czwartek, 29 marca 2018

Chumesz Lider, czyli czy rozumiemy zwyczaje i korzenie

Dziś Wielki Czwartek, rozpoczyna się Triduum Paschalne, czyli tak naprawdę trzy najważniejsze dni, bo niedziela i poniedziałek nie są już żadnymi świętami - to co najważniejsze już się dokonało. Ciekaw jestem ilu z nas o tym myśli, zdaje sobie sprawę, próbuje analizować symbolikę tych Świąt, przyglądać się źródłom tradycji.
W tym roku wyjątkowo nie zniknę z sieci już dziś, jeszcze jedna notka czeka Was jutro, ale postanowiłem sięgnąć po trochę inne rzeczy, niż zwyczajowe dotąd lektury religijne, z którymi Was zostawiałem na ten czas. Nie tylko dlatego, że akurat się nie wyrobiłem, że czytam inne rzeczy. Może to jakaś potrzeba zmian? Mam wrażenie, że jakoś nie tyle patrzę na pewne sprawy inaczej, co dokonuje się powolny proces odchodzenia od tego co można by nazwać zewnętrznymi rytuałami. Tak jakby coraz mniej one znajdywały umocowanie w tym co wewnątrz. Od dawna postrzegałem siebie jako poszukującego, ale kiedyś źródło wydawało się dużo bliższe, nie czułem w sobie tylu rozterek. Może napiszę o tym jeszcze jutro, ale na dziś chciałbym podzielić się z Wami emocjami z kolejnego przeżycia teatralnego.
Wybieram tę notkę na dziś nieprzypadkowo. Pascha to święto żydowskie, a w naszej tradycji jakoś mało jest refleksji nad tym czym jest Ostatnia Wieczerza, nad symboliką Triduum, ogromnym bogactwem znaków, które nie są puste, ale łączą Stary i Nowy Testament. Z wdzięcznością dla tych, którzy mi to kiedyś pokazywali, z nadzieją że wciąż będę to odkrywał. Żeby wiara, słowa i gesty nie były puste...
Dziś więc o spektaklu dość wyjątkowym. Po pierwsze granym w Synagodze (i to wciąż żywym domu modlitwy), po drugie w języku jidysz. Podwójne dotknięcie kultury naszych starszych braci w wierze. Nawet potrójne, bo tekst spektaklu oparty jest również na wątkach biblijnych.


Teatr Żydowski zaprasza nas do świata kultury i tradycji żydowskich, sięgając po wiersze Icyka Mangera. Wykorzystywał w nich różne historie z Tory, ale opowiadał je w językiem żartobliwym, umieszczając znane postacie w realiach zrozumiałych dla jemu współczesnych mieszkańców niewielkich miasteczek i wsi. Nagle te same sceny i bohaterowie wydają się jacyś bliżsi, a z ich perypetii, kłopotów, czy dobrych decyzji, oglądający mieli czerpać nie tylko zabawę, ale i naukę.
To coś więcej niż odgrywanie katolickich jasełek czy misteriów, bo to nie tylko opowiadanie i wspominanie ważnych wydarzeń, to raczej próba ożywienia tych tekstów, uczynienia ich bardziej zrozumiałymi. Dziś ten świat malowany przez Icyka Mangera wydaje się trochę cepeliowy, ale przecież to fragment ważnej kultury, pokazanie bogactwa tej tradycji, która na naszych ziemiach przez tyle lat mogła swobodnie się rozwijać.

To połączenie: historie biblijne i żartobliwe dialogi, scenki, stroje rodem z komedii, moment na refleksję i czas na zabawne piosenki, może wydawać się dość zaskakujący, ale mimo wszystko tworzy to jakąś spójną całość. Dużo pracy włożono w kostiumy, w dopracowanie scen zbiorowych. Teatr Żydowski mimo braku swojej własnej sceny dotąd ograniczał się do przygotowywanie bardziej kameralnych spektakli, teraz dzięki zaangażowaniu całego zespołu i reżyserii Andreia Munteanu, stworzył coś z dużo większym rozmachem. "Chumesz lider" jest komedią muzyczną, ale dla mnie przede wszystkim był bardzo ciekawym doświadczeniem spotkania z kulturą i tradycją, o której wciąż wiem mało. Równie często zerkałem na tablice z tłumaczonym tekstem, jak i starałem się wsłuchać w ten język, bo wtedy różne wyrażane emocje były jeszcze ciekawsze. Ciekawa muzyka (Dov Seltzer) i śpiewanie wszystkiego na żywo stwarza naprawdę ciekawą oprawę i klimat.
Nie wiem kiedy będzie następna okazja by zobaczyć ten spektakl na żywo - może po prostu zaglądajcie na strony Teatru Żydowskiego. Być może wystawią go w ramach Festiwalu Singera?
Fot. ze strony teatru: M. Hueckel.

PS Kto mi wytłumaczy czemu w tradycji żydowskiej anioły mają po trzy palce (czyli aktorki miały je sklejone). Będę wdzięczny.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza