wtorek, 9 lipca 2013

Ziemia obiecana, czyli żeby nie pluć sobie w brodę

Wydawałoby się, że społecznych filmów demaskujących różne oszustwa wielkich korporacji lub władzy, mieliśmy już tyle, że trudno  widza zaskoczyć. Zmieniają się technologie, zmieniają się przedmioty targu, ale mechanizm wciąż jest podobny - pokusa szybkich (wydawałoby się) pieniędzy i potem plucie sobie w brodę, że człowiek został tak czy inaczej oszukany. A ponieważ wciąż dajemy się wpuszczać w maliny różnym firmom, cudotwórcom i obiecującym  gruszki na wierzbie, może jednak jest sens kręcić kolejne? 
Zawsze oczywiście pozostaje dylemat, na ile dana historia przypadkiem nie jest manipulacją naszymi emocjami w drugą stronę, by ugrać jakieś własne interesy, ale tak to już z nami jest - bardziej wierzymy słabszym i podejrzewamy o kant silniejszych, większych i bogatszych. Warto szukać, czytać i myśleć samemu - może wtedy uda nam się uniknąć pułapek i tego plucia sobie w brodę? 
Mimo więc, że film artystycznie nie jest arcydziełem, warto może zainteresować się tą historią...

poniedziałek, 8 lipca 2013

Riko i my. O kotach, ludziach, przyjaźni i zaufaniu - Joanna Chełstowska, Ludwik Kozłowski, czyli i dla młodszych i dla starszych

Hmmm. Miałem nadzieję, że doczekam się recenzji od swojej córy, która przeczytała to jako pierwsza, ale jakoś wakacje widać nie sprzyjają w jej przypadku temu by coś pisać - tyle jest ciekawszych rzeczy do zrobienia. Ale ponieważ książkę mam za sobą, sam mogę skrobnąć spokojnie kilka słów. Jeżeli Magda coś napisze, najwyżej notkę będę modyfikował. 
Podobno ludzie dzielą się na tych co koty kochają i na tych co mają to jeszcze przed sobą. Ja bym raczej powiedział, że dzielą się na kociarzy i psiarzy, ale ponieważ tych pierwszych chyba jest więcej i ja też do nich się zaliczam, ostrzegam, że w ocenie książki mogę nie być obiektywny.

niedziela, 7 lipca 2013

Koncert: Wolna Grupa Bukowina, czyli wędrując (tym razem jedynie duchem)

Co prawda dziś nie o płycie, a o koncercie, ale ta okładka ich najnowszej płyty (właśnie koncertowej) myślę, że będzie trochę oddawała moje odczucia. Jeszcze tyle pieśni przed nami - śpiewają od ponad 40 lat. Tyle pokoleń, tylu ludzi wsłuchiwało się w te słowa, w te melodie. Pewnie, że najlepiej słucha się tego gdzieś tam na łonie natury, z plecakiem pod głową, może przy ognisku, ale przecież liczy się nie tylko otoczenie fizyczne, ale pewien stan ducha. Wszyscy ci , którzy pojawili się na tym koncercie myślę (a przynajmniej większość) nosi w sobie tęsknotę za tymi wędrówkami, przestrzeniami i ta poezja, ta muza pozwoliła nam wszystkim na te półtorej godziny przenieść się hen tam, gdzieś w Beskid, w Bieszczady... Piękny koncert. Przede wszystkim stare numery pogrupowane na te "krakowskie", bieszczadzkie, czy "staro harcerskie". Masa wspomnień, nucenia, zasłuchania...

sobota, 6 lipca 2013

Trainspotting, czyli odlot jakich mało

Dziś wreszcie jakieś kulturalne wyjście z domu i zbliżam się do końca ankiet. Uff... Potem tylko pozostanie się cieszyć dodatkową kasą i chyba jakiś remoncik domowy nas czeka. Czy będzie to oznaczało rezygnację z planów wakacyjnych to się okaże. A na dziś jeszcze filmowo i chciałbym zaproponować kolejnego klasyka. Drugi film Danny'ego Boyle'a po Płytkim Grobie obejrzany w ostatnich dniach. O ile tamten mógł kogoś zaskoczyć, to ten po prostu ryje mózg. Nie wiem ile razy go już widziałem, ale za każdym razem wywraca na lewą stronę. I nie tylko ze względu na oryginalne i genialne sceny wizji narkotykowych (wcale nie zachęcają do używania), ale ze względu na to, że ta historia mam wrażenie wciąż w pewien sposób jest aktualna. Zmienia się muzyka, zmieniają się mody i zmieniają się narkotyki, ale młodzi ludzie wciąż zmagają się z podobnymi problemami - niemoc by wyrwać się ze swego środowiska, obrzydzenie do małomiasteczkowego trybu życia, nuda, zniechęcenie, ucieczka w zabawę, w eksperymenty... Posłuchajcie trochę tekstów głównego bohatera, a być może zrozumiecie o co mi chodzi...

piątek, 5 lipca 2013

Polska, daj się zaskoczyć. Trasy magiczne, czyli nie siedź w domu

Wakacje to taki czas, gdy szczególnie ochoczo wyruszamy na zwiedzanie, wyprawy, podróże... Nawet jak nie ma kasy na zagraniczne zorganizowane wyjazdy i możliwości, by w szalony sposób jechać tam za grosze, zawsze przecież jest możliwość odkrywać to co nie mniej ciekawe i piękne. Nasz kraj. Perełek w nim co nie miara i ta pozycja po raz kolejny to potwierdza. 
Nie jest to standardowy przewodnik po miejscach najbardziej znanych - można tu oczywiście złościć się trochę na takie selektywne podejście i brak niektórych cudownych miejsc (choćby na Mazowszu: Arkadii, a na Lubelszczyźnie Kozłówki), ale wynika to trochę ze specyficznego sposobu powstawania tego zbioru pomysłów na krótkie wycieczki. Otóż 100 tras opisanych w tej książce to efekt akcji lokalnych oddziałów Gazety Wyborczej - propozycje czytelników i dziennikarzy, którzy opisywali własne wyprawy po swoich małych ojczyznach. Miejsca bardzo znane obok znanych wąskiej grupie (bo kto np. w kraju zna muzeum Kultury Indian w Wymysłowie i historię Długiego Pióra, albo które miasta tworzą szlak polskich czarownic). 

książka do kupienia tu

czwartek, 4 lipca 2013

Karaluchy - Jo Nesbo, czyli niejedna noc w Bangkoku

Był konkurs (przy okazji przypominam, że trwa jeszcze jeden kryminalny konkursik), to teraz czas na notkę o wrażeniach z audiobooka. Zawsze przy pisaniu o tym czego słuchałem mam problem, czy bardziej skupić się na wrażeniach estetycznych (czy pasowały mi głosy itd.), czy też na samej treści i emocjach. Tu nie zabrakło i jednego i drugiego. Rzeczywiście Audioteka wchodząc we współpracę z Dolnośląskim i po wielkich słuchowiskach sci-fi, proponując nam kryminały, zrobiła krok odważny. Tam stawiono na hiciory, tu wybór jest taki, że nawet wśród skandynawskich autorów mamy na rynku polskim już kilkunastu, a każdy z łatką godnego następcy Larssona. Jo Nesbo okazuje się jednak wyborem naprawdę niezłym, a to jak zrealizowano tą produkcję, wróży utrzymanie dobrej passy i szansy na kolejne tego typu produkcje.

Książka do kupienia m.in. tu

środa, 3 lipca 2013

Szepty, czyli troszkę straszenia i małe podsumowanie pierwszego półrocza


Na początek małe podsumowanie pierwszego półrocza.  Nie, nie bójcie się, nie będzie żadnej statystyki, ot kilka typów dla odświeżenia pamięci. Łapię się na tym, że np. już nie wiem o czym pisałem, a o czym nie - dotyczy to np. filmów, bo przecież 2,5 roku to kawał czasu i trochę tych notek się nazbierało (przydają się listy). A więc po kolei:
Książki - całkiem sporo udało się ich zapisać na konto tego roku, bo dochodzą przecież e-booki i audiobooki, a tego u mnie coraz więcej... Początek roku był pod znakiem Grzegorczyka i ks. Grosera (aż żal, że to na razie koniec), potem był bardzo ciekawy Klub filmowy, jak zwykle świetna klasyka Sci-Fi (z ogromną przyjemnością wróciłem do tych kapitalnych pozycji), czyli Niezwyciężony Lema Bradbury Ray - 451 stopni Fahrenhaita i Dick Philip K. - Człowiek z wysokiego zamku a warto też zapamiętać czytany niedawno Gwiazdozbiór psa. Ale gdybym miał wskazać trzy pozycje, które czytany po raz pierwszy przyniosły największą przyjemność i zostają w głowie na dłużej to: 
Muzyka. Kto do mnie zagląda, zdążył się zorientować, że nie zawsze jestem na bieżąco z nowościami - nie mam po prostu takiej potrzeby. Stąd też często piszę o płytach sprzed lat, gdy trafią na dłużej do odtwarzacza. Szukam muzy w zależności od nastroju, więc w głośnikach brzmią czasem rzeczy bardzo ciężkie i szybkie, a czasem łagodne niczym piórko. Ostatnio chyba więcej tych ostatnich. Z tych ostatnich warto sięgnąć po najnowszego Nicka Cave'a Push The Sky Away i krążek krajowy, który zaczarował też moich znajomych - Fismoll - At glade (polecam!). Na początku roku królował u mnie Sixto Rodriguez Cold Fact i choć nie słucham tego już tak często, to nadal z dużymi emocjami myślę o tym filmie i ścieżce z niego. 
Ostatnie tygodnie należą do Janusza Radka (2 koncerty), ale warto wspomnieć o dwóch innych rodzimych płytach, które sprawiły mi sporo frajdy: Muzyka końca lata - PKP Anielina i najnowsze Strachy na lachy.
Trudno wskazać faworytów.
Filmy: jak to u mnie - niewiele o nowościach, trochę staroci i dużo poszukiwań. No i dokumenty - tu emocje gwarantowane, a ile perełek można znaleźć np. Bóg to większy Elvis. Serialowo największe wrażenie zrobił chyba Gorejący krzew (bo to ważny film), ale z przyjemnością zerkałem też na sentymentalną Anna German (wiecie, że będzie w kioskach do zdobycia? można zapolować dla rodziców i dla siebie). Gdy myślę o najciekawszych dla mnie tytułach tego półrocza to o dziwo nie ma to ani jednego ze Stanów. Ale jest np. Turcja (Can), Iran (Rozstanie i Co ty wiesz o Ally), nasz krajowy  Lęk wysokości i duńskie Mamut i Misiaczek i świetny kanadyjski Pan Lazhar. Nietypowo.

A dziś o horrorze. A może to thriller? Trudno zresztą go tak dokładnie zakwalifikować. Mamy niby ducha, morderstwo, tajemniczą posiadłość, ale całość obok niezłych fragmentów do straszenie, ma więcej chyba z dramatu. Ale czy to źle? Ja tam lubię takie mieszanki. Wolę to niż kierunek w jakim poszły horrory (litry keczupu i epatowanie przemocą). A tu mamy wiktoriańską posiadłość, fajny nastrój i oczywiście trochę miejsc by podskoczyć na fotelu. Klasycznie, ale ciekawie. 

wtorek, 2 lipca 2013

Ewa, czyli gdy wydaje się, że nie ma wyjścia. I kolejny pakiet książek do rozdania

Rzecz z gatunku "zaangażowanych", czyli piętnująca różne nasze patologie, znieczulice i fakt, że człowiek zostaje zostawiony sam sobie - przynajmniej ja ten dramat tak odbieram. Z jednej strony już trochę o różnych przemianach społecznych, kryzysie i bezrobociu już było, ale jak sobie pomyśle ile na ten sam temat zrobili np. Brytyjczycy opowiadając o walce o swoje kopalnie, to jeszcze pewnie i u nas dałoby się podejść w jakiś oryginalny sposób do tematu.
Tu niestety mam wrażenie, że zbyt wiele schematów. Mamy głowę rodziny, który stracił pracę w kopalni, nic nie może znaleźć i z kumplami kopie bieda szyby. Żyją skromnie, na wiele ich nie stać, ale czuje się, że jest w tym małżeństwie jakaś więź. I mamy jego żonę - siedzącą w domu, trochę przygaszoną, snującą się bez pomysłu samotnie pod domu i odżywającą gdy wychodzą razem na imprezy, albo gdy wracają do domu mąż i dzieci. Ale oto Ewa przybita sytuacją finansową rodziny wreszcie znajduje pracę - zaczyna sprzątać u pewnej bizneswomen, jak się okazuje potem właścicielki klubu nocnego. Resztę możemy sobie dopowiedzieć - w domu pojawiają się pieniądze, Ewa odżywa i nabiera pewności siebie, natomiast mąż zaczyna coraz bardziej popadać w depresję. Niby znany schemat, ale tu twórcy postanowili jeszcze zaostrzyć nam dramat tej rodziny spychając Ewę coraz bardziej w emocjonalną i finansową pułapkę (skoro już zasmakowałam pracy to potem w obawie o jej utratę zgodzę się na wszystko). I cierpi na tym oczywiście cała rodzina...

poniedziałek, 1 lipca 2013

Hasta la vista, czyli potrafimy o siebie zadbać. Roztrzygnięcie rozdawajki

Dotąd chyba niewiele mówiło się tak otwarcie o potrzebach cielesnych osób niepełnosprawnych, o prawie do normalności we wszystkich aspektach życia. A tu proszę - po Nietykalnych, czy Sesjach okazuje się, że to wdzięczny temat. Hasta la vista wykorzystuje podobny schemat - niby jest trochę scen komediowych, ale przekaz jest jak najbardziej poważny.

Josef, Lars i Phillip uwielbiają wino i kobiety, a ich największym marzeniem jest utrata dziewictwa. Młodzi, napaleni i... niepełnosprawni, co trochę blokuje ich możliwości (a przynajmniej oni widzą w tym spore ograniczenie). Jeden niedowidzący, jeden sparaliżowany, a trzeci z nich nie dość, że na wózku, to jeszcze z rakiem, który zżera go od środka. Skoro we wszystkich innych aspektach życia jakoś sobie radzą, to czemu nie mieliby znaleźć jakiegoś rozwiązania w sferze seksualnej? Trzech przyjaciół wymyśla szaloną wyprawę do Hiszpanii, której ukrytym celem ma być wizyta w specjalnym domu publicznym, który specjalizuje się w zaspokajaniu pragnień i potrzeb klientów z różnymi rodzajami niepełnosprawności.Przecież każdy ma prawo do marzeń...

niedziela, 30 czerwca 2013

Gwiazdozbiór psa - Peter Heller, czyli na nowo nazwać to co się zapomina

2,5 roku blogowania można by podsumować jakaś wyjątkową notką, ale jakoś nie mam na to specjalnie ani czasu ani ochoty. Może jutro będzie więcej czasu - pojawi się rozstrzygnięcie rozdawajki (jeszcze do północy macie szansę!), na dniach może skrobnę też jakieś małe zestawienie tego co najciekawsze w pierwszym półroczu. Szkiców notek porobionych mam całkiem sporo, więc materiału póki co nie zabraknie... Niektórzy się dziwią jak znajduję czas na książki, filmy i jeszcze codziennie wrzucam notkę, ale gdy już wejdzie się w pewien rytm, to czas znaleźć można. A samo pisanie? Cóż może nie są to profesjonalne recenzje, ale dla mnie są ważne - tak wiele wrażeń i myśli szybko ulatuje, więc ich notowanie jest najlepszym sposobem na to by je uchwycić. Tu jeszcze mam okazję się nimi dzielić z innymi :) 
Dziś o książce, która mnie mocno zaskoczyła. Z początku głównie używanym tu językiem, specyficznym stylem narracji. Pourywane myśli, zdania, dziwna ich budowa, interpunkcja, surowy, bardzo oszczędny sposób opisywania wydarzeń czy otoczenia. Trochę tak jakbyśmy weszli do czyjejś świadomości i musieli dostosować się do czyichś skojarzeń, wspomnień, bo dla niego są oczywiste, więc opowiada o nich hasłowo. Gdy już się człowiek przyzwyczai, to powieść zaskakuje też samą historią, rozłożeniem w niej punktów nacisku.

książka do kupienia m.in. tu

sobota, 29 czerwca 2013

Ballady i romanse - Zapomnij, czyli nie tylko na chandrę

Znowu wraca słoneczko, wszyscy siedzą pewnie na łonie natury, a ja wciąż przed kompem z ankietami. wrrr... Ale jest muza co ratuje. Dziś coś bardzo specyficznego. No bo jakże to: śpiewać takie teksty jak np.:
...dym z papierosa, koza z nosa
opary alkoholu, na 9 w przedszkolu...
i jeszcze czynić to przy radosnej, zwariowanej muzyce, która chwilami brzmi tak jakby właśnie przedszkolakom dać w dłonie instrumenty by sobie poplumkali. 
Pierwszą płytę siostry Wrońskie, które stworzyły ten projekt, nagrały w domu, wykorzystując m.in. sprzęt kuchenny jako instrumenty. Tu już mamy profesjonalne nagrania ze studia, ale czuje się, że radości i zabawy w nagrywaniu tej płyty również nie zabrakło.

Kurczak ze śliwkami, czyli danie dla smakoszy

Jak to czasem kilka ostatnich minut filmu może zmienić jego ocenę i nasze spojrzenie. Cieszę się, że
wytrwałem do końca. A nie ukrywam, że początek mnie jakoś męczył. Nie wiedziałem czy traktować to poważnie, czy jako żart, groteskę. 
Historia wirtuoza, który po stracie swoich skrzypiec postanawia umrzeć, bo odechciało mu się żyć snuje się powolnie i trudno połapać się co jest wspomnieniem, co realnością, a co snem. Do tego dochodzą jeszcze gorzkie i skrzywione historie przyszłości jego dzieci, które stają przy jego łóżku zaciekawione tym co się stało ojcu. Dziwaczne to wszystko, chwilami melancholijne, ale częściej po prostu ni to śmieszne, ni to żałosne...

czwartek, 27 czerwca 2013

Viramundo, czyli muzyk, polityk, idealista

Korzystając z tego, że jutro premiera tego filmu dziś choć kilka słów - może kogoś namówię do tego by wybrał się do kina na ten dokument. Mi na nim parę razy zakręciła się w oku łezka :) Opowieść o niesamowitym człowieku, o jego pasji, jego poszukiwaniach, spojrzenie na różne kultury i to co najważniejsze - muzyka.
Przed filmem zachęcam Was do pogrzebania w sieci i sprawdzenia kim jest Gilberto Gil. Artysta ten u nas pewnie jest znany nielicznym, a przecież miał spory wpływ na to jak wygląda muzyka współczesna, na to jak modne stały się rytmy z Ameryki Południowej. Ponieważ w Brazylii jest bardzo szanowany, uczyniono go kiedyś ministrem kultury, i choć nie zaprzestał koncertowania i spotkań z ludźmi i nie ma w nim nic ze sztywnego polityka, podjął się różnych zadań z wielkim zaangażowaniem. Jego oczkiem w głowie był dostęp do nowoczesnych technologii, szczególnie w regionach biedniejszych - ale nie po to by jedynie "wyrównywać szanse", ale po to by ratować tradycję i kulturę przodków, sprawić by młodzi się tego nie wstydzili, a nawet mogli być z tego dumni. Dziś Gilberto Gil porzucił już swoje stanowisko w ministerstwie. Ale nadal wykorzystuje różne kontakty i okazje by zapalać innych do swoich projektów. Jeździ więc po świecie, spotykając się m.in. z politykami (pamiętacie np. taką kapelę Midnight Oil i jej łysego wokalistę? Teraz jest ministrem kultury w Australii), ale też odwiedzając różne miejsca gdzie może dotknąć tradycji różnych kultur, plemion, ras. Wszędzie podkreśla ogromne bogactwo i potrzebę chronienia różnorodności, przestrzega przed zalewem papki muzycznej i masowości. W erze globalizacji nie musimy zatracić tego piękna różnorodności. Artysta spotyka się z ludźmi , rozmawia, słucha. No i...