niedziela, 3 maja 2026

Ostatni ludzie Czarnobyla - Krystian Machnik, czyli zona i ci którzy postanowili tam żyć

Moja córa od wielu lat fascynuje się tematem Czarnobyla, więc to za jej namową zainteresowałem się tą pozycją. Obejrzała wszystkich filmy na ten temat, dość regularnie śledzi też Napromieniowani.pl dla niej więc może nie być tu wielu nowych informacji. Ba, przecież z filmów zna większość postaci samosiołów, czyli ludzi którzy po katastrofie wrócili do skażonej strefy, bo Krystian Machnik od lat angażuje się w pomoc dla nich. Pewnie więc za jakiś czas dopiszę do swojej notki również jej opinię, której jestem bardzo ciekaw.  

A ja? Cóż. Może nie jestem tak wielkim pasjonatem, raczej nie marzę o tym, by pojechać do strefy, nie fascynują mnie aż tak bardzo foty tego jak zmieniają się zarówno opuszczone miasta, jak i tereny zajmowane coraz bardziej przez przyrodę. Nie jest to jednak dla mnie zupełnie nowy temat, zresztą pewnie jak dla każdego z pokolenia co musiało połykać jod w przychodni. Opowiadając więc o historii, o tym jak doszło do wybuchu, mam wrażenie że Machnik nie odkrywa nic nowego, pisze dość pobieżnie, czasem nawet o ciekawych sprawach, ale ich nie rozwija. 

Co innego jest jednak siłą tej książki. 



Gdybym bowiem miał to oceniać jako opowieść człowieka który od lat młodzieńczych pasjonował się tematyką i opowiada o swoich pierwszych wyprawach i o tym jak zbudował firmę organizującą podobne wyjazdy dla pasjonatów, gdybym miał to oceniać jako opowieść znawcy historii który krok po kroku przybliża nam wydarzenia, to powiedziałbym: wyszło średnio. Po prostu nie ma czym się ekscytować. 

Powiem więcej: literacko, to też nie jest porywające - sporo powtórzeń, które są irytujące, tych samych sytuacji opisywanych najpierw przez autora, potem słowo w słowo przez któregoś z jego rozmówców, nie zawsze udaje się zamknąć jakoś wątki, to narracja trochę się rwąca, nierówna, trudno jednak odmówić autorowi emocji jakie w to wkłada.  

Dziękuję autorowi jednak nie tylko za te emocje, ale przede wszystkim za to, że udowadnia nie tylko swoimi działaniami, organizowanymi zbiórkami i wyjazdami z pomocą do samosiołów, ale również tą książką, że każdy ma jakąś swoją historię i zasługuje na pamięć. Piękne są te gesty o których autor ledwie napomyka - przywieszanie na pustych już domach tabliczek ze zdjęciami i informacjami o ludziach którzy je zamieszkiwali, dbanie o ich groby na cmentarzach. Ktoś mógłby powiedzieć: no dobra, zaprzyjaźnił się z nimi, miał ich historie, to jedynie wyraz wdzięczności. Tyle że nie chodzi tu o pojedyncze osoby. On szukał informacji z całego regionu, jakby budował sobie mapę, ilu ludzi gdzie mieszka, do każdego starał się dotrzeć, pojawiać się z pomocą, towarzyszyć im w ich trudnych chwilach (ach te zimy) i płakać gdy odchodzili. Tam raczej nie ma ludzi młodych, w większości to osoby które po prostu wracały "na stare śmieci", bo nie wyobrażali sobie życia gdzie indziej. Woleli umrzeć, choć paradoksalnie umierali wcale nie z powodu choroby popromiennej, w wyniku skażenie na tamtym terenie. To trochę obalenie pewnych stereotypów na ten temat i może warto o tym głośno mówić, jednak w mojej ocenie to nawet nie sensacyjność historii tych babuszek czy dziaduszków jest mocną stroną książki Machnika, bo jej po prostu nie znajdziecie. Wspaniałe jest za to że ktoś ich wysłuchał, że o nich pamiętał, a teraz chce o nich opowiedzieć również nam. I za to dziękuję. Za słowa, za empatię, za zdjęcia, za te wszystkie szklanki samogonu z nimi wypite, bo dla nich były one równie cenne jak i pomoc jaką im z przyjaciółmi przywoził.  

Nie są więc najważniejsze tu pytania: co cię skłoniło do powrotu, czy się nie boisz, jak sobie radzisz. Najważniejsze jest uchwycenie tej niesamowitej radości, że ktoś ich odwiedza, interesuje się nimi, oferuje pomoc. Bez wielkiego budowania własnego pomnika, a raczej budując namacalne świadectwo ich obecności, gdy wydawało się, że już nikt o nich nie pamięta. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz