piątek, 14 lipca 2017

Disco polo, czyli ludycznie i głupawo

Rety, w pracy szaleństwo, na nic nie ma czasu, a tu przecież wakacje i trzeba od czasu do czasu coś zorganizować dla dzieci. Blog musi poczekać. W najbliższych dniach będzie cisza, z młodszą córką jestem na Mazurach, pierwszy raz na serio przeżywając przygodę żeglarską.

***
Po powrocie stukam dalej w klawiaturę.
Disco polo. Być może ten film dziś jest jeszcze bardziej aktualny, niż kilka lat temu gdy powstawał. Ten gatunek nie tylko powraca (o zgrozo), króluje w tvp, ale o dziwo wkroczył do środowisk, gdzie wcześniej nikt się go nie spodziewał (studenci). Wiocha? Dla mnie i owszem. Dlatego i sam film mnie nie bawi. Miał być trochę komedią, trochę pastiszem, ale średnio się sprawdza w tych rolach.
Dla fanów tej muzyki być może jest to jakieś spełnienie ich marzeń i snów: oto proste chłopaki (i dziewczyna) z małej miejscowości/wsi, robią karierę i choć na chwilę wdrapując się na szczyt, gdzie mogą realizować nawet najbardziej rozbuchane fantazje i marzenia. Pokój na różowo, własny helikopter, imprezy na wypasionym jachcie, zasypanie się w forsie? A proszę bardzo. Tyle, że ten film nie jest "na poważnie", nawet jako prosta bajka o realizacji marzeń. Zbyt wiele tu przerysowań, mrugania okiem do widza, czy nawet odwołań do kina z zupełnie innego nurtu (Anderson?), przenoszenia tej historii w wymiar sennych wizji. Reżyser chyba chciał za dużo pomieścić w jednym filmie. A może miał ambicje, a narzucono mu temat (w końcu to TVN), więc szył jak potrafił.
W efekcie film jest naprawdę mierny. O muzyce wolę się nie wypowiadać, o przerysowanych postaciach również, o scenariuszu tym bardziej. O! I w ten sposób, nie mając o czym pisać, po prostu trzeba kończyć notkę. 
Odradzam. Ani to zabawne, ani dobrze zrobione.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza