środa, 26 kwietnia 2017

Bracia Karamazow, czyli teatr żywy

W czytaniu kolejne książki czeskich autorów, za kilka dni wypad do Pragi, stwierdziłem, że pora więc i na film czeski. Kojarzymy kinematografię Czechów głównie z komediami, ale to pewnie dlatego, że takie produkcje ściągane są do naszych kin (i też rzadko). A tu proszę - nawet Petr Zelenka, którego można by kojarzyć z produkcji mających w sobie sporą dawkę humoru (specyficznego, ale jednak humoru), zafundował dramat. I to jaki. Nie dość, że sięgnął po teksy Dostojewskiego, to w dużej mierze swój obraz zbudował na filmowaniu prób do przedstawienia. Jeszcze nawet bez pełnych kostiumów, wciąż przerywając, chwilami się kłócąc, aktorzy odgrywają dramatu, który lada chwila mają pokazać przed publicznością. Dodajmy przed polską publicznością, bo przyjeżdżają na festiwal artystyczny do Nowej Huty.



W surowych, industrialnych wnętrzach grają tekst, a jednocześnie, jak to zwykle bywa, przeżywają jakieś własne dramaty, konflikty, trudności. Zresztą nie tylko oni: wśród przypadkowych widzów sztuki jest też robotnik, który raptem dzień wcześniej przeżył potworny wypadek swojego syna. Człowiek, który być może dotąd nawet nie miał do czynienia zbyt wiele z teatrem, zafascynowany ogląda historię braci i ich ojca, historię o miłości i nienawiści, marzeniach i zazdrości. Pytania o wolną wolę, sens życia, o Boga i powinności moralne, choć przecież mocno osadzone w rzeczywistości carskiej Rosji, nagle stają się wyjątkowo wyraźne i aktualne.
Ileż w tym filmie intensywnych emocji!
Warto oglądać w skupieniu, przygotować się na zupełnie inne kino. Gdzie kończy się spektakl i role, gdzie jest jedynie nagranie próby aktorskiej, a gdzie filmowa warstwa fabularna, jak te warstwy się przenikają - to jest tu chyba najciekawsze.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza