to co obiecał: sporą dawkę największych przebojów Queen (może ciut za dużo ballad), fajną energię, powrót do wspomnień. Jeżeli więc wypatrzycie gdzieś w okolicy zespół z tym projektem (lub innym), spokojnie można się wybrać, bo żenady raczej nie będzie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz