Na takie lektury naprawdę trzeba mieć nastrój i za sobą już wiele innych lektur, by docenić nawiązania i cały kunszt stojący za tym projektem. To nie jest bowiem powieść jak każda inna, ale kunsztowna, brawurowa konstrukcja, w której jedni na próżno będą szukać sensu i logiki, a inni zachwycą się właśnie tym że mimo wszystko one są, tyle że nie są najważniejsze. "Zniknięcia" bowiem słyną przede wszystkim jako najsłynniejszy lipogram literatury światowej, gdzie autor zrezygnował z użycia litery "e", najczęściej występującej w języku francuskim. I pozornie byłaby to po prostu zabawa i cholerne wyzwanie dla tłumacza (szacun za polski przekład!), bo chwilami to po prostu degrengolada, przeskakiwanie z wątku na wątek, a w każdym z nich coraz bardziej piętrowe opisy i odwołania do innych dzieł, do historii, do kultury. To wszystko jednak składa się na pewną całość, gdzie poszukiwanie zaginionego przyjaciela, w pewnym momencie zmienia się w eskapadę nad którą już nikt nie ma kontroli i w trakcie której znikają kolejne osoby.  

W zamierzeniach autora powieść miała być epitafium dla tragicznie zmarłych rodziców Pereca. To zniknięcie, pragnienie przywrócenia do porządku chaosu jaki się pojawił, zapełnienie braku, jest tu kluczem do odczytania całości a wszystkie detale poszczególnych wątków nie są nawet aż tak bardzo istotne. 

Choć bowiem chodzi o pewnego rodzaju "śledztwo" i rozwiązanie zagadki jak w kryminale, to przecież nie chodzi o prawdziwe poszlaki, jakieś dowody i realizm, sny i opowieści są również ważne jak i decyzje podejmowane przez grupę przyjaciół, a całość coraz bardziej przypomina opowieści Szeherezady albo pełne fantastycznych przygód historie dla młodzieży niż logiczną fabułę.  

Czytanie "Zniknięć" może więc stanowić wyzwanie ale i jednocześnie frajdę, gdy już trochę oderwiemy się od naszych oczekiwań, a damy się porwać kolejnych zdaniom i akapitom. Jest to bowiem podróż gdzie litery i słowa układają się w pewną strukturę, którą nie da się chłonąć tak jak kryminałów czy powieści obyczajowych, rejestrując jedynie sens, bez zatrzymywania się i analizy tego co czytamy. Pewnie wielu z Was, podobnie jak ja, często fotograficznie przelatuje kolejne strony. Tu raczej tak się nie da. A może się da, ale nie będzie takiej przyjemności. Doceniasz humor, wyobraźnię, kolejne połączenia, jednocześnie cały czas pamiętając o mistrzowskich umiejętnościach które trzeba mieć, by czytelnik nawet nie odczuł braku najważniejszej, najczęściej używanej litery. W dodatku poszlaki do rozwiązania zagadki mogą mieć dość ukryte znaczenie, bardziej matematyczne niż wskazane wprost w tekście, a to już przy zachowaniu ciągłości opowieści jest i dla autora i dla tłumacza naprawdę jazdą bez trzymanki.  

Nie ukrywam, że chwilami czułem się już zmęczony tą lekturą, ale wynikało to głównie z tego, że trudno ją czytać tak jak wiele "czytadeł" w każdych warunkach i z doskoku.