wtorek, 19 maja 2026

Buen Camino, czyli jak szalonym trzeba być...

Ja właśnie zaczynam wędrowanie, a tu tuż przed wyjazdem otrzymałem jeszcze cynk o tym że na temat Camino pojawiła się jakaś produkcja filmowa i czy nie chcę jej obejrzeć. No to chciałem. Ale nie wiem czy to był dobry pomysł. W zalewie głupawych komedii czy filmów romantycznych motyw wędrowania do Santiago de Compostela już się pojawiał i nigdy to nie było nawet w ułamku dotknięcie atmosfery pielgrzymki. Zwykle schemat - trud, surowe warunki ale i ucztowanie przy winie każdego wieczora, to taki stereotyp, skoro Hiszpania to musi być radośnie, słonecznie i tylko nie pokazujcie żadnych krzyży, świątyń, symboli i gestów, chyba że żartobliwie je komentując jakie to są passe. Aż się dziwie ile trudu trzeba włożyć by nakręcić czasem tyle ujęć, a jednocześnie nie pokazać tego co przecież widzi się na każdym kilometrze szlaku. Ale nic to... Można mieć tylko nadzieję, że każdy kto wejdzie na drogę, z czasem doświadczy tego wymiaru duchowego, a nie tylko czegoś co próbuje się nam wmówić: to jedynie przygoda i możesz ją zacząć nawet bez żadnego przygotowania... A potem rozczarowania, że "nic nie poczułem", jakby to miały być skarpetki, a nie coś bardzo osobistego. Zabawne jest to że pokazuje się tu wędrówkę jako natychmiastowe zawieranie znajomości, jakby chodziło o zbieranie pospolitego ruszenia, w którym zaczynasz sam a potem masz setki przyjaciół i wędrujecie już razem. Tak bywa, choć nie ma aż takiego wymiaru jak nam się pokazuje...

  

No dobra, ale marudzę na różne przerysowania, uproszczenia na temat tego jaki jest sens wędrowania Drogą do grobu św. Jakuba, powiedzmy jednak więcej o filmie, podobno w ubiegłym rok największym hicie we Włoszech. Cóż jakby u nas któryś ze znanych kabareciarzy, komików, nakręcił film, może też by było tyle hałasu, ale u południowców mam wrażenie że po pierwsze jest większe doświadczenie w kręceniu takich produkcji i po prostu ludzie je też kochają. Właśnie takie przerysowane historie, w których bohater się zmienia, dostaje prztyczka w nos od życia, może i doświadcza straty, ale o to by zrozumieć, że dużo więcej zyskał. Checco Zalone gra gościa, który jest dumny z tego, że jest milionerem i nie musi nic w życiu robić poza przejadaniem odsetek od majątku który zbił jego ojciec. Wszystko na pokaz, wszystko najlepsze, najdroższe i tak jak on chce. Dawno już rozstał się z żoną, bo wolał młodsze modelki, a córka interesowała go jedynie jako obiekt do odhaczenia na liście wydatków. Skoro zapewnia jej wszystko, to znaczy że ją kocha i nie wymagajcie nic więcej... 

Gdy jednak znika, by udowodnić że nie jest gorszy od nowego partnera byłej żony, wyrusza na poszukiwanie córki, by przekonać ją do powrotu do domu. Nie będzie to jednak łatwe bo postanowiła ona wyruszyć na szlak pielgrzymkowy do Santiago de Compostela, a tradycja mówi że nie wolno takiej wędrówki przerywać bez powodu. Tata będzie więc musiał podążyć razem z nią, wciąż próbując odzyskać jej zaufanie, balansując pomiędzy dawnymi nawykami popisywania się pieniędzmi i prostotą, która bywa doświadczeniem oczyszczającym i dającym spokój. 

Czy jest zabawnie? Zależy jakie kto ma poczucie humoru, ja częściej czułem zażenowanie, bo to mało wyrafinowany humor. Zaletą produkcji jest jednak to, że w zamierzeniu ma ona dać nadzieję, ciepło i oczywiście pokazać wygraną serca nad portfelem. 


Jak dla mnie za mało zdjęć ze szlaku, tych cudnych przestrzeni i krajobrazów, no ale na szczęście będę miał je na żywo i nie muszę Camino postrzegać jedynie poprzez takie produkcje, a przeżywać to doświadczenia na własnej skórze i nogach :) 

Raczej odradzam. O Camino najlepszym filmem wciąż pozostaje Droga życia z Martinem Sheenem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz