czwartek, 30 lipca 2015

Who's Afraid of the Art of Noise, czyli czyli wspominki licealne

Czy z pukania, kroków, uruchamiania silnika, mruczenia i innych równie dziwnych dźwięków można zrobić muzykę? Wzięło mnie na wspominki, bo nie bez przyjemności sięgnąłem na Deezerze po płytkę z czasów swojego liceum. Pamiętam, że jeden z moich kolegów miał hopla na punkcie tej kapeli i elektronicznej muzy jako takiej i mocno mnie namawiał do jej słuchania. A ja eksperymenty zawsze lubiłem.
Art of Noise to grupa ludzi (każdy trochę z inne bajki), którzy postanowili pobawić się w miksowanie, w poszukiwanie nowych pomysłów w muzyce - wśród nich była m.in. kompozytorka muzyki poważnej, znany producent, dziennikarz muzyczny... Efekt ich spotkania to kompletne zaskoczenie. Pewnie lepiej znane są remiksy ich nagrań, które trafiały do klubów i dyskotek, bo cały materiał oryginalny jest trochę chaotyczny, melodia wielokrotnie się łamie, więc do tańca to się nie nadaje. Ale nawet po tylu latach słucha się tego z ciekawością.


Syntezatory, wyraźny beat jako tło, a reszta to zwariowane pomysły, które tak naprawdę wybijają się na plan pierwszy. Kakofonia dźwięków, jazz, muzyka poważna, słowa bez ładu i składu, a wszystko to zapętlone, zmiksowane, tworzące raz krótsze, a raz bardzo długie (nawet do 10 minut) kompozycje.
Zresztą posłuchajcie sami. A ja chyba poszukam innych płytek z tamtego okresu. Może Frankie Goes to Hollywood, Yellow. A może uda mi się przypomnieć nazwę projektu jakiegoś kolesia, który nagrywał muzykę tylko na urządzeniach dostępnych w domu (np. na golarkach, suszarkach, grzebieniach, wiertarkach itp.). Pamiętam, że to było szalone, ale naprawdę ciekawe. Zwłaszcza, że wtedy kapele zachłysnęły się stereo i bardzo lubiły się bawić przestrzenią (dźwięki przechodzące ci z jednego ucha do drugiego). Te lata 80 może i były kiczowate, ale jak patrzę na muzykę współczesną to w tej chwili jeszcze mniej w radiu rzeczy oryginalnych, nie banalnych.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza