sobota, 12 maja 2012

Rozprawa z Darwinem, czyli film słaby, ale za to temat ciekawy

Zdobyczami z Targów Książki będę się chwalił sytematycznie gdy będę je opisywał, a na razie z góry muszę uprzedzić, że ten tydzień będzie dla mnie intensywny i pewnie niewiele będzie czasu na notki. Będą jakie będą. Może krótkie, może jedynie powierzchowne, ale mówi się trudno. Dziś o filmie.
Specyficznym, bo można by zadać pytanie po co takie rzeczy wogóle kręcić. Jedynym sensem chyba jest przybliżanie Amerykanom jakichś postaci, wydarzeń z ich historii, bo całoć jest tak polukrowana, schematyczna, że aż zęby bolą. Nawet jeżeli sama sprawa interesująca, to tym filmem liźniemy jedynie temat. A rzecz dotyczy sprawy poniekąd dalej aktualnej - blisko sto lat temu ten spór miał tylko inne oblicze - wtedy "postępowcy" próbowali walczyć o prawo do nauczania w szkołach teorii Darwina, obecnie mimo, że wydawało by się jest ona powszechnie nauczana wciąż istnieją spore grupy, które walczą o prawo do tego ich dzieci "tych głupot" się nie uczyły - decydują się np. na nauczanie domowe. Dyskusyjne, ale przecież mimo "dowodów naukowych" teoria ta jest jedynie hipotezą, a jej interpretacja dosłowna nie pozwala na odpowiedź na wszystkie pytania. Jeżeli rozwój i prawo do przeżycia jedynie dla lepiej przystosowanych to gdzie w tym wszystkim jest miejsce na stado, wspólnotę, rodzinę, potomstwo, opiekowanie się... To wszystko co na każdym kroku pokazuje nam również natura...  
Sam film choć porusza właśnie temat tego sporu rozpoczyna się jednak zaskakująco. Okazuje się, że pomysł na sprowokowanie procecu sądowego między zwolennikami i przeciwnikami teorii ewolucji w konserwatywnym stanie Tenessee, miał zadziwiające źródło. Po protu grupka ludzi postanowiła znaleźć jakiś temat, którym ściągnęli by uwagę kraju na swoje miasteczko - chcieli zarobić, zdobyć sławę jako dziennikarze, powodować napływ finansów do miasteczka i zarobić na ziemi, która ostatnimi czasy starciła na wartości... Ech ci Amerykanie, choć może dobrze, że nie ma ściemy, że to chodzący po ziemi idealiści, którzy myślą jedynie o tym jak tu sprawić by przyzłe pokolenia żyły w kraju lepszym, bogatszym i sprawiedliwszym. Najpierw kasa, potem martwmy się o przyszłe pokolenia.  
Jako się rzekło w miasteczku Dayton zorganizowany został proces wtedy nazywany "sprawą stulecia", oglądamy więc kulisy przygotowań obu stron, ich argumentację, w tle mamy dylematy moralne młodego chłopaka, który kuszony jest tym by dla kariery dziennikarskiej trochę ubarwiał proces (nie ma to jak obietywne dziennikarstwo, którego wzór dają nam Amerykanie ;)). No i jest wątek miłosny, bo dziewczyna, o której względy zabiega nasz bohater woli jednak uczciwość i wierność pewnym zasadom niż karierę. 
O dziwo mimo wielu słów, które padają w filmie na temat "zaślepienia i głupoty religijnego fundamentalizmu" to twórcy filmu w czarnych barwach odmalowali raczej tę drugą stronę. Społeczność konserwatywna choć może nie jest super nowoczesna to przynajmniej jest wierna pewnym zasadom i wartościom - natomiast z drugiej strony mamy stosowanie manipulacji, kłamstwa i wszelkich metod, które mogą przynieć upragniony "postęp". Bezrefleksyjna pogoń za nowinkami naukowymi może jednak prowadzić do ogromnych tragedii (zwolennicy teorii Darwina tak zapędzali się w swoich pomysłach na poprawianie społeczeństwa, że chceli pomagać naturze - to właśnie w Stanach stworzono podwaliny eugeniki, z której potem korzystali również Hitlerowcy). Tu przykładem ma być prawo do sterylizacji bez zgody pacjenta jednostek, które uznane zostają za "słabsze genetycznie" (np. choroby, przestępczość lub samobójtwa w rodzinie).  
Temat ciekawy, ale sam film niezbyt porywający. Ot pomieszanie melodramatu z filmem "sądowniczym". Ale ani nie wciąga, ani pewnie nie zotanie na zbyt długo w głowie.

1 komentarz:

  1. Widziałem, film strasznie słaby, jak teorie o globalnym ociepleniu i konieczności wyposażenia się w panele solarne. Pierwszą połowę przysypiałem, drugą systematycznie przewijałem do końca. Nie polecam.

    OdpowiedzUsuń