Jak pisałem jakiś czas temu o powieści "Dziki, mroczny brzeg", która była tak bardzo chwalona, pisałem że mnie jakoś rozczarowała i dokonałem na swój użytek wtedy porównania ze Sweetlandem Crummeya, który czytaliśmy na DKK. Mija długi czas a ja sobie uświadamiam że jeszcze o niej nie napisałem. No to nadrabiam choć kilka zdań.
Czym mnie urzekł Crummey? Klimatem. Cholera naprawdę człowiek czuje ten wiatr, te fale, to zimno. Czuje głód, samotność, a jednocześnie poczucie szczęścia, że nie ma piękniejszego miejsca. Na wyspie gdzie wszyscy się znają po prostu niewiele może się zdarzyć niespodziewanego, nie zostaniesz zdradzony, oszukany przez kogoś obcego. Nawet jak nosisz za coś urazy, to nie znaczy że będziesz tego kogoś unikał, bo tu wszyscy muszą jakoś być dla siebie wsparciem w razie trudności. Tak surowa idylla z wyboru, bo każdy z nich może kiedyś marzył o innym życiu, ci którzy tego próbowali wcale jednak nie byli szczęśliwi i myśleli jedynie o powrocie.
Gdy jednak społeczność robi się coraz starsza, pojawia się taka myśl, że może jednak warto wyjechać. Dla młodych by mieli szansę i edukację, dla chorych by mieli opiekę, a może i dla siebie by iść za innymi, by nie zostać samemu.
Moses Sweetland upiera się jednak że żadne pieniądze od rządu nie przekonają go do opuszczenia wyspy. Nawet gdy pomoc dla nich uzależniona jest już tylko od niego - albo wyjadą wszyscy i wezmą pieniądze na nowe życie albo nie wyjedzie nikt. Crummey po mistrzowsku nie tylko potrafił odmalować scenerię wybrzeży Nowej Fundlandii, ale i psychikę ludzi, którzy zmuszani są do porzucenia swoich korzeni. Tu nie chodzi jedynie o przywiązanie do miejsca, po prostu to jest ich całe życie, te domy, te łodzie, te drzewa, cmentarz, ci sąsiedzi, te zwierzęta... Gdy tego nie będzie, czy to będzie takie samo życie jak dawniej? Chyba bohater nie przewidział tego co sobie sam zafundował.
Nawet dla człowieka, który dobrze czuł się w samotności i wydawało mu się że nie potrzebuje do szczęścia innych, bo częściej go drażnią niż cieszą, decyzja o pozostaniu mogła być jedynie na początek dobrym pomysłem. Potem i tak pojawili się inni. Nie tylko żywi ale i martwi. To już nie tylko upór i próba udowodnienia że sobie poradzi, to jakieś szaleństwo, które zjada go od środka.
Piękne choć depresyjne!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz