piątek, 13 lutego 2015

Birdman, czyli co ci się udało osiągnąć żałosny człowieczku?


Obiecywałem powrót na blogu do filmów nominowanych do Oscara, oto więc kolejny. I póki co mój faworyt! Może ja mam słabość do Alejandra Gonzáleza Iñárritu, może zawyżam oceny, ale przecież nawet gdybym nie wiedział kto "Birdmana" nakręcił, nie zmieniłoby to mojego entuzjazmu. Właśnie takie filmy kocham. Ze świetnym scenariuszem, z pomysłem, opowiadające o czymś ważnym, inteligentne, zabawne i do tego otwarte na interpretacje, nie oczywiste. Mało Wam komplementów? To dorzucę jeszcze świetnego Michaela Keatona, który moim zdaniem jest pewniakiem (bo rola Redmayne'a w Teorii wszystkiego jest jednak zbyt oczywista). Na filmwebie dla "Birdmana" mocna 9 ode mnie, a miałem pokusę, żeby dać i dychę. Póki co przysługiwała ona głównie moim ulubieńcom sprzed lat (sentyment zwiększa ocenę?).

czwartek, 12 lutego 2015

Śledztwo, czyli pomóż w produkcji filmu!

Dziś znowu pisanie na kolanie, na szybko, ale z to z serca. Otrzymałem bowiem na skrzynkę mailową prośbę, którą uznałem na tyle za interesującą, że postanowiłem się nią podzielić z Wami. Wyjątkowo więc będzie o produkcji, która jeszcze nie powstała, ale do której ukończenia, i Ty i ja, możemy się przyczynić.Od jutra znowu na chwilę powrót do produkcji nominowanych do Oscara, w niedzielę konkurs książkowy (wbijajcie około 15.00), a na przyszły tydzień znowu książki - m.in. z zachwytem o Christensenie, pewnie również o "Zabić drozda" o "Londyn NW". W Notatniku póki co tematów nie brakuje.
 
A teraz kilka słów o "Śledztwie".
Poniżej znajdziecie wszystkie informacje, linki. Dla mnie to nie będzie pierwszy raz, by dokładać choćby malutką cegiełkę, do tego by ludzie z pasją mogli ukończyć swoje dzieła. Portale crowdfundingowe to rzecz, którą warto promować! Możemy wybierać rzeczy, które nam się wydadzą interesujące, warte wsparcia, a potem cieszyć się z tego, że dzięki takim "żuczkom" jak my udają się fantastyczne projekty (nie tylko kulturalne). 
Za "Śledztwo" trzymam kciuki, bo Lema bardzo lubię, a i całość zapowiada się naprawdę ciekawie. Kryminalna groteska noir, thriller, inspirowany klasykiem? Nawet jeżeli to nie będzie wierna adaptacja to i tak to kupuję!  

środa, 11 lutego 2015

Między nami dobrze jest - Dorota Masłowska, czyli żyjąc iluzjami


Nigdy nie miałem okazji zobaczyć "Między nami dobrze jest" w Teatrze Rozmaitości, ale prawdę mówiąc mam teraz na to ochotę. Choćby ze względu na Danutę Szaflarską, będę więc pewnie polował na seanse w kinach, bo od jesieni sztuka jest już dostępna w takiej wersji. 
Kto nie widział, zachęcam by zapoznał się z tym dramatem napisanym przez Dorotę Masłowską - książeczka jest cieniutka i pokazuje coś za co jedni tę autorkę kochają, inni zaś nienawidzą. Po lekturze "Kochanie zabiłam nasze koty" byłem wobec niej raczej na nie, ale jedno muszę przyznać - dziewczyna ma talent do tego, by wychwytywać język jakim mówi ulica, jakim posługują się różne środowiska. I to też jest siłą tej książeczki - zabawa słowem, budowanie piętrowych i czasem kompletnie absurdalnych zdań, które niosą za sobą jakąś treść jedynie dla "wtajemniczonych". Nowomowa i kompletny brak porozumienia, komunikacji, bo język jakiego używają jej bohaterowie służy raczej do wyrażania siebie, pokazania światu tego co moje, a nie do jakiegoś dialogu, zrozumienia.

wtorek, 10 lutego 2015

Eastern boys, czyli najpierw pieniądze, potem uczucie

Kolejka różnych szkiców notek robi mi się coraz dłuższa (ponad 80 pozycji i pomysłów), czasem więc dam ciała na całej linii. W ubiegłym roku pisałem o Festiwalu filmu francuskiego w sieci, w ramach którego dostępne są różne tytuły on line, a publika głosuje przyznając własne nagrody. A tym roku zapomniałem. I dziś, kiedy zostało już tylko kilka dni na oglądanie, nagle mi się przypomniało. Cholera. Ale może jeszcze ktoś skorzysta.
znajdziecie tam między innymi dzisiejszy film.
Ale zanim o nim słów kilka to jeszcze jedna nowa notka - na miejsce zakończonego konkursu coś muzycznego. Mówi Wam coś marka Sohn?

Eastern boys. Hmmm... Czy tylko ja mam takie szczęście do natykania się na tytuły poświęcone homoseksualistom, czy rzeczywiście jest ich coraz więcej, to właśnie one są nagradzane i promowane jako arcydzieła? Ktoś oczywiście może mi zarzucić, że przecież kilkanaście lat temu nie było ich prawie wcale, ale czy naprawdę nie widzicie, że robi się tego naprawdę dużo i jesteśmy tym bombardowani, jakby na ekranie tylko homoseksualiści byli interesujący...
Tyle tytułem wstępu.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Nasza klątwa, czyli nie wolno się poddawać


Miał być dziś dzień bez forsowania się po oddaniu krwi, a wyszło jakoś strasznie męcząco i nerwowo, nawet teraz wieczorem na pisanie i rzut oka do sieci nie ma zbytnio siły. Jutro. Wszystko jutro... 
Przypominam tylko o trwających konkursach z książkami (wczorajszy chyba był zbyt łatwy i teraz mam kłopot jak podzielić nagrody). A na dziś krótki wpis znów nawiązujący do Oscarów. Oczywiście trzymam kciuki za twórców "Idy", ale nie tylko oni reprezentują nasz kraj. Jest "Joanna", ale jej jeszcze nie widziałem, a w kategorii filmu dokumentalnego, krótkiego metrażu jest jeszcze nominacja dla "Naszej klątwy" Tomasza Śliwińskiego. Jutro spotkanie w Faktycznym Domu Kultury z reżyserem i pokaz filmu, ale dla tych, którzy mają za daleko do W-wy, wrzucam dziś parę słów i link do filmu - udostępnił go na swoich stronach New York Times. 


niedziela, 8 lutego 2015

Obrońcy skarbów, czyli ważny temat, ale film co najwyżej średni. I świętowanie 1500 notek

To mógłby być dobry film. Ciekawa i autentyczna historia, świetna obsada. To naprawdę mógłby być dobry film.
Losy kradzionych w trakcie wojny dzieł sztuki, zagrabianie nie tylko własności prywatnej, ale i skarbów narodowych przez "zwycięzców" to temat rzeka. I mało kto z nas wie, że zaraz za linią frontu zachodniego działała specjalna grupa zorganizowana przez Amerykanów, której celem było odzyskiwanie tych dzieł, zwracanie ich prawowitym właścicielom. Musieli nie tylko ścigać Niemców, dobierać im to co ukradli, ale na dodatek im bliżej było zwycięstwa, tym szybciej musieli działać, bo zbliżający się front wschodni oznaczał, że te skarby mogłyby na zawsze zniknąć z terenów zachodniej Europy. Brygady "trofiejne" zagarniały wszystko, nie przejmując się byłymi właścicielami, zagarniając od swojej granicy co tylko się dało, jako "rekompensatę" za swój udział w wojnie.

sobota, 7 lutego 2015

Norweskie noce - Derek Miller, czyli ja Wam jeszcze pokażę

Przez różne blogi jak co roku toczy się fala promocji i żebrania o głosy w konkursie blog roku, a ja się cieszę, że jakoś nigdy mnie nie kusiło, by startować w takich rankingach. Wygrywa najlepszy, czy ten co potrafi się wypromować, ten, który mądrze i celnie pisze, czy ten który robi to trochę pod publiczkę - schlebiając większości (rzeczy najbardziej popularne, nowe, konkursy itp.)... Każdy z nas ma swoich ulubieńców lub po prostu blogi zaprzyjaźnione, poprzez wzajemne rekomendacje wciąż odkrywamy nowych, fajnie piszących blogerów, czy naprawdę więc potrzebny nam jest taki konkurs? Dziś kumpel wrzucił na FB wpis - sprawdził pierwszą edycję konkursu blog roku i ze zdumieniem odkrył, że zarówno zwycięzca, jak i sporo blogów, które znalazły się tuż za nim, są już praktycznie martwe. A więc wszystkim znajomym, którzy startują - powodzenia, ale życzę Wam nie tyle samej wygranej (kilka głosów oddałem) co raczej tego byście się nigdy nie wypalili. To dużo ważniejsze. 
Jutro notka numer ... Kto pamięta jaki? No, cztery lata po jednej notce dziennie minęły ponad miesiąc temu, to teraz zbliża się... I z tej okazji jutro konkurs. A dziś też o książce, którą można u mnie zdobyć - patrz zakładka konkursy. Od początku to co dostaję do recenzji, staram się oddawać, bo miejsca na półkach już dawno brakuje. 

"Norweskie noce" reklamowane są jako thriller policyjny i może to ciut wprowadzać w błąd, bo to wcale nie policja jest tu na pierwszym planie, a cały urok powieści nie polega bynajmniej na akcji, pościgach, czy uczestniczeniu przez nas w śledztwie. 

piątek, 6 lutego 2015

W cieniu - A.S.A. Harrison, czyli psycholog też może mieć doła

W cieniu
Mała przerwa w notkach filmowych, ale już nawet w książkach robią mi się zaległości, nie mogę więc długo zwlekać. Wszystkich, których być może zainteresuje ta książka, od razu mogę zaprosić do zaglądania na Notatnik w ciągu kilku najbliższych dni - będzie ona jedną z nagród w konkursie (trochę tych książek rozdaję więc zawsze warto zaglądać do zakładki z konkursami).

Tyle tytułem wstępu. A co o książce (oprócz plusa za klimatyczną okładkę)? Może zacznijmy od tego, że z coraz większym entuzjazmem podchodzę do pojawiających się u nas thrillerów psychologicznych zza Oceanu. To miła odmiana po kryminałach, które łykam w sporych ilościach, coś zupełnie innego i mam wrażenie, że wymagającego od autora dużo większych umiejętności. Tu nie da się akcją, trupami i tajemnicą zasłonić tego, że bohaterów nasmarowało się na szybko, byle jak. Dlatego aż żal, że Harrison, starsza już pani, nie doczekała sukcesu swojego debiutu i nie dokończyła drugiej powieści. Kto wie, może było jeszcze lepiej?

czwartek, 5 lutego 2015

Teoria wszystkiego, czyli który plakat i którą historię Ty byś wybrał?


Coś się namnożyło wśród nominowanych biografii w tym roku, nieprawdaż? Ale mimo tego, że to zwykle dobry materiał na przebój kasowy, rzadko okazuje się, by to przełożyło się na wielkość filmu, na to czy jest wart zapamiętania. I podobnie jak w przypadku Gry tajemnic, mam wrażenie, że zmarnowano potencjał materiału, skupiając się na jakimś fragmencie obrazu, a tracąc możliwość pokazania widzom tego co dużo ciekawsze. Możemy oczywiście spierać się na ile dało by się pokazać na ekranie prace i teorie Hawkinga, nazywanego jednym największych umysłów naszych czasów. Ale do cholery nie spodziewałem się, że zamiast opowieści o ciekawym człowieku i jego przenikliwym intelekcie, otrzymam dość banalne romansidło. No może przesadzam - melodramat. Bo do tego sprowadzić można "Teorię wszystkiego". Zamiast filmu, który byłby realizacją tego co na plakacie z prawej strony, dostajemy ten z lewej. I chyba jedynie Eddi Redmayne ratuje całość.

środa, 4 lutego 2015

Snajper, czyli podbudować legendę


Zanim napiszę o swoim ulubieńcu wśród 9 nominowanych filmów, to jeszcze przynajmniej dwa inne. Na początek stary dobry Clint Eastwood. Tym razem jako reżyser i prawdę mówiąc nie wiem czy to nie będzie czarny koń tej gali. To produkcja tak cholernie amerykańska, sławiąca patriotyzm i podkreślająca dumę ze służby pod ich sztandarem, że może głosujący będą chcieli za to jakoś nagrodzić. Co prawda Hollywood jest raczej lewicujące, mocno krytyczne do Busha i jego poczynań, ale jeżeli chodzi o armię, flagę i szacunek dla bohaterów, to Amerykanie wszyscy mają hyzia na tym punkcie.
Nawet głosy krytyczne wobec produkcji Eastwooda nie przeszkadzają w tym, że ten film zgarnia w kinach pieniądze, jakich nikt chyba się po nim nie spodziewał. Poza Stanami film nie wzbudzi takich emocji, ale tam cały kraj chyba czuje się w obowiązku obejrzeć historię Chrisa Kyle'a i oddać mu w ten sposób hołd. Zdaje się, że wcześniej jego biografia (na której oparto scenariusz) też była hitem.  

wtorek, 3 lutego 2015

Boyhood, czyli życie jest banalne i jednocześnie wyjątkowe

boyhood-poster 
Kontynuujmy więc notki o nominacjach do Oscarów. Boyhood jest raczej pewniakiem. Długo jeszcze zachwyty krytyków będzie zagłuszać ziewanie części publiczności. Jak się nie doczytało nic wcześniej o filmie, to niektórzy mogą się srogo zawieść. Boyhood bowiem trwa blisko 3 godziny, a niewiele się w nim dzieje. To nie sama fabuła jest tu ważna, ale to w jaki sposób film został zrobiony. Właśnie tego dotyczą zachwyty i entuzjazm - takiego obrazu bowiem jeszcze nie było. Owszem - w kinie dokumentalnym podejmowano już tego typu eksperymenty, by rejestrować upływ czasu, zmianę jaka zachodzi wraz z dorastaniem np. malutkiego dziecka. Ale nakręcić w ten sposób film fabularny, tak by przez 12 lat ekipa spotykała się tylko na kilka dni, bez wcześniej domkniętego scenariusza - Richard Linklater zadziwił swoją odwagą, prostotą tego pomysłu. I w ostatecznym kształcie, również efektem końcowym. Bardzo subtelnym, pełnym rzeczy zwyczajnych, bez żadnych większych dramatów i katastrof (cholera, ja cały czas wyczekiwałem).

Gra tajemnic, czyli dla twórców Enigma wcale nie jest najważniejsza


Do rozdania Oscarów coraz bliżej i nawet jeżeli już trochę mierzi nas szum wokół nagród przyznawanych jedynie filmom anglojęzycznym, to i tak człowiek jest ciekaw, co też oni tam wyróżniają. Ostatnimi laty jest nieszczególnie, nie?
Zobaczymy jak w tym. Przyspieszam więc z notkami o filmach nominowanych, by pobawić się w typowanie (już swój jeden typ mam). Na dziś rzecz, która już na ekranach od kilku tygodni już jest. Gra tajemnic bardzo przypomina mi ubiegłoroczną Tajemnicę Filomeny - w podobny sposób opowiedzianą historię. Dość kameralny film, w dużej mierze oparty na dwóch głównych postaciach i prawdę mówiąc, podobnie jak wtedy stwierdzam, że historia i owszem ciekawa, ale sam sposób jej opowiedzenia nie powala. 

niedziela, 1 lutego 2015

Endeavour, czyli początki kariery słynnego inspektora. I znowu książki do oddania


W czasie gdy nasze telewizje wciąż katują nas super nowościami - serialami komediowymi  i kolejnymi sezonami tasiemców o miłości, za granicą tworzy się seriale, które naprawdę wciągają, trzymają w napięciu, których oglądanie naprawdę sprawia przyjemność. Wciąż sobie zadaję pytanie czemu stać nas na głupoty typu Szpital, Szkoła i inne pseudo życiowe bzdury, a nie można zrobić sensownych rzeczy kryminalnych. Przecież nie brakuje nam dobrych książek, które mogłyby stać się podstawą do scenariuszy, zarówno współczesnych jak i retro.
Inspektor Morse to postać znana już ze starszych seriali brytyjskich, może i mało u nas znanych (powieści Colina Dextera), ale tam na tyle popularnych, że postanowiono nakręcić prequel, czyli serial opowiadający o pierwszych sprawach detektywa.