piątek, 31 maja 2013

Rosencrantz i Guildenstern powstają z martwych, czyli szekspir kontra wampiry i roztrzygnięcie konkursu

Obecnie mam sporo roboty przy wpisywaniu ankiet, ratuję się wiec jak mogę aby nie zgłupieć, aby te godziny przed kompem się nie dłużyły i wciąż aktywizować mózg do wysiłku... Jednym ze sposobów są audiobooki, albo muza, ale jeszcze lepszym są filmy, szczególnie takie oglądane po raz kolejny (albo seriale, gdzie i tak niewiele się dzieje). Albo takie, na które można zerkać od czasu do czasu, ze świadomością, że niewiele tracisz gdy nie patrzysz cały czas (dialogi są tak rozbrajające, że same w sobie stanowią rozrywkę). Po różnych krajowych produktach typu "Wyjazdu integracyjnego" mam kolejnego kandydata na najgłupszy film oglądany w tym roku.
Uwaga - nie pomylcie tylko tytułów filmu: bo film Rosencrantz i Guildenstern nie żyją wcale nie jest taki głupi. Tu w tytlu pojawiają się dwie literki, a w tłumaczeniu brzmi to: Rosencrantz i Guildenstern powstają z martwych.

czwartek, 30 maja 2013

Rozstanie, czyli nie myśląc o konsekwencjach

O tym filmie wszędzie gdzie się nie obejrzysz same peany, po innym obrazie Asghara Farhadiego "Co ty wiesz o Ally" sam też byłem nastawiony bardzo pozytywnie. Ale pojawia się we mnie sporo wątpliwości czy gdyby nie było to kino z Iranu, z innego obszaru kulturowego, wzbudziłoby tyle zachwytów? Obawiam się, że nie. Tego typu moralitetów, filmów pokazujących wydawałoby się normalne życie, które nagle stawia przed człowiekiem sytuacje przekraczające jego możliwości i stawiające go przed etycznymi wyborami - przecież to nie żadna nowość. W warstwie wizualnej surowy, nie ma w nim nic wyjątkowego (oprócz odrobiny tej egzotyki). Co więc w tym filmie tak urzeka?

Małe podsumowanie akcji "Podaj książkę dalej", czyli zalety i wady uwalniania

Korzystając z tego, że nowa rozdawajka przyciąga uwagę również nowych odwiedzających, postanowiłem zrobić małe podsumowanie akcji, która trwa już u mnie od pół roku, a w której możecie również załapać się na ciekawe tytuły. Kilkadziesiąt osób już skorzystało. Przy okazji dorzucam dwa tytuły - zapraszam więc nie tylko nowe osoby, ale i tych, którzy już wiedzą o co chodzi. Chciałbym się przy okazji zapytać Was o zdanie na temat tego typu akcji - czy lepiej organizować konkursy, gdzie na własność zdobywa nagrodę jedna osoba, czy widzicie sens w tego typu inicjatywach. Jest ich już trochę w sieci - choćby Wędrowniczek, ale kto powiedział, że nie mogą pojawiać się nowe? Zasady są proste jak drut (taki nie gnący się) - chętni zapisują się w kolejce do książki, ja wysyłam do pierwszej osoby, ona po przeczytaniu do kolejnej itd. 
Zalety: 
- każdy doczeka się swojej kolejki - jeżeli Ci zależy na lekturze to te kilka miesięcy nie zrobi różnicy;
- masz okazję pobawić się w przygotowanie wysyłki do kolejnej osoby - wszelkie sympatyczne dodatki sprawiają ogrom frajdy, jest szansa na nowe znajomości;
- okazja do wymiany opinii na temat danej pozycji - staram się gromadzić linki od tych, którzy mają własne blogi i zamieszczają po lekturze recenzje, ale przecież nikt nie broni dołączyć do książki jakiegoś własnego listu - wkładki, gdzie można notować własne uwagi
...
Wady: 
- musisz wyskrobać na wysyłkę ok 5 złotych kiedy już przyjdzie Twoja kolej by puścić do kolejnej osoby - czy to dużo - sami oceńcie
- zwracano mi uwagę, że ludzie niechętnie piszą się na tego typu akcje, bo nie chcą przekazywać zbyt wielu osobom swoich danych, ale prawdę mówiąc nie wiem czy to taka duża różnica w porównaniu z tym jak wygrywasz konkurs i dajesz adres do wysyłki;
- niestety (pewnie mimo pokusy) nie możesz książki zatrzymać dla siebie (chyba, że jesteś na końcu kolejki i masz na to zgodę), ani czytać zbyt długo - masz świadomość, że ktoś na to czeka. I tu muszę powiedzieć, że póki co chyba tylko jedna osoba troszkę mnie zawiodła (na szczęście innych chętnych na tą pozycję nie było) - nie ma z nią kontaktu, nie odpowiada na maile, książkę więc muszę wykreślić z listy pozycji, które mogą krążyć dalej. Reszta szybciej lub wolniej frunie do następnych rąk. Dzięki wielkie Wam za to!
Zapraszam kolejne osoby, no i jeżeli macie jakieś własne pomysły, uwagi jak to ulepszyć - piszcie w komentarzach! Jeżeli ktoś chce pomóc w reklamie akcji - banerek na końcu :)
A poniżej lista książek, które podajemy dalej :) zasady i link główny tutaj

środa, 29 maja 2013

Abel, czyli ja się wami zaopiekuję


Wciąż mało czasu na gruntowne porządki na blogu, a ja na dodatek (chyba mi się nudzi :) zacząłem się bawić na Boolikes. Rzeczywiście całkiem przyjazne, proste narzędzie - tam więc pewnie będą pojawiać się fragmenty recenzji książkowych, a tu nadal będę pisał tyle ile chcę. Z zaległości zapraszam do zerknięcie na notkę o płycie Żywiołaka (niestety starej, bo nowej nie mam). A dziś kontynuacja podróży filmowej po świecie - tym razem Meksyk!
Abel to historia 9-letniego chłopca, który po wyjeździe ojca przestał się odzywać i został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym. Po pewnym czasie matka postanawia zabrać na próbę chłopca do domu, licząc na to że domowe ciepło pomoże mu się na nowo otworzyć. I rzeczywiście tak się staje, ale chłopiec widząc sytuację w domu wchodzi w rolę głowy rodziny. Wkłada sygnet, za duże spodnie, marynarkę i zaczyna ustawiać rodzinę po kątach - zachowuje się tak jak sobie wyobraża rolę ojca i męża (z telenowel?). 

wtorek, 28 maja 2013

Świteź, czyli Polak potrafi

Na profilu Notatnika na FB mocno przypominałem o premierze telewizyjnej tego filmu - kto przegapił niech próbuje może szukać go w sieci. Rzecz to ciekawa, po raz kolejny pokazująca, że w Polsce nie brakuje ludzi utalentowanych. Pomyśleć tylko gdyby np. nasz Semafor miał takie możliwości budżetowe jak Disney czy Pixar (albo chociaż jedną dziesiątą), jakie cudeńka moglibyśmy oglądać. Po raz kolejny widać też, że nie musimy wzorować się na tym co amerykańskie, tylko szukamy własnych środków wyrazu, nawet jeżeli może to wpłynąć na mniejszą komercyjną siłę rażenia. Żałuję tylko, że nie mogłem zobaczyć tego w 3D, bo efekt pewnie jeszcze ciekawszy. Produkcja 20 minutowego filmu trwała... 7 lat, a pracowało nad nim ponad 100 osób. Brawa za wytrwałość i za to, że twórcy nie zwątpili w realizację pomysłu. Efekt świetny. 

niedziela, 26 maja 2013

Płytki grób, czyli wielka pokusa, wielkie szaleństwo. I rozdawajka

Pamiętam ten film sprzed lat i wtedy jakoś wzbudził spore emocje, dziś oglądany już niestety czuję, że troszkę "wywietrzał". Chyba po różnych pomysłach m.in. Tarantino czy Ritchiego nie znajduję w tej opowieści tyle oryginalności. Wtedy gdy moja edukacja filmowa nie była chyba aż tak bogata, to połączenie przemocy i lekkiej wydawało by się opowieści o przyjaźni zaskakiwało. Bo też trzeba przyznać, że początek nie zapowiada tego co nastąpi potem... Trójka przyjaciół mieszka w sporym mieszkaniu i szuka lokatora do jednego z pokoi. Mają spore wymagania, bo nie chcą by był to ktoś banalny, nudny. I wreszcie znajdują kandydata, wprowadza się i...

Lęk wysokości, czyli ojciec i syn


Pisząc różne notki, wciąż łapię się na tym, że nie potrafię wyrazić różnych emocji i wrażeń w jakiś skondensowany sposób. Dziś taką mamy rzeczywistość medialną, że 90% odbiorców ogranicza się do czytania nagłówków i wszystko co ma więcej niż jeden akapit (i to nie za długi) powoduje zniechęcenie. A u mnie nawet jeżeli próbuję ograniczyć się do kilku zdań, potem wychodzi elaborat. Tak mam trochę też z tym filmem. Z jednej strony poruszającym, a z drugiej strony mam wrażenie, że trochę przekombinowanym.
Reżyser Bartosz Konopka w wywiadach wspominał o tym iż ta historia jest oparta na jego osobistych przeżyciach i to się trochę czuje. W tym filmie emocje i chwile uchwycone w kadrze maja większe znaczenie niż próba oceny całości fabuły, czy też doszukiwania się historii, która ma początek, środek i koniec.

piątek, 24 maja 2013

Matka diabła - Wiktor Suworow, czyli z rakietami stoimy tak samo jak z produkcją kiełbasy

Już dawno nie czytałem nic Suworowa (a raczej Rezuna, bo przecież to tylko pseudonim), dałem się wiec skusić na jedną z nowszych pozycji wydaną przez Rebis. I powiem Wam, że mam jakiś niesmak i spory zawód po jej przeczytaniu. Zacznijmy od tego, że Suworow bawi się w historyka - przekopuje różne źródła i przedstawia nam sporą ilość liczb, nazwisk, nazw jednostek i zakładów, niestety dla osób, które trochę interesują się historią powojenną większość wydarzeń jakie opisuje jest znanych. Jesteśmy zarzuceni detalami, a pomija się inne wydarzenia, które działy się w tym samym czasie - Suworow opisuje bowiem tylko to co uznał za przydatne do opowiedzenia jego własnej historii. Na tle pierwszego lotu w kosmos, wyścigu zbrojeń między ZSRR i USA, rządów Chruszczowa, opisuje on bowiem przebieg spisku radzieckich generałów, którym według hipotezy autora zawdzięczamy uratowanie ziemi przed wojną nuklearną i zagładą. I rzeczywiście - hipoteza ciekawa, o misji specjalnej pułkownika Pieńkowskiego, który miał przekazać Amerykanom tajne informacje, przeciętny czytelnik nigdy nie słyszał. Tyle, że treści starczyłoby może na dobry artykuł, góra na jeden rozdział.

książka do kupienia m.in. tu

czwartek, 23 maja 2013

Hannibal, czyli wytrawnie czy niestrawnie

Po milczeniu owiec postać psychiatry i psychopaty zarazem, weszła do popkultury i nic dziwnego, że różni twórcy próbują do tego tematu wracać. Zaskoczenia nie ma, bo i być nie może, pojedynek zatem jest trochę na to kto bardziej zaszokuje widza, kto lepiej ukażę tę postać, kto uzyska większy nastrój grozy (i obrzydzenia). Jeżeli chodzi o to ostatnie to twórcy najnowszego serialu moim zdaniem wysforowali się do przodu. Po litrach keczupu i latających kończynach w kolejnych sezonach Spartakusa, teraz widz ma się delektować kolejnymi organami wycinanymi z ciała i przyrządzanymi na różne sposoby... Prawdę mówiąc raczej niesmaczne niż wstrząsające. Straszne raczej jest to oswajanie z najbardziej okrutną zbrodnią, pokazywanie mordercy jako kogoś fascynującego. 
Po 8 odcinkach stwierdzam, że jedna rzecz na pewno się twórcom udała. 

środa, 22 maja 2013

Mróz - Marcin Ciszewski, czyli twardzi, sprawiedliwi, niezłomni, ale z własnym kodeksem moralnym

Tą lekturą kończę na razie przygodę czytelniczą z Panem Marcinem Ciszewskim. Kończę nie dlatego iż mam go dość, wręcz odwrotnie - po prostu przeczytałem już wszystko co wyszło spod jego pióra i pozostaje mi tylko czekać na kolejen rzeczy. Historyk, który wszedł jak burza na rynek serią o przeniesieniu się w czasie grupki dobrze przeszkolonych żołnierzy, sprawdza się równie dobrze jako twórca thrillerów sensacyjnych mocno osadzonych w naszej rzeczywistości politycznej. "Mróz" rozpoczyna ten cykl, "Upał" już za mną, czekam na kolejne anomalie pogodowe :) Kto ciekaw niech zerka - zakładka przeczytane, tam znajdziecie linki do wszystkich notek na temat książek tego Pana.  

wtorek, 21 maja 2013

Co lepsze kawałki - Lecha Janerka, czyli wszyscy inteligentni mężczyźni idą do...

Notki powoli wypełniają różne puste miejsca - kto ciekaw niech zerka....
Chattahoochee, czyli wzorzec psychola z Sevres

A propos tytułu notki - potraficie dokończyć ten tytuł?
Notka Ani o publikacji zawierającej teksty Lecha Janerki zainspirowała mnie wtedy by przegrzebać półki i odświeżyć sobie trochę klasyków tego muzyka. Notkę odkładałem długo, ale okazja nadarzyła się fenomenalna - oto jeden ze sklepów zrobił promocję na płytki, gdzie legalnie można zdobyć sporo ciekawych rzeczy od 10 do 20 zeta, w tym świetny zestaw Lecha Janerki - płytę "Co lepsze kawałki". Jak przegapić taką okazję? Nie żałujcie kasy! 

poniedziałek, 20 maja 2013

House of cards, czyli zastanów się dobrze zanim wejdziesz w to bagno

Pisząc o serialach lubię to robić od razu po pierwszych odcinkach, gdy wiem już czy coś mnie wciąga czy nie, a nie mam jeszcze jasności co do kierunku w jakim się wszystko potoczy... Można by oczywiście czekać na finał, analizować każdy kolejny sezon, ale tą robotę zostawiam fanom poszczególnych produkcji, krytykom i zapaleńcom. Przecież i tak mało kto zacznie oglądać od któregoś sezonu, omijając początek. A jak się wciągniesz to przecież będziesz oglądał, aż do jakiejś totalnej obsuwy (wiadomo, że sztuką jest nie zarżnąć pomysłu i zakończyć tak aby ludzie jeszcze chcieli trwać przy odbiornikach)... W serialach ostatnich miesięcy mam swojego faworyta - to trzynastoodcinkowy dramat polityczny „House of Cards”, oparty na brytyjskiej produkcji BBC (i powieści z Wielkiej Brytanii). Jestem przy siódmym odcinku (przez wyjazdy miałem sporą przerwę) i tylko żal, że już tak mało mi zostało do końca... Już samo nazwisko Finchera, któremu zaproponowano czuwanie nad całością może narobić smaku, a przecież kolejne odcinki dopracowywali spece od takich produkcji jak Sześć stóp pod ziemią, Zakazane imperium, Upadek, czy Tudorowie... O House of Cards głośno było ze względu na dystrybucję - to jeden z pierwszych seriali, który nie był produkowany z myślą o żadnej telewizji, ale zainwestowała w niego firma Nettflix, która udostępnia treści w internecie. Ale to tylko kolejny dowód na wartość tej produkcji - dzięki szeptanej reklamie i nagłośnieniu przez samych internautów rzecz stała się wydarzeniem sezonu i toruje drogę kolejnym tego typu inwestycjom...   

niedziela, 19 maja 2013

Żywiołak - Nowa Mix Tradycja, czyli dawne i nowoczesne. I roztrzygnięcie konkursu


Czasem jakieś płyty powędrują do znajomych i wracają do mnie po kilku miesiącach, albo nawet latach. Żal i zgrzytanie zębów. Ale jest i korzyść - nagle ma się ochotę odkrywać różne rzeczy na nowo. Tak trochę miałem z ta płytą. 
Jedyna płyta Żywiołaka jaką mam (niestety), to remixy tego co zwykle robią, nie daje więc takiej frajdy jak ich zwykłe nagrania. Czy to zabawa, czy próba dotarcia do słuchaczy, którzy właśnie siedzą w techno i elektronice? Na co dzień kapela, która gra folk z niesamowitą punkową energią tu wchodzi do strefy, która mnie niespecjalnie kręci (ale taka to już moda - Sweet noise też strasznie mnie rozczarowało takim kierunkiem) i łączy wodę z ogniem...