Zostawiłem sobie ten film na poniedziałek, gdy najczęściej staram się pisać o muzyce, choć akurat w tym przypadku tej muzyki jest niewiele (a szkoda). Choć fabuła opowiada o kulisach zorganizowania koncertu Keitha Jarreta, który został nagrany i stał się wielkim wydarzeniem i najlepiej sprzedającym się albumem jazzowym w historii, to nie spodziewajcie się jakichś dużych fragmentów muzycznych. Oczywiście człowiek jest ciekaw, pozostaje jednak sięgnąć po płytę. Film bowiem jak wspomniałem opowiada nie o samym koncercie, a o tym jak go zorganizowano, czy też raczej kto go zorganizował.
Zwykle bowiem za występami gwiazd muzycznych, nawet tych jazzowych stoją ludzie ze sporym doświadczeniem w branży, znajomościami, dysponujący kasą. A tu widzimy dziewczynę niespełna dziewiętnastoletnią, która ma więcej tupetu niż wiedzy na temat tego z czym się mierzy. Wymyśliła sobie żeby zrealizować marzenie - ściągnąć do swojego miasta i to do jednej z większych sal, czyli do budynku opery, która niechętnie użycza miejsca na taką muzykę, artystę którego podziwia. Może żeby udowodnić sobie i całemu światu, że nie jest zwykłym "kociakiem" w środowisku muzyków, ale jest w stanie porwać się i zrealizować coś wyjątkowego.
No jak się domyślacie, koncert się odbył, choć wcześniej sporo się piętrzy przed bohaterką trudności i klapa grozi jej na każdym kroku. Vera Brandes w męskim świecie przebiła się w sposób spektakularny i potem całe życie pracowała na rynku muzycznym, prowadząc własną agencję.
Przez moment w filmie towarzyszymy też Jarretowi, ale w zupełnie innym mieście, by trochę poznać jego podejście do grania oraz sytuację w jakiej się znajdował w trakcie tej trasy po Europie (totalne długi). I tyle. Może więc i historia interesująca, ale pewnie trzeba by dać to Amerykanom do opowiedzenia by wlali w tą opowieść więcej napięcia i sprawili że zapamiętuje się ją na dłużej. Jakże brakuje mi tu większej dawki muzyki o której film ma opowiedzieć...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz