sobota, 21 stycznia 2012

Przygoda z owcą - Haruki Murakami czyli czym do cholery jest wszechświat dżdżownicy

Jakie to uczucie gdy owca wchodzi w człowieka? Ha! Owca jako super-mózg, geniusz, który wykorzystuje ciało ludzkie by realizować swoje cele np. zapanować nad światem. Czyż to nie brzmi jak wymysły jakiegoś nawiedzonego pisarza SF, który pozazdrościł sukcesu Hubbardowi... A to okazuje się wcale nie SF tylko Murakami, który uwielbia łączyć rzeczywistość magiczną, fantazję z naszą rzeczywistością, a to wszystko i tak stanowi tylko tło do tego by pisać o samotności, wyobcowaniu, zagubieniu współczesnego człowieka. To moje trzecie spotkanie z tym autorem. I wciąż - mimo, że to chyba było najciekawsze - nie mogę uchwycić istoty tego splendoru jaki otacza autora. Ani to jakoś specjalnie powalające, ani odkrywcze, ani żadnych wielkich prawd nam nie ujawnia.
Na pewno potrafi opowiadać - obojętnie czy to rozważamy całość książki czy wplecioną niczym matrioszka w powieść jakaś inną historyjkę (np. tu o założeniu wioski w górach) czyta się to dobrze, ale czy to wystarczy aby tak sie nim zachwycać? No cóż będę próbował dalej.
Bohater ksiązki - typowy everyman gdzieś między 30-tką a 40-tką ma dość nudne, zwyczajne życie. I mało udane jak warto dodać - nie finansowo, bo na to nie może narzekać, ale uczuciowo - to charakterystyczne dla bohaterów Murakamiego - pełno tu rozwodów, przelotnych ilozorycznych kontaktów, ludzie żyją trochę obok siebie w niewielkim stopniu się angażując. I oto naszego bohatera autor wrzuca w pewną intrygę kryminalną - dostaje nietypowe zadanie - by odnaleźć miejsce na którym sfotografowano pewną owcę. 
Okazuje się, że w snuciu atmosfery tajemnicy i prowadzeniu niełatwego śledztwa Murakami jest całkiem niezły. Czego tu nie ma - jakaś organizacja, której szef trzyma w ręku wszystkie media i rynek reklam, groźby, przyjaciółka, która dzięki swoim uszom ma zdolności paranormalne, odludzie, jakiś facet przebrany za owcę itd. Może samo tempo akcji nie jest zabójcze, ale atmosfera jaką udaje się wytworzyć autorowi jest całkiem interesująca. Co prawda cały ten klimat trochę rodem z Lyncha ma moim zdaniem zbyt proste zakończenie, ale to już tylko moja opinia.
To co dużo bardziej denerwowało to porozrzucanie w powieści mnóstwa drobiazgów, które sprawiają wrażenie jakby miały jakiś głębszy sens, znaczenie dla całej opowieści (ba! jakichś głębszych prawd), a tak naprawdę odbieram je jedynie jako wygłup, żart z czytelnika, żeby miał się nad czym zastanawiać. Nawet jeżeli przemyślenia bohatera nad upływającym czasem i zmieniającą się rzeczywistością mogą kogoś poruszyć, to jego sny i wizje na pograniczu jawy są dla mnie kompletnie bez związku z całością. Przypomina mi to mojego kolegę ze szkoły, który uwielbiał takie absurdalne skojarzenia i poczucie humoru - gdy czytałem fragment o mlecznej krowie szukającej obcęgów to tak jakbym słyszał Krzysztofa. Jaki te fragmenty miały sens? Żeby sprawić opowieść bardziej groteskową, tajemniczą?

Potem odbyliśmy stosenek płciowy. Bardzo lubię wyrażenie "Stosunek płciowy" - przywodzi mi na myśl pewną możliwość o określonym kształcie.

Do tego komentarze i monologi samego bohatera - cholernie introwertyczne, pokręcone, działania i decyzje, których powodów trudno nam zrozumieć, zachowania na pograniczu jakiejś nerwicy. Niby czytało się szybko, ale to nie jest lektura łatwa - raczej drażni, niepokoi. Przeciętność, którą zmienia owca - "bezowczość", która zmienia się w piekło...
No i humor - wszystko jest niby na poważnie, ale jak tu się nie uśmiechnąć napotykając na numer telefonu do Pana Boga albo na takie fragmenty?

Na dłuższe pobyty najlepsze są swojskie małe niezobowiązujące hoteliki. Ale po wejściu musiałem zabić karaluch i dwa włosy łonowe.
       
Podsumowując - co Wam mówią Wasze uszy? Czy taki był właśnie cel autora? Sprawić by w formę powieści kryminalnej zasiać sporą dawkę surrealizmu, czy realizmu magicznego, absurdu, pseudo filozofii, by wydała się nam ona bardziej oryginalna? Cholera, to chyba mu się udało. Długo nie zapomnę o przygodzie z owcą... 
 

11 komentarzy:

  1. Kolejna książka, o której mówią wszyscy i wszędzie, a ja jeszcze nie przeczytałam :) Ale tak było z "Kodem..." Browna - i totalna porażka, z "Millennium" - i ok, ale bez szału... Także chyba się jeszcze wstrzymam :p

    OdpowiedzUsuń
  2. ja nie żałuję, że zacząłem przygodę z Murakamim - jest ciekawy, choć jak zaznaczam dla mnie szału nie ma. Millenium zresztą też trochę przereklamowane. A Brown masz rację to już po prostu była nędza straszna. Czasem wokół jednej pozycji jest hałas to można puścić mimo uszu, ale o Murakamim słyszę już od dawna (podobnie jak na McCarthyego czy Mendozę, Lossę zrobiła się moda) więc chciałem spróbować. Słysząłem opinie, że najlepsze jest Norwegian Wood.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie ma co! Tytuł posta intrygujący :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Tu fan Murakamiego, chociaż po ostatniej jego książce jakby nieco mniejszy:) Zależy od jakiej książki zaczniesz "Przygodę z Murakamim". "Owca" jest dobra na początek, ale nie polecam zaczynania od jego ostatnich książek, są inne. Zmienił się np. bohater, z pierwszo- na trzecioosobowego, i kilka innych rzeczy nie jest już wg. mnie takich fajnych jak w jego wczesnych książkach. Moim skromnym zdaniem jego najlepsza ksiązka to "Koniec świata i Hard-boild Wonderland" a potem "Kronika ptaka nakręcacza", "Przygoda z owcą", i "Tańcz,tańcz,tańcz". "Norwegian Wood" to literatura pop, miliony sprzedanych egzemplarzy, ale dla mnie zbyt pod publiczkę:) I dobre są jeszcze jego opowiadania, ale ze zbioru " The Elephant Vanishes". Sorry, że się rozpisałem, miałem wenę twórczą. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozwolę sobie przyłączyć się do dyskusji, akurat pod wpisem Zbyszekspira, bo się z nim zgadzam. Dużo zależy od początku, ja zaczynałam właśnie od "Przygody z owcą", chętnie bym ją jednak przeczytała jeszcze raz, sporo czytałam Murakamiego, ale "Kronika..." nadal przede mną, a te najnowsze to z racji objętości chyba odpuszczę (inaczej bym to czytała przez cały rok chyba, zważywszy na okoliczności, że czytam ostatnio mało i ukradkiem). "Koniec świata i Hard- boiled..." też wg mnie był najlepszy. O, jeszcze "Kafka nad morzem" świetne. Opowiadania mniej mi się podobały. "Norwegian..." rzeczywiście "pop" ;-)
      Życzę miłego buszowania w świecie murakamiowej wyobraźni ;-)
      Pozdrawiam.

      Usuń
  5. Mimo krytycznych uwagach ta książka na prawdę mnie porwała :)
    Zresztą muszę przyznać, że ogólnie ten autor w niezwykły sposób porusza mój literacki smak na ciągłe sięganie po jego kolejne książki :)
    Wśród Murakamiego każdy trafi na coś dla siebie, ważne tylko, żeby się nie zniechęcać od razu :)

    OdpowiedzUsuń
  6. ja tak trochę w innym temacie. Twój nick mnie zainteresował :) przynadziei. piękny! skąd pomysł na niego?

    OdpowiedzUsuń
  7. @Zbyszekspir, biedronka, Agnesto - bardzo Wam dziękuję za komentarze i podpowiedzi - broń Boże wcale się nie zniechęcam do Murakamiego, będę szukał dalej więc rady się przydadzą. A może ktoś z Was mi trochę dojaśni pojęcie wszechświata dżdżownicy?

    @Egotiste :) To nick, który wymyśliłem już ponad 12 lat temu gdy odkrywałem świat internetu na dobre, jednocześnie pierwsza córa była w drodze na ten świat. A przecież rodzice są oboje w ciąży nieprawdaż?

    OdpowiedzUsuń
  8. Ciekawa historia się z nim wiążę, czyli tak jak myślałam ;) dziękuję za odpowiedź i zaspokojenie mojej ciekawości

    OdpowiedzUsuń
  9. "Przygodę z owcą" uwielbiam, zaraz potem idzie "Kronika ptaka nakręcacza"i właściwie innych książek Murakamiego mogłoby dla mnie nie być, bo albo przeczytałam i nie zapamiętałam, albo w ręku jeszcze nie miałam i wcale nie odczuwam takiej potrzeby.

    A te drobiazgi, szczególiki, pierepałki - odnoszę wrażenie (właściwie to kolega mi to podsunął), że Murakami bardzo jest przywiązany do drobiazgów, do rytuałów - oraz do ich opisywania.

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie ma do czego się odnosić, bo powyższe komentarze są "puste".

    OdpowiedzUsuń