sobota, 8 września 2012

Tost. Historia chłopięcego głodu, czyli kuchnia też inspiruje

Lubicie oglądać programy kulinarne, albo samemu pichcić? Ja od razu przyznam się do tego, że choć sam rzadko coś gotuję (chyba, że mnie dopadnie akurat ochota, wtedy nawet kilka rzeczy naraz) to oglądam z przyjemnością. A więc korzystając z inspiracji jaką funduje nam telewizja - Master Chef, inne nowe programy i serie w ramówce i ciekawy filmik, który będzie niedługo nadany przez Canal+ - ogłaszam konkurs!
Film (sam jeszcze nie widziałem - najbliższe emisje 11-go i 25 września), o którym wspominam to "Tost. Historia chłopięcego głodu", a w rolach głównych m.in. Helena Bonham Carter. O konkursie na dole!
Pisałem o książce, a teraz czas na film. I prawdę mówiąc trudno mi stwierdzić, co bardziej mi się podobało. Film - choć przecież wykorzystuje jedynie część sytuacji i opisów z tej specyficznej książki wydawał mi się dużo bardziej spójny. Podobna trochę rwana narracja - krótkie scenki i dużo miejsca na nasze refleksje, dopowiedzenia. To na plus. Natomiast na pewno - mimo fajnego klimatu trochę brakowało tu tych wszystkich potraw, smaków i doznań kulinarnych, których tyle autor zawarł w swoich wspomnieniach. Ale fajnie było porównywać sobie swoje wyobrażenia, z tym jak sobie wymyślił reżyser (nie wiem czemu, ale np. oczekiwałem, że gosposia będzie starsza). Pewne sceny są fajnie rozwiązane, innych bardzo brakuje. Na pewno też nie ma tu aż tyle nawiązań do seksu, potraktowane to raczej bardzo delikatnie i wygładzono różne rzeczy, które mogły być kontrowersyjne.


Więcej o samej treści napisałem w notce o książce. Tu więc tylko przypomnę, że to wspomnienia z dzieciństwa i młodości bardzo znanego w Wielkiej Brytanii kucharza i prowadzącego programy kulinarne - Nigela Slatera. Dodajmy wspomnienia nie zawsze wesołe i nie zawsze pozytywne. Chłopak od małego miał ciągoty do dobrego jedzenia i do zabawy w kuchni. Jego matka talentów kulinarnych nie miała za grosz, nadrabiała za to dużym sercem i dawanym mu ciepłem. Gdy zmarła, chłopak został w domu jedynie z dość surowym i zasadniczym ojcem, który nie tylko sam nie potrafił gotować, ale uważał tę czynność za niezbyt męską. Ich wzajemne relacje, ogromną potrzebę ciepła i brak umiejętności jego dawania z drugiej strony, trudno nazwać szczęśliwym dzieciństwem. Wreszcie ojciec Nigela postanowił, że znajdzie sobie nową żonę a jemu nową matkę - kobietę, która przychodziła do nich do sprzątania. Mrs. Potter (Helena Bonham Carter) potrafiła cudownie gotować, szybko owinęła wokół palca ojca, ale z synem nigdy nie udało jej się przełamać lodów. Eksperymenty Nigela w kuchni i jego fascynacje traktowała wręcz jako wyzwanie rzucone samej sobie i tępiła to jak tylko mogła.
Niewesoły to film, ale naprawdę wart zobaczenia. Obraz o dojrzewaniu, o pasji i marzeniach i o tym jak jest trudno, gdy nie są one akceptowane, gdy nie można ich rozwijać. Troszkę samotny chłopak, odczuwający cały czas ten "chłopięcy głód" akceptacji, ciepła i miłości (a intuicja pokazywała mu, że może to znaleźć w kuchni) dorósł w którymś momencie do tego by pójść własną drogą i dłużej się nie męczyć. I to zostaje w głowie - nie tylko obraz dorosłego faceta, który jest mistrzem w tym co robi (zacząłem oglądać jego programy), ale i młodego człowieka, który przestał powtarzać sobie, że nic się nie zmieni, że inaczej nie będzie, ale uwierzył w to, że może być kim chce i realizować swoje marzenia.
No i ten fajnie uchwycony klimat retro :)  
Dzięki Canal+ mam dla Was aż 5 egzemplarzy książki wydanej przez Carta Blanca, na podstawie której powstał ten film. O książce w notce i jeszcze kilka słów poniżej, a teraz słów kilka co trzeba zrobić by ją zdobyć.
A nie trzeba wiele - wystarczy pod tym postem wyrazić chęć zdobycia egzemplarza (najlepiej pisząc też e-mail) oraz podzielić się jakimś wspomnieniem kulinarnym z dzieciństwa. Może to być Wasz największy przysmak, koszmar, jakieś wrażenia które zapadły w pamięć - piszcie o smakach, potrawach, zapachach. Nic trudnego prawda? To do klawiatur! Czas do 16 września!     


Informacje z okładki
"Tost. Historia chłopięcego głodu" to historia dzieciństwa i dorastania jednego z najbardziej uwielbianych i bestselerowych pisarzy kulinarnych Wielkiej Brytanii - Nigela Slatera. 
Książka jest napisana w błyskotliwym angielskim stylu, z pełnym dystansu humorem, odkrywa nie tylko pikantne tajemnice brytyjskich domowych spiżarni i hotelowych kuchni, lecz także, a może przede wszystkim, opowiada historię osamotnionego chłopca wkraczającego w dorosły świat.


70 komentarzy:

  1. Oj ja bardzo chętnie :)

    Smakowych wspomnień z dzieciństwa mam sporo - czekoladowe ciasto z kaszy manny (której poza tym nie cierpiałam) na herbatnikach, pierogi z serem i miętą lepione przez moją prababcię, bitki jedzone w niedzielę u dziadka... to te przyjemne.
    Moje traumy: zupa mleczna z przedszkola, wszelkie ciepłe mleko z kożuchem, wątróbka (też z przedszkola), i najgorsze: czarna tabletka. Nie pamiętam, na co była, podobno miała anyżowy posmak, nie wiem, zapamiętałam tylko panikę i odruch wymiotny na jej widok. Tylko siostra mnie rozumie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. kurcze nie pamiętam czarnych tabletek... A czekoladowe ciasto na herbatnikach chyba kojarzę. Patrz, że produktów nie było tyle co teraz ale ludzie sobie radzili całkiem nieźle. To co teraz się zmienia, że gotują nie tylko panie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas niestety tylko ja :) Ale lubię, więc nie narzekam. Ludzie sobie dobrze radzili, bo więcej chyba umieli. Teraz wszystko można kupić gotowe, dzisiaj byliśmy na dużych zakupach i się zawsze nadziwić nie mogę - leżą pieczarki, a obok pieczarki popakowane i pokrojone, boczek w kostce, wszystko tylko pootwierać, wrzucić na patelnię i gotowe. Racuchy i placki ziemniaczane w torebce (!!!), ziemniaki z proszku... Niedługo przeciętna pani domu nie będzie potrzebowała noża w kuchni, tylko łyżkę i miarkę, żeby odpowiednią ilość wody dolać do tych super-mieszanek ;)

      Jutro spytam mamę, na co była ta czarna tabletka, będę przynajmniej wiedziała, czym dzieci nie straszyć ;)

      Usuń
    2. Chyba kojarzę, o jaką tabletkę chodzi, ale pamiętam ją jako brązową. Anyżowy smak - ohyda, też nie jestem jego fanką.
      Wspomnienie przysmaku z późnego dzieciństwa - smażony panierowany ser z toną keczupu. Mniam!
      PS. Zgłaszam się!

      Usuń
    3. brzmi smakowicie :) ja pamiętam robiłem kiełbasę w plastrach i na to ser żółty - też dobre

      Usuń
  3. zgłaszam się :)
    Moja mama gotuje niestety słabo, ale uwielbiam potrawy mojej babci. Kiedyś na każde urodziny przygotowywała mi pyszny, czekoladowy tort. Zawsze bardzo mi smakował.
    Może niezbyt ważne, ale jedno z niewielu wspomnień z przedszkola, jakie mam to zjedzenie 1 talerza zupy pomidorowej i później 2 talerze dokładki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. widzę, że nie tylko u mnie sporo wspomnień związane jest z babciami. U mnie to wspomnienie kurek na maśle ze śmietaną - jakie to było pyszne!

      Usuń
  4. Zgłaszam się i ja :)
    Wspomnień kulinarnych z dzieciństwa to ja mam sporo. Głównie przykrych, gdyż byłam wybredna i wiele rzeczy mi nie smakowało, ale niestety, musiałam je jeść. Jedno z takich najbardziej żywych wspomnień to kiedy jadłam, praktycznie ze łzami w oczach, czerwony barszcz z makaronem, siedząc przed telewizorem, na którym mój tata oglądał transmisję uroczystości 11 listopada. Nienawidziłam tej zupy, a mama nie pozwoliła mi odejść od stołu dopóki nie zjem. Połączenie tego smaku z tą arcynudną dla dziecka transmisją sprawiło, że siedziałam tam mając poczucie totalnego nieszczęścia. Zupy zapewne nie zjadłam, nie pamiętam tylko czy były tego jakieś konsekwencje ;) Poza tym w dzieciństwie mama katowała mnie twarogiem, którego też nie lubiłam. Generalnie, ponieważ byłam niejadkiem, często podczas jedzenia mama bawiła się ze mną w sklep :) A właściwie powinnam napisać, że podczas zabawy w sklep, mama wpychała mi do buzi jedzenie ;) A z innych miłych wspomnień to np. pyszny barszcz biały, który moja babcia gotowała na śniadanie co niedzielę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ciekawe - barszcz czerwony z makaronem? kurcze u mnie się jadało tylko z ziemniakami i to uwielbiałem. Choć i tak nic nie przebije zupy ogórkowej do której jeszcze wrzucałem chleba

      Usuń
    2. No widzisz, pewnie w każdym regionie czy nawet więcej- w każdej rodzinie-jest inaczej. Ale z ziemniakami też bym nie jadła, po prostu nie lubię samego smaku barszczu. A wiem, że niektórzy jedzą pomidorową z ziemniakami - dla mnie nie do pojęcia! ;) Mojego maila znasz więc sobie daruję ;)

      Usuń
    3. e-maila znam spokojnie :) Pomidorowa z ziemniakami? fuj - przecież tylko z ryżem lub makaronem :)

      Usuń
  5. Zgłaszam się po książkę :)

    Z dzieciństwa pamiętam bardzo dobrze 2 smaki i jeden zapach. Smak pierwszy - cieniutki omlet z cukrem pudrem podzielony przez ukochaną Babcię na 8 kawałków. Smak drugi - frytki, ale nie takie jakie znamy, a usmażone na ciemnozłoty kolor i dwa razy cieńsze od normalnych. Zapach to herbata Earl Grey, którą Babcia zaparzała mi w kubku z czerwonym uszkiem. Dopiero niedawno udało mi się znaleźć w sklepie herbatę o takim właśnie zapachu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ciekawe te frytki, takich nie pamiętam, ale omlet i ja pamiętam świetnie właśnie z pudrem. A dawna herbata (u mnie często robiło się esencję na cały dzień) naprawdę pachniała zupełnie inaczej

      Usuń
  6. Film oglądałem, podobał mi się na tyle, że poluje na książkę. Zgłaszam się zatem i ja.
    Najbardziej wyraźne kulinarne wspomnienie z mojego dzieciństwa może się wydawać dosyć dziwne, ale dotyczy potrawy, której przepis brzmi następująco...ugotować makaron, posypać go cukrem. Tak po prostu ;-) Będąc kiedyś u babci zostałem przez nią uraczony tym niezwykle wyszukanym daniem i tak mi zasmakowało, że od tego czasu przez dobre dwa-trzy lata bez przerwy męczyłem mamę, by mi je przygotowywała w domu. Zresztą, nie tylko ja, również brat rozsmakował się w "kluskach z cukrem" (tak to nazywaliśmy) :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ciekawe! to ja bym od razu dodał do tego śmietany (tak to jadałem w dzieciństwie). muszę spróbować bez!

      Usuń
  7. Ponieważ lubię gotować, ale również czytać o kulinariach, zgłaszam się po tę ciekawą pozycję. Nie pamiętam wielu smaków z dzieciństwa, ale pewne wspomnienie wzrusza mnie i sprawia, że czuję się znowu małą dziewczynką. Gdy mieszkałam z dziadkami i miałam niewiele lat, dziadek co niedzielę robił dla mnie naleśniki o różnych kształtach. Były to najczęściej zwierzaki - słonie, żyrafy, jeże i koty. Dodam, że nie używał przy tym żadnych foremek, po prostu umiejętnie wylewał ciasto na patelnie, uzyskując tak lubiane przeze mnie kształty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. odlotowe! każdy by chciał mieć takiego zdolnego dziadka. Cudne są takie drobiazgi we wspomnieniach!

      Usuń
  8. Zgłaszam się po książkę.
    A z dzieciństwa przypominam sobie smak domowej, wędzonej kiełbasy, zalanej smalcem, też domowej roboty i zakręconej w słoiku na zimie. Czegoś takiego już niema, może u kogoś kto ma gospodarstwo domowe, świnki i.t.d.
    A jeszcze często jako dzieciaki podczas zabawy, robiliśmy przerwę na chleb posypany cukrem i skropiony wodą, nie wiem czy ktoś coś takiego robił, ale ja to uwielbiałam;))
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chleb jadałem ze śmietaną i cukrem, albo masłem i solą, ale z wodą jakoś nie. Natomiast te kiełbaski... mmmm, ale mi narobiłaś smaku! A pamiętasz jak się wieszało kiełbaskę na grzejnikach i potem można ją było łamać? Cholera dzisiejsza to zaraz by spleśniała

      Usuń
    2. Ze śmietaną też jadłam:)) podkradaliśmy z siostrą te kiełbaski podwieszane;))
      Pozdrawiam!

      Usuń
  9. zgłaszam się!
    mój kulinarny przysmak? mama od maleńkiego zamiast mleka dawała mi do picia... rozcieńczony mlekiem budyń. do tej pory pamiętam jego smak i czasem obudzę się w nocy i mam taką na niego ochotę, że nie mogę się niczym pohamować :D
    becha@onet.eu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o rany a ja musiałem pić mleko... bleee Budyń jadałem od święta, a jak mama polała go sokiem to już było niebo w gębie!

      Usuń
  10. Zgłaszam się i ja :) Koszmarem mojego dzieciństwa była czarnina czyli zupa z krwi kaczej. Na samo wspomnienie mnie mdli :| Z pozytywnych smaków pamiętam bardzo dobrze smak bloku czekoladowego robionego z mleka w proszku, kakao i cukru :) Drugim smakiem, który pamiętam bardzo dobrze ale niestety nie udało mi się go do tej pory odtworzyć jest ser topiony robiony przez moją babcię z twarogu - był boski! :) Lubiłam też chodzić do babci po świniobiciu - świeże kiełbasy, wędzone szynki, kiełbasa w słoiku - to dopiero były smaki i zapachy :)
    agnieszka.detyna@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. blok i ja pamiętam i do dziś uwielbiam ten smak! i cieszę się, że nigdy mnie nie karmiono czarniną - na samą myśl robi mi się niezbyt dobrze

      Usuń
  11. Witam!
    Zgłaszam się! Mój mail: popo14@tlen.pl
    Och, jeżeli chodzi o wspomnienia kulinarne z dzieciństwa, to najbardziej w moich zmysłach pozostały pierogi z serem, które znakomicie robiła moja babcia. Takich już się nie spotyka. Ponadto jak byłem mały to może to śmieszne, ale uwielbiałem bułkę z mlekiem. Jakie to było dobre! Koszmarnie wspominam jednak szpinak, którym na siłę mnie karmiono. Do dzisiaj mam wstręt do tej potrawy i myślę, że już nigdy tego nie zjem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bułka z mlekiem taka zwykła? Czy słodka?
      Szpinak na szczęście już polubiłem, ale rzeczywiście kiedyś chyba nie umiano go przyrządzać.

      Usuń
  12. zgłaszam się :)
    a_rey@wp.pl
    Moim największym przysmakiem były pierogi z kapustą i grzybami. Uwielbiałam je lepić i przygotowywać z Mamą. Nakładanie farszu, próbowanie, a potem jedzenie.. coś wspaniałego. ;) Gdy zjadłam ok. 10 chwaliłam się, a babcia czy Mama były bardzo zadowolone, że mi smakowało (notabene, byłam bardzo niejadkiem). Najgorzej wspominam barszcz czerwony.. Jak mój brat cioteczny wcisnął mi kit, ze jest z krwi ukochanego króliczka. Brr.. Do tej pory raczej za nim nie przepadam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. lepienie pierogów! wow! też pamiętam, a teraz u mnie w domu nikomu się nie chce i ganiamy po kupne. kurcze ile smaków się gubi i ile frajdy dla dzieci. Muszę do tego wrócić

      Usuń
  13. Wyrażam chęć udziału :) Mój koszmar z dzieciństwa to mleko oraz sok z marchwii. Zdaję sobie sprawę, że oba te napoje są bardzo zdrowe, ale moi rodzice wciskali je we mnie w ilościach hurtowych. Do dziś nie mogę nawet na nie patrzeć!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mi marchew dawano do chrupania i też za nią nie przepadałem, jakoś mało słodka mi się wydawała. Zresztą jak każde dziecko domagałem się cukru do wszystkiego co wydawało się mało zjadliwe (np. grejpfrut)

      Usuń
  14. Zgłaszam się:)
    Ponieważ zawsze byłam niejadkiem, dużo miałam koszmarów:)
    Ale za to pamiętam ulubioną zupę, gotowaną przez babcię, tzw. wodziankę.
    Nie wiem z czego była gotowana, pamiętam, że bardzo mi smakowała, mam nadzieję, że to nie była woda:)

    Katarzyna
    katarzynaiwanczak@interia.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o wodziance przypomniałem sobie niedawno, podobno to potrawa i dziś robiona często gdy brakuje kasy - podstawą jest chleb czerstwy i woda, ale jak ma się więcej składników (boczuś itp.) to wyobrażam sobie, że można stworzyć coś fenomenalnego!

      Usuń
  15. Zgłaszam się.
    Wakacje zawsze spędzaliśmy częściowo u dziadków. Babcia piekła chleb w piecu ale zanim wkładała chleb piekła dla sprawdzenia temperatury podpłomyki. Do dzisiaj pamiętam ich wygląd i smak . Podpłomyki były smarowane wodą i posypywane cukrem a jak babcia była w dobrym nastroju to polewała je śmietaną. To było niebo w gębie.
    Wtedy smakowało mi proste , wiejskie jedzenie.Kasza jaglana na mleku, mieszanka z mąki razowej ze śmietanką, albo groch z pęcakiem czyli tzw.oba razem. I oczywiście drobne ziemniaki gotowane w łupinkach w kotle.Nie znosiłam natomiast krupniku , w którym plątała się pora .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kurcze nigdy nie jadłem podpłomyków, chleb z pieca (olbrzymi) pamiętam i jeszcze takie buły białe, które rosły na parze - też pychota. Na wsi też spędzałem część wakacji, ale jakoś słabo to pamiętam - choć np. utkwił mi w głowie barszcz z wiśni i do tego ziemniaczki ze skwarkami

      Usuń
    2. Kluski na parze do dzisiaj robię, to spuścizna po mojej mamie, która znakomicie gotowała , a ponieważ w latach 50 i 60- tych było u nas bardziej niż skromnie to tydzień był jarski , a jak tata wracał z delegacji w niedzielę było zawsze mięso ale wyprodukowane przez mamę czyli kura , kurczak lub królik.Kluski na parze więc często były a i teraz dość często je robie, gdyz moja rodzina ma bardziej jarskie gusta.

      Usuń
    3. jak to się nazywało? Parowańce?

      Usuń
    4. My nazywaliśmy te kluski parowcami.

      Usuń
  16. I ja się zgłaszam :)
    Choć moje "dzieciństwo" nie było tak dawno, pamiętam tylko jedną rzecz, a właściwie smak tak dokładnie. Chodzi mi o taką zwykle niezwykłą potrawę jak omlety. Babcia robiła mi je gdziekolwiek byłyśmy- czy ona u mnie,ja u niej, na wakacjach, u rodziny- zawsze towarzyszył mi ich wspaniały aromat. Jadłam je z domieszką kakao, z czekoladą, powidłami, śmietaną, zawsze na meeega słodko, jak to dzieci lubią najbardziej. Do chwili, gdy mając 16 lat opowiadałam o tym znajomym, a oni zrobili wielkie oczy "omlety na słodko? Fuj, to się je z szynką i warzywami!" to był dla mnie szok, koniec dzieciństwa, załamanie życiowe. Czyżby całe moje dzieciństwo było farsą, bo jadłam omlety z cukrem pudrem zamiast papryką, pomidorem i ogórkiem?????

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie było, moja mam smażyła nie omlety lecz grzybki na słodko/ oczywiście to takie placki smażone na tłuszczu/ a my kochamy słodkie omlety z konfiturą ale niestety są tuczące.Moja córa za to często sobie je smaży.

      Usuń
    2. ja też uwielbiam omlety na słodko i wcale mnie nie dziwią. Ale to tak jak z sałatą, albo plackami ziemniaczanymi - jedni jedzą ze śmietaną i cukrem a inni solą. Co region to inne smaki

      Usuń
    3. Własnie , ja placki ziemniaczane z cukrem lub dżemem.

      Usuń
  17. Moja mama jest kiepską kucharką, co zresztą po niej odziedziczyłam :P ale tylko jej pierogi mi smakują, zawsze zamawiam, jak jadę:) Z dzieciństwem, jako że przypadło na schyłek PRL kojarzą mi się pomarańcze, a raczej problem, jak jedną podzielić na pięcioro członków rodziny. Zawsze mi się przypomina, jak opylam całą w dzisiejszych czasach "dobrobytu". A z koszmarów: kapuśniak u babci z kapustą ciągnącą się od gardła do żołądka, brrr!... Nie znosiliśmy takich rzeczy i mama ich nie gotowała, a u babci trzeba było zjeść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomarańcze na Boże Narodzenie, wtedy je rzucano do sklepów.

      Usuń
  18. Wspomnienie kulinarne z dzieciństwa? A bardzo proszę. Dzieciaki uwielbiają lepić babeczki z piasku, prawda? Toteż i ja, i moje dwie starsze siostry z zapałem lepiłyśmy, dla lepszego kolorytu babeczek dodając do piasku wściekle różowy przeterminowany syrop, wygrzebany chyba z kosza (mama nie dość skutecznie zutylizowała). Tyle że siostry starsze i mądrzejsze wiedziały, że babek z piasku się nie ja, a ja jeszcze nie. Pożarłam jedną babkę z piasku, więcej nie, syrop okazał się obrzydliwie gorzki, co prawdopodobnie uchroniło mnie przed sensacjami żołądkowymi. :)
    Tak więc, drogie dzieci, pamiętajcie: babka piaskowa tak, babka z piasku nie.
    :)
    agnes.aqnes(at)gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  19. Film świetny, polecam:)
    Na książkę się skuszę...moje kulinarne wspomnienia z dzieciństwa? chleb z masłem i cukrem albo z samym masłem i do tego zerwany z krzaczka pomidor...wyrafinowane dania, prawda?, ale mam wrażenie, że dziś o takie trudno, a kiedyś, u babci na wsi, latało się cały dzień po podwórku i takie pyszne przekąski najmilej wspominam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chleb jakiś inny był wtedy i masło też. Na szczęście u nas w ogródku przynajmniej pomidory mamy własne :) więc jakaś szansa na odtworzenie tego smaku jest

      Usuń
    2. chleb z masłem i cukrem to raczej nie ale w moich wspomnieniach jest chleb z wodą i cukrem a czasami ze śmietaną babci i cukrem to była rewelacja smakowa:)
      dzisiaj jak mi się uda kupić dobra śmietanę na rynku to córka smakuje ten przysmak.)
      oj wspomnień byłoby mnóstwo.)

      Usuń
  20. Obserwuje jako: mka
    e-mail: marzena258@interia.eu

    Od dziecka nienawidzę czerwonych buraków!!!
    Kiedy byłam mała w szpitalu codziennie dostawałam na obiad buraczki, żeby zwalczyć anemię. Inne dzieci jadły sałatki, surówki, ogórki, marchewkę, a ja same buraki!!! Do dziś kiedy je widzę, wolę głodować niż wziąć je do ust!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no fakt, w ten sposób wszystko można obrzydzić :( ja mam fobię do flaków, ale nie wiem skąd się wzięła. I przez długi czas bałem się jedzenia ryb - jadłem je w przedszkolu gdy dopadł mnie atak wyrostka i potem myślałem, że to od połknięcia ości...

      Usuń
    2. i dzięki za dodanie do obserwowanych - nigdy tego nie wymagam, ale to miłe gdy ktoś mimo wszystko klika

      Usuń
  21. Zawsze będę pielęgnować w pamięci wspomnienie smaku i zapachu ciasta, które moja Prababcia piekła w prodiżu. Lekko ciepłe, pokrojone w treściwe kawałki jadłyśmy smarując prawdziwym, tłustym masłem.

    bork@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ach aż ślinka pociekła! z prodiża zawsze mam wrażenie, że zapach dużo bardziej intensywny!

      Usuń
  22. Właściwie już od chwili gdy przeczytałam tytuł książki, wiedziałam o czym napisać ;-)

    Będąc dzieckiem byłam strasznym niejadkiem. Już jako niemowlę zawzięcie plułam na wszystkie strony i cieżko było we mnie coś wmusić. Na szczęście moje zachowanie szybko zostało "rozgrzeszone" przez babcię, która w trakcie jednego z takich posiłków spróbowała moją papkę i stwierdziła, że gdyby jej dawano podobne świństwo, też by pluła ;-)
    Z czasem nieco się poprawiłam. Co prawda dalej nie szalałam na punkcie posiłków ale gdy tego ode mnie wymagano, byłam w stanie coś zjeść. W przedszkolu odkryłam nawet danie, które śmiało mogłam nazwać swoim ulubionym - makaron z białym serem i cukrem. Ilekroć się pojawiało, a zdarzało się to dość często, dzień w przedszkolu był dla mnie prawdziwym świętem. Były też i smutne doświadczenia jak np. duża miska zimnego budyniu u moich dziadków. Budyń uwielbiałam, ale ciepły. Tak strasznie się cieszyłam gdy babcia obiecała zrobić budyń i niemal wpadłam w czarną rozpacz gdy okazało się, że jest zimny... Jednak to nie makaron ani budyń są najważniejsze w tym poście...
    Jak wspominałam, z zasady byłam niejadkiem i tak jak wiele niejadków, czasem dopuszczałam się pewnych oszustw by nie musieć kończyć posiłków. Najbardziej znany i dość skuteczny to ... udawanie bólu brzucha. Oczywiście z czasem rodzice uodparniają się na takie przedstawienie ale jeśli ciągnie się je wystarczająco długo, z reguły kapitulują. Ten przekręt ma niestety pewien efekt uboczny - gdy faktycznie boli brzuszek, mało kto jest w stanie uwierzyć. Nie wiem ile czasu minęło zanim rodzice zrozumieli że tym razem dzieje się coś niedobrego. Pewnej niedzieli, wieczorem, odwiedzili moją lekarkę, która na nasze szczęście mieszkała w tym samym bloku i w razie potrzeby zawsze można było do niej zapukać. Jeszcze tej samej nocy zostałam przewieziona i do szpitala i operowana - wyrostek w tak paskudnym stanie że niewiele brakowało a mogłoby dojść do tragedii... Po powrocie ze szpitala, rodzice przez parę dni mieli wrażenie że dostali inne dziecko. Byłam straszliwie głodna i wręcz błagałam o większe porcje. Przerażeni rodzice co chwila dzwonili do lekarki by się upewnić, że mogą jeszcze mi coś dać, że dane danie mi nie zaszkodzi. Często odpowiedź była odmowna a ja miałam wrażenie że lada moment umrę z głodu. Właśnie wtedy wpadłam na szatański pomysł. Po powrocie ze szpitala czekał na mnie wyjątkowy prezent - kanarek, o którym od dawna marzyłam. Kanarek zwykle jadał ziarenka ale od czasu do czasu lubił poskubać coś innego... No i właśnie w tej chwili zobaczyłam że dostała mu się surowa marchewka... Nie zastanawiając się ani chwili pozbawiłam ptaszka przysmaku i do dziś właśnie tą marchewkę wspominam jako najbardziej pożądane danie. Los pokarał mnie za ten paskudny czyn i na dzień dzisiejszy mój organizm reaguje alergicznie na ten przysmak - mogę ją spożywać jedynie ugotowaną. Mam nauczkę na całe życie - nie wolno podkradać jedzenia, nawet ptakom ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. świetna historia i to z jakim morałem :) Witaj w klubie tych bez wyrostka - ja też straciłem go jako dziecko

      Usuń
    2. Dzięki :-) Heh morał dobry tylko ja nadal cierpię, bo naprawdę lubię surową marchewkę... Kto wie, może jeszcze kiedyś ktoś się nade mną tam na górze zlituje, póki co zostaje tylko gotowana... I przestrzeganie zasady odnośnie kradzieży jedzenia ;-)

      Usuń
    3. Och te wspomnienia.
      Alison2 , fajnie to opisałaś. Czytałam gdzieś tam, że marchewka MA WIEKSZE WŁAŚCIWOŚCI TA LEKKO PODGOTOWANA NIŻ SUROWA, TAK ŻE BYĆ MOŻE NIE STRACIŁAS WIELE.
      /ach ta moja klawiatura, już nie będę poprawiać/

      Usuń
    4. To ja Agniecha. Robert mnie zmotywował, ale nie mam chwilowo czasu na porządne wgłębienie się w rejestrację. Jak byłam mała to mówiłam "Poproszę kanapkę, ale bez niczego i bez masełka..." Z czasem moje kulinarne gusta się znacznie rozszerzyły. Pierogi ruskie z miętą mojej mamy, barszcz ukraiński i z rodzinnych stron mamy: pieróg biłgorajski a z taty czernina. Oczywiście wątróbka pracowicie wpychana do kieszeni fartuszka w przedszkolu. I niezmiennie kanapka z dżemem albo miodem. Teraz trochę zdradziłam te specjały na rzecz masła orzechowego ale i tak to nadal jest podstawa mojego śniadankowego jedzenia. Mniam.

      Usuń
    5. do Ciebie akurat e-maila pamiętam więc Ci daruję. Zgłoszenie przyjęte! Ciekawe ile dzieci przerabiało podobne akcje - wątróbka pracowicie wpychana do kieszeni fartuszka :)

      Usuń
    6. natanna dziękuję za pocieszenie :-) Nie powiem, marchwka gotowana też jest bardzo smaczna ale brakuje mi tego chrupania ;-) Cóż, wszystkiego mieć nie można :-)

      Usuń
  23. Koszmarem kulinarnym z dzieciństwa który teraz wspominam z uśmiechem był kalafior :D. Był dla mnie przerażający a każde nasze starcie w jakiejkolwiek potrawie kończyło się zawsze moim płaczem i niechęcią do jedzenia. Nie wiem dlaczego aż tak go nie lubiłam chyba dlatego że nie wyglądał dla mnie zbyt apetycznie. Teraz wprost zajadam się kalafiorowymi zapiekankami i innymi cudami a kiedyś rękami i nogami się wzbraniałam.. a szkoda bo takie przysmaki mi uciekały :P.

    ivanotta@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wszystko przez to, że wtedy wiele rzeczy podawano jakoś tak prawie pół surowo, niedoprawione - można więc znienawidzić i szpinaku, kalafiora, czy brukselki

      Usuń
  24. Mój koszmar z dzieciństwa wiąże się z talerzem obiadowym a na nim ziemniaki, szpinak i jajko sadzone. Raz w życiu się zdarzyło, że rodzice nie pozwolili mi wstać od stołu dopóki nie zjem. "Modliłam się" nad tym talerzem kilka godzin i do dziś śni się mi po nocach jak najgorszy koszmar. Ale o dziwo, nie chodzi o szpinak, który od małego lubię i cała moja rodzina lubi... chodziło o jajko sadzone! Ogólnie nie przepadam za jajkami, na twardo jeszcze zjem, mocno ściętą jajecznicę przeż(u/y)ję, ale te ciągnące się gluty z jajka sadzonego? Bleee! Rzewnymi łzami okrasiłam te zastygłe w zimnym tłuszczu potrawy i nigdy ich nie zapomnę :-( Mojemu Synowi nigdy nie podam jajka sadzonego!!!

    Pozdrawiam,
    ma_niusia@gazeta.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kiedyś danie bardzo popularne - u mnie też często nie było mięsa wiec jajko sadzone jadało się z: ziemniakami, kaszą, chlebem

      Usuń
  25. Chęć przeczytania tej książki zmusiła mnie do przypomnienia sobie, co takiego jadałam w dzieciństwie, czego nie jadam teraz. Co prawda moje dzieciństwo to nie czasy aż tak bardzo odległe (dopiero od paru lat mam "2 z przodu"), jednak przyznam, że trudno mi było sobie przypomnieć jakiś charakterystyczny smak. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to smak danonkowych lodów. Danonki w temperaturze pokojowej nie smakowały nawet w połowie tak cudownie jak zmrożone. Jako dziecko nie mogłam się doczekać, kiedy producent zacznie dołączać do serków specjalne patyczki do lodów (teraz wiem, że równie dobrze można było zastąpić te patyczki zwykłą łyżeczką, jednak wtedy sam patyczek był już połową atrakcji). Wbijałam go z dumą do kubeczka i wkładałam do zamrażarki. I wtedy zaczynało się prawdziwe dziecięce cierpienie- oczekiwanie. Głodny dzieciak czekający na coś słodkiego przez kilka godzin- to było prawdziwe hartowanie się mojego charakteru :P Kiedy wreszcie mogłam skosztować lodów, rozpływałam się w zachwycie nad ich smakiem- choć w gruncie rzeczy był to tylko kremowy serek o smaku truskawki czy brzoskwini, dla mnie smakował wtedy jak najlepsze na świecie wykwintne desery.

    kaylime@onet.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ha takich przysmaków moje pokolenie nie miało - robiłem to dla swoich dzieci. a my mieliśmy za to oranżadę w proszku :)

      Usuń
  26. Zgłaszam się !

    Moje największe przysmaki dzieciństwa to kogelmogel robiony przez tatę:D wówczas nie chciałam wierzyć, że jest robiony z żółtka! Codzienny vibowit pochłaniany prosto z saszetki oraz mleko prosto od krowy.

    ania.pietrzyk@op.pl

    OdpowiedzUsuń
  27. brawo, w ostatniej chwili, bo właśnie się zastanawiałem nad losowaniem,
    ach kogel mogel i vibovit i ja pamiętam! mniam!

    OdpowiedzUsuń
  28. I mnie naszła TOSTOchętka :)

    W dzieciństwie nie znosiłam smażonych pieczarek. Mama namawiała mnie, żebym choć RAZ spróbowała zanim się zdeklaruję, że nie, nigdy. Natomiast tato, który za pieczarkami wprost przepadał, nie narzekał, bo mógł dzięki temu pałaszować większe ilości. Pewnego razu postanowiłam – przy okazji sprawdzając miłość rodzicielską – skosztować: gdy tata miał w ustach ostatnią sztukę zadeklarowałam naglą chęć na pieczarki ;) I tata wypluł tego na wpół zagryzionego grzybka, spróbowałam i od tej chwili jestem wielką fanką smażonych pieczarek :)

    Druga historia będzie o rodzynkach, towarze niegdyś nieco deficytowym, przysyłanym nam w paczkach przez znajomą z zagranicy. Mój niespełna 3-letni brat zagustował w nich bardzo i ciągle się ich domagał. Pewnego razu nie mogliśmy go znaleźć, aż w końcu po prowadzącej od szafki ścieżce z rodzynek doszliśmy do stołu przykrytego długim obrusem. A pod stołem, zwinięty w kłębek, z przyciśniętym do serca pustym pudełkiem, spał ten rodzynkożerny nicpoń. Było to tak wzruszające, że mama nawet specjalnie się nie gniewała, zwłaszcza jak obejrzeliśmy opakowanie, w którym wydłubana była prawie niewidoczna, mała dziurka, przez którą wszystkie te rodzynki mu uciekły ;). Teraz brat to dorosły facet, a nadal jak na niego patrzę to widzę tego małego chłopca śpiącego na rodzynkowym posłaniu :)

    inwentaryzacjakrotochwil@gmail.com

    Hej!Miało być do 16nastego...
    Mam nadzieję, że to jest ostatnia chwila :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a racja - zwłaszcza, że historie bardzo ładne. To czekamy do wieczora, a dziś chyba będę miał dla Was kolejne prezenty!

      Usuń