wtorek, 21 października 2014

Jeździec burzy w teatrze Rampa, czyli legenda żyje

Od premiery upłynęło już ponad 10 lat, ale jest ponownie szansa by zobaczyć to na żywo! Świetna sprawa, bo wiele musicali po intensywnym graniu, znika na dobre (przynajmniej u nas - to zbyt drogie spektakle). A "Jeździec burzy" jest wart zobaczenia na żywo jak mało który. Nawet nie ze względu na jakąś super oprawę sceniczną, bo ta jest skromna; nawet nie względu na choreografię, bo ta też nie powala (malutki ten zespolik taneczny). Siłą tego spektaklu jest muzyka. Grana na żywo przez zespół Romualda Kunikowskiego i to daje taką energię, że ciarki przechodzą. Największe brawa należą się muzykom. Zaraz po nich, albo na równi z nimi, zasługuje na nie grający Jima Morrisona Marcin Rychcik. To już nawet nie jest kwestia podobieństwa fizycznego, ale ma świetny głos i przeżywa tą muzykę tak, że ją czujemy całym ciałem. Warto też wspomnień iż wszystkie teksty są przetłumaczone na polski (maczał w tym palce Krzysztof Jaryczewski) co jeszcze mocniej łączy różne sceny i piosenki. Choćby ze względu na te trzy aspekty tego spektaklu - warto się wybrać na Targówek.


Na widowni równie dużo osób starszych, pamiętających tamte lata, jak i młodzieży. Ciekawe komu podoba się bardziej - młodzi na pewno reagują bardziej żywiołowo, zdarza się, że nawet wskakując na scenę podczas bisów. Trochę prowokuje do tego pomysł na rozwiązanie wielu scen - zamieniamy się w widownię koncertów, najpierw w małych klubikach, a potem już w wielkich halach widowiskowych. Muzyki tu jest mnóstwo, w większości znane numery, ale teraz z polskimi tekstami mogą jakby wybrzmieć na nowo. A pomiędzy tymi kawałkami fajnie rozłożona opowieść o drodze do sławy, o samotności, niezrozumieniu, poszukiwaniu wizji i prawd spoza naszej świadomości, miłości i cierpieniu, popularności i pustce, której nie potrafi się wypełnić. Alkohol, narkotyki, dzieci-kwiaty, wojna, swoboda obyczajowa... To wszystko tu jest i raz wybrzmiewa mocniej, raz słabiej. Chwilami staje się nieodłącznym elementem kapitalnej muzyki (np. trochę mało smaczny koncert Vana Morrisona) i ma być odbierane przez nas jako coś fajnego, a zaraz potem widzimy całą degrengoladę jaka z tego wynika. 
Historia wyreżyserowana przez Arkadiusza Jakubika (a tak, i żeby jeszcze śmieszniej sekwencje video, którymi przeplatany jest spektakl robił Smarzowski) skupiona jest na Jimie i jego relacjach z przyjacielem, z którym zakładał zespół, czyli Manzarkiem, oraz ukochaną Pam, od której odchodzi i znów pragnie wracać. Nie widać praktycznie (poza sceną, na której grają) pozostałych członków grupy i trudno wskazać poza tą trójką jakieś ciekawe postacie. No, może jeszcze Nico, ale jej kawałki wokalne nie mają tej energii jak te wykonywane przez Rychcika. Warhol, Ed Sullivan są przerysowani, a menager, czyli Jac Holzman jakiś płaski. Proste dialogi i bardziej rozbudowane monologi Jima Morrisona, powolne osuwanie się w autodestrukcję, w mrok - to niby nie jest nic nowego, odkrywczego do pokazania, ale w połączeniu z tą muzyką i tekstami, robi prawie piorunujące wrażenie. 
Całość jak na musical może jest dość skromna, ale dzięki kapitalnej muzyce na żywo i charyzmatycznemu odtwórcy roli głównej, wszelkie niedociągnięcia idą w zapomnienie. 
Spróbujcie sami: www.teatr-rampa.pl

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza