środa, 23 września 2026

Frost i Boże Narodzenie - R. D. Wingfield, czyli sięgajcie po książki sprzed lat!

Co prawda największą chęć mam na to by jak najszybciej wrócić do lektury najnowszego tomu Kulawych koni, ale notka sama się nie napisze, a mam całkiem niezły temat jak mi się wydaje. Biegając za nowościami, czasem zapominamy ile rzeczy jeszcze nie zostało przeczytanych z tego co popularne było kiedyś. A tam znajdziemy rzeczy czasem o niebo lepsze niż dzisiejsze "megahity". Ja na Wingfielda pewnie też bym nie trafił gdyby nie rekomendacja koleżanki z pracy i wymianki na których wypatrzyłem jeden z tytułów tego autora. I oto odkryłem autora i stworzonego przez niego bohatera, który choć może dziś nie wydaje się poprawny politycznie, ale za to jaki jest interesujący...
 
Inspektor Frost powszechnie jest dość lubiany, choć charakter ma delikatnie powiedzmy trochę paskudny, a dowcipy po prostu żenujące. Po śmierci żony jeszcze bardziej przestał o siebie dbać i prawdę mówiąc przełożony najchętniej by się go pozbył, gdyby nie to, że na koncie ma cokolwiek samobójcze ale i skuteczne zatrzymanie niebezpiecznego bandyty, za co otrzymał medal. Trudno pozbyć się bohatera, nawet jeżeli jest abnegatem, kompletnie nie radzącym sobie z papierami i zapominającym o podstawowych sprawach...  

Frost ma za to jakąś przedziwną intuicję, która prowadzi go na tropy, na które pewnie kto inny długo by nie wpadł. Gdy w sprawie zaginionej dziewczynki przez splot okoliczności to właśnie on ma stanąć na czele akcji poszukiwawczej, raczej mało kto spodziewa się spektakularnych efektów - gość jest raczej samotnym wilkiem i już nawet dołożenie mu do opieki młodego posterunkowego, który dopiero zaczyna służbę w ich komisariacie zakrawa o jakiś żart. Młody chłopak nie dość że czuje się kompletnie "zajechany", bo przecież inspektor nie spieszy się do powrotu do pustego domu, to jeszcze i ma wrażenie że nic nie nauczy się od takiego nieudacznika. 

Frost jednak robi swoje. Marudzi. Jest złośliwy. Czasem chamski. Ale cholera, widzimy że wkłada całe serce w prowadzenie spraw i jak mało kto potrafi dojść do ich rozwiązania, choć czasem w papierach tego efektu nie widać. Załatwianie czegoś niezupełnie zgodnie z regulaminem, ale zgodnie z jego sumieniem i zdrowym rozsądkiem, to coś za co między innymi go szanują. 
Charakterystyczny płaszcz (Colombo się kłania), szal, szczerość która aż boli, totalnie olewczy stosunek do regulaminu i papierów, poruszanie się niczym słoń w składzie porcelany, seksistowskie odzywki... No jak tu lubić tego gościa :) A kurde lubi się go. Nigdy nie chwali się geniuszem, twierdzi że to tylko szczęście, a jednak trudno mu odmówić inteligencji, przenikliwości. Nieudacznik? Tylko pozornie. Albo to maska, którą rozgrywa innych, autoironicznie bawiąc się tym co oni o nim myślą. 
 
Kurcze, z dzisiejszego punktu widzenia ramotka, bo to powieść z lat 80, a akcja wydaje się być osadzona jeszcze wcześniej. Powiem Wam jednak że mimo iż bohater wkurza (a może właśnie dlatego?) czyta się to wybornie. No i ten humor :) Brytyjczycy jednak mają swój wkład w to co bawi.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz