No i obiecywany jakiś czas temu ciąg dalszy tematu "Ołowianych dzieci". Znajdziecie więc na blogu w tym roku już serial, reportaż napisany przez człowieka, który był jednym z "ratowanych" dzieci, no i teraz powieść. Reklamowana mi jako najlepsza w tym temacie, ale wiecie co?
Chyba spodziewałem się czegoś więcej. To dość schematyczna historia rozpisana na dwa wątki. Pierwszy dotyczy kobiety mieszkającej tuż przy murze huty w Szopienicach, matki piątki dzieci i z szóstym w ciąży, prostej kobiety przerażonej tym, że jej pociechy przez lata były narażone na negatywne skutki skażenia ołowiem. Drugi to oczywiście odtworzenie krok po kroku sytuacji w jakiej znalazła się dr Jolanta Wadowska-Król i świadectwo jej determinacji. To ona jako pediatra, mimo zakazu by głośno mówić o jakimkolwiek zagrożeniu pociągnęła temat badań, a potem już za dużo ludzi wiedziało o tym iż coś jest na rzeczy. Skoro dzieci trafiły do szpitali, a potem do sanatoriów, nie mogło chodzić o jakąś bagatelę. To jej wiele rodzin z tego osiedla najbardziej narażonego na wyziewy z kominów zaufało i potem razem z nią walczyli o swoje, czyli o możliwość wyprowadzki w bezpieczniejsze miejsce.
Powiedziałbym że jest dość klasycznie, nie ma miejsca na wielkie wzruszenia czy zwroty akcji, zagrożenie też raczej jest jedynie gdzieś podświadome, a nie realne. Nie ma też tak szerokiego tła historycznego jak w serialu, pokazania konfliktów na szczytach władzy. Wszystko powiedziałbym jakoś tak dość powoli i bez zaskoczeń, bez wielkich przeszkód zmierza ku dobremu zakończeniu. Nawet huta wypada tu nie tylko na spolegliwą, ale pierwszą do niesienia pomocy...
Jak dla mnie średniak, nic porywającego, choć doceniam fakt iż jeżeli to był pierwszy w przestrzeni publicznej tak mocny głos na temat zasług dr Jolanty Wadowskiej-Król, to wtedy było to coś cennego. Dziś jednak nie robi wielkiego wrażenia, bo tych głosów pojawiło się dużo. I może nawet mocniejszych.
Poza tym że nie porwało, to napiszę więcej: rozczarowała mnie ta powieść i nawet wkurzyła, co zmniejsza mocno moją ocenę, a chodzi o używany język. Twórcy serialu byli oskarżani, że ze Ślązaków robi się tam patologię, ciemnotę, ale ta książka jeszcze bardziej wpada w takie koleiny. Przemoc domowa, alkohol, większość dzieciaków w szkołach specjalnych... Ja wiem że podobnie jak w reportażu (pisałem o tym) autorce chodziło o to by zaznaczyć długotrwałość niektórych negatywnych efektów na układ nerwowy i obalenie mitu że jak wypłucze się ołów z organizmu to wszystko minie jak ręką odjął. Ale sorry, używanie określeń debilizm, upośledzenie umysłowe, ograniczenie i tym podobnych jest po prostu niesmaczne i aż razi. I nie można zwalić tego na to, że to sposób myślenie ludzi w latach 70, bo sama autorka nawet w posłowiu nie używa lepszych określeń. A przecież można by bez trudu znaleźć określenia nie obraźliwe, używane od lat, bez szufladkowania i etykietowania, zwłaszcza że naprawdę nie ma dowodów na to iż nie było innych przyczyn wpływających na zwiększoną ilość dzieciaków z różnymi trudnościami w uczeniu się, zaburzeniami uwagi i koncentracji w konkretnych regionach Katowic. Wyrażanie takich sądów i ekspertyz może zostawmy ekspertom, bo jak rzuca to pisarka powieści obyczajowych, to mam wrażenie że to ma podobną wartość jak wyrażona kiedyś opinia przez B. Lindę o Łodzi, że to miast umarłe, miasto meneli. On przeprosił. Ciekawe czy p. Majcher też zdobędzie się na taką odwagę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz