Wrzesień miałem kończyć notką muzyczną już wczoraj, ale wypadł teatr, więc dziś z opóźnieniem. I przy okazji mogę już zapowiedzieć kilka nadchodzących notek. Znowu jakiś zapas się robi, a wydawało się że już wyczerpię wszystkie szkice i po raz pierwszy od dawna będę pisał szukając tematów na świeżo. Co mogę obiecać: najnowszą premierę z Polonii, czyli Barciś przypominający Tuwima i to bynajmniej nie dla dzieci. Będzie wreszcie o biografii Jeremiego Przybory, pojawi się notka o Kajś, które zachwyciło podobnie jak poprzednio czytana książka Rokity. Będzie trochę kina dla wytrawnych smakoszy, pewnie wpadnie Lalka i to w podwójnej porcji (wiadomo). Muzycznie już też kilka pomysłów jest :)
Notatnik we wrześniu "dowieziony" do celu, a ja mimo że chwilami gonię w piętkę i padam zmęczony, wciąż potrafię znaleźć 10-15 minut na napisanie kolejnej notki. I będę próbował dalej.
Dziś po raz 5752. Dużo? Mało?
Po raz pięć tysięcy pięćdziesiąty drugi.
Od tylu dni zawsze jedna polecajka lub przynajmniej uchwycenie wrażenia.
A dziś znowu Jazz. Wraca do mnie coraz częściej mimo że długo wydawało mi się iż to nie dla mnie, że nie rozumiem, że zbyt monotonne. Wybór płyty był tym razem dość naturalny: skoro film "Dziewczyna z Kolonii" opowiadał o jej nagraniu, trzeba było sprawdzić o co tyle hałasu. Dziś mimo popularności krążka nie wiem czy nazywanie tego tytułu najlepiej sprzedającą się w historii solową płytą jazzową wciąż jest aktualne, sam Jarrett nie uważał jej za jakieś wyjątkowe osiągnięcie, a co ciekawe zdaje się że twórcy filmu nie dostali też zgody na wykorzystanie jej fragmentów w tle. No to fenomen, genialne osiągnięcie, dowód na wielkość? Czy płyta jakich wiele?
Zgodzę się na pewno z tym ostatnim. Słychać wielkość Jarretta, jego talent. Grał na instrumencie który do końca nie stroił, zdaje się że nie działał też jeden pedał, nie miał więc komfortowych warunków. Pewne fałszywe nuty znawcy pewnie też wychwycą. Dla mnie jako laika to była jednak cudowna podróż i przeżycie. Choć bowiem improwizacja zawsze ma to do siebie, że jest zapisem chwili i najpełniej doświadczają jej ci obecni tam na sali, to nawet ta namiastka zarejestrowana na taśmie robi cudowne wrażenie. Ileż tu cudownej melodii, budowania nastroju, finezji w tym poszukiwaniu dalszego ciągu. Prosty motyw i nagle zdajesz się zupełnie na jakiś impuls, czekając dokąd cię zaprowadzi. I tak przez kilkanaście minut. A potem kolejne kilka nut i znowu totalna, nieprzewidywalna wędrówka po klawiszach.
Nie bójcie się jednak dysharmonii, bezmyślnej sekwencji dźwięków, żartów... Tego tu nie ma. Można odnaleźć za to pieśni folkowe, może bluesa, czy motywy muzyki klasycznej. Łączone w sposób spójny, piękny, magnetyczny i magiczny. Bo nie musisz być fanem jazzu, by dostrzec w tym harmonię, jakiś zaskakujący czar. Może właśnie dostępność i melodyjność tego albumu jest tu kluczem, bo niewiele płyt jazzowych z improwizacją może właśnie tak pozytywnie zaskoczyć. Kameralne, intymne, a jednocześnie tak otwarcie wciągające cię dźwięki po prostu wpadają prosto do serca.
Zdaję sobie sprawę, że legendę albumu stworzyła historia jego powstania, a nie tylko muzyka. Na tyle mnie ona jednak zachwyciła iż mogę jedynie być wdzięczny za to że dzięki filmowi zwróciłem na niego uwagę.
A przy okazji mogę jedynie spytać tych co siedzą intensywniej w jazzie - może macie jakieś rekomendacje na dalszą przygodę?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz