piątek, 2 marca 2018

Kotka na gorącym, blaszanym dachu, czyli z rodziną to najlepiej na zdjęciu

Dawno nie byłem na transmisjach teatralnych z Londynu w ramach cyklu Na żywo w kinach i nie ukrywam, że stęskniłem się trochę za tym doświadczeniem teatru w trochę inny sposób. Niby dalej, ale jednak paradoksalnie bliżej (kamera pozwala nam zobaczyć nawet to czego nie widzą ludzie siedzący w pierwszych rzędach), niby nie na żywo, ale emocje wcale nie mniejsze - nie raz dyskutowaliśmy po spektaklu jeszcze bardzo długo.
Przy okazji porządków na blogu znalazłem jeszcze jakąś niedokończoną notkę z przedstawienia Rosencrantz i Guildenstern nie żyją, ale dziś o czymś świeżym, co dopiero niedawno zostało pokazane na pierwszych pokazach, a lada chwila rusza w Polskę do innych kin. "Kotka na gorącym blaszanym dachu" to tekst Tennessee Williamsa, który w bardzo różnych obsadach gości na naszych deskach teatralnych od lat, tym bardziej jednak za każdym razem rodzi się ciekawość, czy można odkryć w tej sztuce coś nowego, pokazać ją jakoś inaczej. No i jak to zrobią Brytyjczycy? Benedict Andrews zdaje się, że pożegnał się tą sztuką z Young Vic na West Endzie przekazując stanowisko dyrektora artystycznego w inne ręce, chciał więc pożegnać się chyba z przytupem. Jego wersja "Kotki..." ma w sobie wszystko to, co w tej sztuce najważniejsze: żar, emocje, pragnienie, rozczarowanie i destrukcję.


Na scenie jedynie łóżko i toaletka. I prysznic... Rozumiem, że miał symbolizować tę parną noc, w której nie można zasnąć z powodu temperatury. To właśnie pod prysznicem rozpoczyna się pierwsza scena i nie ma tu żadnego udawania (w końcu kto chodzi pod prysznic w ubraniu albo bieliźnie) - Jack O'Connell nie dość, że z nogą w gipsie i nagi jakoś nie wydaje się skrępowany. Większość czasu będzie siedział jedynie owinięty ręcznikiem, a i pod prysznic zdarzy mu się jeszcze zaglądać. Nie mówię tego bynajmniej jakoś zbulwersowany, ale raczej pokazując pomysł reżysera: na naszych oczach ma dziać się wszystko, by to pozbawienie prywatności aktorów, pomogło im również na większy ekshibicjonizm emocjonalny. Tak tu trzeba. Gdyby nie otwarcie wyrażane żale Maggie (Sienna Miller), nie potrafilibyśmy chyba do końca rozgryźć Bricka (O'Connell), jej męża, bo nawet jeżeli inni o nim mówią, to nie tak otwarcie. Każdy tu trochę udaje, coś ukrywa, a jednocześnie aż kipi w nim od pretensji, żali i kompleksów. Wszyscy zgromadzili się na farmie prowadzonej przez nestora rodu, by uczcić jego urodziny, ale choć ten cieszy się z najnowszych wyników badań, odetchnął z ulgą, że nie ma raka, coś wisi w powietrzu. Brick nie chce brać udziału w rozszarpywaniu majątku, w próbach przekonywania ojca, że to jemu należy się majątek, choć od zawsze był ulubieńcem rodziców. Ewidentnie coś się z nim dzieje, bo coraz więcej pije, odsuwa się od żony i stracił wszelką chęć do życia. To świetny argument dla jego brata i bratowej, żeby zagarnąć wszystko dla siebie. Zresztą kto tu na to nie liczy - nawet ksiądz, który niby jako przyjaciel rodziny przyszedł świętować i nieść wsparcie. Im dalej w noc, temperatura rośnie, emocje również, aż wreszcie nic nie stanowi tamy dla ujścia słów, które być może wcale nie powinny paść. Bo ujawnienie sekretów i zranień wcale nie niesie ulgi.
Surowość tej inscenizacji, jeszcze bardziej wydobywa na wierzch wszelkie uczucia, cały jad, zazdrość i brak miłości. I choć nie wszyscy wypadają w swoich rolach równie dobrze (mam wrażenie, że zarówno rola bratowej, jak i matki są mocno przerysowane i zbyt komediowe), sztuka naprawdę robi wrażenie. Taka gorzka psychodrama o tłumionych marzeniach, lękach i poczuciu winy. To teraz na świeżo rozglądam się za jakąś sceną w okolicy, by zrobić sobie porównanie.
Wszelkie terminy polskie znajdziecie na stronie Na żywo w kinach.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza