sobota, 9 marca 2013

Les Miserables, czyli widowiskowo, ale czegoś zabrakło

Dzień jakoś przeleciał przez palce, ale trochę porządków trzeba przed snem zrobić i notkę bieżącą wrzucić. Pojawiły się notki o książce "Crysis. Eskalacja" oraz o płycie z muzą wyselekcjonowaną przez Cejrowskiego, wciąż trwa konkurs gdzie można wygrać kryminały z dwóch serii wydawanej przez Edipresse, a ja próbuję ogarnąć różne zaległe filmy o których nie pisałem. Na początek jeszcze tegoroczni nominowani, ale w planach też Sybieriada polska, o której dziś znalazłem ciekawą i ostrą wypowiedź Papryczki. Musze zebrać się i ja. Zaległości sporo, ale wciąż nie tracę nadziei, że uda się nad nimi zapanować. Może po prostu przestanę brać rzeczy do recenzji? Nie dość, że stosy na stoliku nocnym piętrzą się na pół metra (w 3 kupkach), to jeszcze Legimi wprowadza czytanie w abonamencie na tablety i smartphony... Pokusa straszna!
Ale miało być o filmie. Tylko, że wiecie co? Ja nie za bardzo wiem co o nim napisać, nie rozumiem zachwytów. Doceniam fakt iż wizualnie zrobiono to bardzo widowiskowo, dość wiernie trzymają się scenariusza przedstawienia (bo przecież nie powieści), ale jakoś brakuje mi w tym życia i emocji. To wszystko jest takie trochę sztuczne.
W przypadku ekranizacji sztuki teatralnej nie powinno mnie to zaskoczyć, ale w takim razie pojawia się pytanie po co to w ogóle robić, skoro lepiej pójść do teatru i tam poczujemy większe emocje? Po co przenosić coś na ekran, tworzyć te wszystkie scenografie, wydawać kupę szmalu, skoro teatralność tego filmu sprawia, że zaczynamy ziewać jeszcze przed upływem pierwszej godziny (a trwa dwie i pół). Czy dialogi by trochę pomogły? Być może, bo chwilami próby śpiewania (szczególnie Hugh Jackmana) były kiepściutkie i strasznie męczyły. Owszem - chwilami było bardzo dobrze, ale tak czy inaczej przez większość filmu nie odczuwa się tych dreszczy, jakie odczuwamy gdy słyszymy tę samą muzykę ze sceny. Może to jest problem? Zabrakło muzyki - ona jest w tle, a na pierwszy plan wybija się głos, tymczasem ona ma znaczenie i szkoda, że tak zeszła na drugi plan (przynajmniej moim zdaniem). Ścieżka dźwiękowa jest świetna, ale tu nie odkrywamy jej w pełni.          
Zaskoczyły mnie zachwyty nad grą Anne Hathaway, ale może już taki ze mnie zimny drań - nie lubię przesady i dramatyzmu w filmie, zdziwił mnie za to pozytywnie całkiem niezły Russel Crowe (chyba dziwnie mu było grać to co mu kazano) - może trochę zimny, ale za to chwilami radził sobie ze śpiewem nawet lepiej niż Jackman (czego bym się po nim nie spodziewał)... 
A reszta? Cóż, jak wspomniałem emocje czułem gdy po raz pierwszy widziałem to w teatrze, na filmie jakoś mało to było dla mnie przekonywujące. Dramat, miłość i walka o równość, braterstwo, wszystko tak dobrze znane mało poruszało (nie tylko mnie - żona zasnęła w trakcie filmu). To już Sweeney Todd wydawał mi się ciekawszy, poprzez to, że tamta historia była tak pokręcona i mimo wszystko był bardziej "filmowy". Tu wszystko ma wzruszać, my mamy chlipać i smarkać w chusteczki - może rzeczywiście jest publika, którą to chwyta. Mi już bardziej podobały się przerywniki, czyli wątki groteskowo-komediowe: Sasha Baron Cohen i Helena Bohnam Cartner byli naprawdę zabawni. Cała reszta - zbyt wiele patosu albo ckliwości, a brak autentyzmu.
Doceniam starania Hoopera, by jak najwierniej oddać atmosferę czasów i miejsca. To nie scenografia ani kostiumy sprawiają, że ziewamy. To co zawiodło to moim zdaniem zbytnie trzymanie się teatralności w grze, pomysł na przedstawienie postaci. Kuleje też trochę wątek starcia między Javertem i Jeanem Valjean - coś co było mocną nicią wiążąco różne wydarzenia tu sprawia wrażenie pobocznego wątku i nie budzi emocji. No i to wyśpiewywanie każdej kwestii... Gdyby tak dać trochę miejsca byśmy mogli skupić się na obrazach, wypowiadanych słowach - może film by tak bardzo nie nużył.
Nie jestem specem od musicali - oceniam Les Miserables głównie pod kątem wartości filmowych. I jak dla mnie o ile od strony wizualnej jest dobrze to całość wypada nieprzekonywająco.   

12 komentarzy:

  1. Mogę się podpisać pod tym tekstem.
    "Nędznicy" w tej interpretacji pozostaną dla mnie koturnowym filmidłem, pozbawionym polotu i nieinteresującym.
    Anne Hatheway jest zupełnie przeciętną aktorką, fakt - uroczą, ale przeciętną. Zagrała w kilku przyzwoitych filmach, ale Oscarem została nagrodzona, paradoksalnie, za swoją najgorszą rolę.
    Polecam ekranizację "Nędzników" z Depardieu, którego za jego ostatnie polityczne ekscesy bardzo znielubiłam, ale trzeba mu przyznać, że był bardzo dobrym Valjeanem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jeszcze tej wersji chyba nie widziałem, poszukam!

      Usuń
  2. Ja uwielbiam musicale i uwielbiam "Nędzników" w wersji powieściowej, natomiast ta ekranizacja też mnie nie porwała. Jak żadna do tej pory zresztą, a oglądałam chyba 4, jak nie więcej. Szkoda, pewnie jak zwykle miałam za duże oczekiwania, mężowi się podobało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może i u mnie musi czas wreszcie nadejść na lekturę...

      Usuń
  3. A mnie się podobało i w kinie się nie zdrzemnęłam. Ale dla mnie Jeanem Valjeanem już na zawsze zostanie Jean Gabin w filmie z lat 5- tych.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziś już mało kto pamięta tego aktora...

      Usuń
    2. to prawda, a to był aktor sporego formatu, tyle, że dzisiaj nie ogląda się z nim filmów bo i gdzie można by je obejrzeć, ja bym chętnie oglądnęła go jeszcze chociaż raz.)

      Usuń
    3. a jaki byś chciała sobie powtórzyć? Może coś się znajdzie...

      Usuń
    4. a nawet Nędzników , Ludzie za mgłą, a nawet cokolwiek byś znalazł.)

      Usuń
    5. poszukam, dam znać na e-mail

      Usuń