sobota, 20 kwietnia 2013

Tabu, czyli pełna nostalgii Portugalia oraz pełna namiętności Afryka


Po kilku godzinach kopania w ogródku człowiek jakoś nie ma ochoty siedzieć przy kompie i pisać długie notki - wymyślę sobie milszy sposób na relaks, a na dziś w takim razie zaległa notka o drugim filmie obejrzanym w ramach Wiosny filmów. Obraz ciekawy, chwilami nawet urzekający, ale też niełatwy - we mnie pozostawił sporo znaków zapytania. Dla smakoszy pewnie spora przyjemność, dla przeciętnego widza raczej jako ciekawostka.
Do końca trudno odpowiedzieć mi było na pytanie co jest na serio, a co jest jakąś grą z widzem, co jest częścią fabuły, a co dołożone zostało, bo pasowało do wizji estetycznej reżysera. To właśnie oryginalność tego obrazu jest jego siłą - czarno białe wysmakowane zdjęcia, do tego w większości filmu nie słyszymy żadnych dialogów, a jedynie narrację kogoś kto całą historię wspomina. Te sceny gdy obserwujemy ludzi, słyszymy dźwięki z tła (przyroda afrykańska), a nie słyszymy słów, zaskakują, ale też przykuwają uwagę.
Nie chcę zdradzać Wam fabuły, powiedzmy tylko, że film składa się jakby z dwóch części (i krótkiego wstępu, który mnie zaskoczył i wciąż nie wiem jak łączy się z fabułą). Pierwsza to dziejąca się współcześnie historia Pilar - samotnej kobiety, która stara się opiekować i pomagać swej sąsiadce - staruszce o imieniu Aurora. Starsza pani, która mieszka ze swoją służącą, jest już trudna w codziennym kontakcie - nieufność, napady lęku, mieszanie snów z rzeczywistością, zdecydowanie nie ułatwiają relacji z córką, która pojawia się coraz rzadziej, mimo pogarszającego się stanu matki. Śledzimy życie Pilar (m.in. ma przyjąć do domu dziewczynę z Polski, która do Lizbony przyjechała na spotkanie Taize, ale zupełnie nie wiem jak ten wątek ma łączyć się z innymi), jej niepokój o starszą panią, a potem próbę realizacji jej ostatniego życzenia. Odszukując w domu opieki pewnego mężczyznę, Pilar pozna tajemnice przeszłości sąsiadki. I to jest ta druga część filmu - dla mnie chyba bardziej fascynująca - dzieciństwo i dorastanie Aurory w kolonialnej Afryce na jednej z farm, potem budowanie własnego majątku, małżeństwo i romans, który zmienił jej życie. Nadal w tej opowieści dużo jest jakiejś nostalgii, wyciszenia (i nie tylko dlatego, że nie słychać dialogów), ale czujemy narastające emocje, zbliżający się dramat, uczucia szarpiące bohaterami (coś czego w dość chłodnej pierwszej części nie było). Życie jest nie tylko w otaczającej ludzi przyrodzie, ale i w nich samych. Potem - na starość, żyją już tylko wspomnieniami tego co było. 

Świetny nastrój budują zarówno zdjęcia, jak i opowieść mężczyzny (dawnego kochanka Aurory) wspominającego dawne wydarzenia - nie spieszy się, często śledzimy przez długie chwile różne sceny jedynie z krótkim zdaniem komentarza... Jest w tym jakaś magia. A język portugalski stanowi dodatkowy smaczek. 
Film Gomesa nie jest jakimś powrotem nostalgicznym do dawnego kina (jak np. Artysta) - dostajemy coś zaskakującego i o dziwo świeżego. Co prawda, dla mnie ten obraz nadal pozostaje pewnego rodzaju zagadką - jest dla mnie jakiś niedokończony, zbyt niejasny, ale przyznaję - pod względem pomysłu i warstwy wizualnej nie widziałem już dawno czegoś tak dobrego.  
     

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza