czwartek, 30 kwietnia 2015

Trzy razy Muzeum Narodowe, czyli warto, warto, warto

Ostatnia notka kwietniowa, znowu udało się "wykonać plan" - jedna notka na dzień, a w niektórych filmów dawałem nawet po kilka. Nawał różnych obowiązków zbliża się chyba jednak do takiego poziomu, że w następnym miesiącu chyba już nie uda się pisać tak regularnie. Zobaczymy. Póki co dziś notka troszkę archiwalna - po wystawie sprzed dwóch dni, wyciągnąłem różne materiały z szuflady i postanowiłem napisać notkę niejako "zbiorczą" na temat wizyt w muzeum narodowym w ciągu ostatniego roku.
Jutro rozstrzygnięcie konkursu i ogłoszenie nowego pakietu, w kolejce jeszcze trzy filmy z Festiwalu Wiosna Filmów, a potem kilka książek. Moje deklaracje porządków na blogu odkładam na czas nieokreślony. Ale nawet jak będą mi się zdarzać mniej regularne notki, mama nadzieję, że nie zniechęci Was to do zaglądania do Notatnika. Zapraszam Was gorąco!

A dziś notka troszkę prowokacyjna, a troszkę jako dzielenie się swoją radością.

Czemu prowokacyjnie? Ano chciałbym zadać Wam pytanie jak często zaglądacie do Muzeum Narodowego w swojej okolicy albo w ogóle do muzeów w Waszym mieście. Podkreślam: w Waszej okolicy lub w mieście, bo pewnie każdemu się zdarza w trakcie wyjazdów, zwiedzania różnych miejsc, dopisywanie do planów również placówek muzealnych (coraz ciekawszych). Ale ot tak, sami z siebie, bo chcecie zobaczyć tylko jakąś wystawę, posłuchać jakiegoś wykładu?
Ze wstydem się przyznam, że i mi przez długie lata zdarzało się omijać z daleka takie placówki. Na szczęście, trochę pod wpływem koleżanek ze swojego zespołu, od jakiegoś czasu zmienia mi się perspektywa. Nie tylko szukam ciekawych wystaw, ale i zaglądam na strony internetowe w poszukiwaniu różnych wydarzeń.

W dzisiejszej notce zebrałem wrażenia z trzech dłuższych wizyt w Muzach Narodowych - udało się zobaczyć wystawy twórczości braci Gierymskich (Kraków i Warszawa) oraz ostatnio w stolicy retrospekcję Olgi Boznańskiej.

To ciekawe jak bardzo różnie podchodzi się do samej prezentacji obrazów, organizacji wystaw. Mimo, że obrazy Maksymiliana Gierymskiego (tu ciekawy artykuł) są dla mnie trochę monotematyczne i jakoś nie urzekły, to zachwycony byłem ilością materiałów jakie w Krakowie przygotowano dla różnych grup wiekowych odwiedzających - od ulotek z życiorysem, aż po jakieś kolorowanki i fajnie przygotowane materiały dla dzieci. 
Edukacja wspaniała! Do tego film wyświetlany na dużym telebimie przed salą wystawową, a wszystkie teksty w poszczególnych salach, komentujące poszczególne etapy twórczości umieszczone po prostu na ścianie, na pewno więc nikt ich nie przegapi, nie trzeba ich szukać.

W porównaniu z tym co pokazał Kraków, dużo ciekawsza wystawa (jeżeli chodzi o obrazy) Aleksandra (tu kolejny krótkie artykuły 1 i 2) wydawała się wyjątkowo skromna. Chcesz dowiedzieć się coś o obrazach - dopchaj się do zafoliowanych kartek, których przygotowano po 2-3 na salę... Szkoda, bo tu dopiero zachwyciłem się naprawdę. 
Ogromna frajda obserwować kolejne fazy przygotowania dzieła, szkice czy różne podejścia do tego samego tematu, ale najbardziej urzekło mnie w jego obrazach to jak cudownie operował światłem, nie bojąc się ujęć dalekich od tego co ludzie pewnie by chcieli zawieszać na ścianach.

Na wystawę twórczości Olgi Boznańskiej (artykuł :)) można powiedzieć, że załapaliśmy się prawie na ostatnią chwilę, musieliśmy więc pogodzić się z tym iż wszędzie były spore tłumy, a do obrazów trzeba było chwilami się przepychać albo cierpliwie czekać w kolejce. Cóż. Mówi się trudno.

A same obrazy? Na pewno interesujące - dla mnie szczególnie portrety z późniejszego okresu. Chwilami masz wrażenie, że to jakaś autorska wizja, eksperyment, który niewiele ma wspólnego z wyglądem zewnętrznym, że to poszukiwanie formy i próba pokazania duszy danej postaci - czasem zwracają uwagę oczy, innym razem rysy twarzy, postawa. Nie jest ważne ani tło ani detale. Dziwne to malarstwo, ale i fascynujące w pewien sposób.

No i w przypadku każdej z tych trzech postaci fascynujące życiorysy.

A potem jeszcze (i to w Warszawie jest świetne - kupujesz droższy bilet na wystawę czasową, ale masz możliwość zwiedzać wszystkie wystawy stałe) szybki wypad do galerii malarstwa polskiego. 
I aż człowiek ma ochotę spędzić tam więcej czasu... Pal licho Matejkę, Chełmońskiego, ale Wyspiański, Malczewski, czy odkryta tym razem Anna Bilińska. To jest właśnie fajne w zwiedzaniu indywidualnym. Choć doceniam opowieści i wiedzę przewodników, czasem jednak sam wolę zatrzymać się przy czymś niepozornym, może mniej docenianym, ale co właśnie dla mnie jest piękne.

Mam nadzieję, że wybaczycie mi kiepskiej jakości zdjęcia (z komórki), pewnie można by przy większej ilości czasu poszukać idealnych reprodukcji, sprawić że moglibyście zakrzyknąć: O! Znam ten obraz! Ale chyba lepiej byście wyciągnęli sobie z półki albumy, zafundowali sobie taką chwilę przyjemności bez ekranu i całej tej elektroniki. I koniecznie zaplanowali taką ucztę na żywo.  

Ludzie! Odwiedzajcie Muzea! Czemu tak mało na blogach ludzi uwielbiających czytanie, wpisów dotyczących wizyt na wystawach, rekomendacji i wskazówek co gdzie można i warto zobaczyć?

4 komentarze:

  1. Pewnie,że warto! Toć to nasza kultura, nasza historia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam chodzic na wystawy, zwlaszcza do pinakotek. W MN bylam wiele razy, zarówno w Krakowie jak i w Warszawie. W Madrycie, gdzie teraz mieszkam, trzy wielkie muzea sztuki to jedyne na prawde ciekawe miejsca w miescie. Kilka tygodni temu bylam z rodzina na swietnych warsztatach w Museo de Reina Sofía pt. Poszukiwacze Historii. Dwóch przesympatycznych przewodników zaprowadzilo nas do 5 wybranych obiektów, o których mielismy wymyslac historie pod ich kierunkiem. Wszyscy, nie tylko dzieci, swietnie sie bawilismy. Szkoda, ze nikt nie realizowal tego typu pomyslów w czasach naszego dziecinstwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ach Madryt! Ale zazdroszczę! Zbiory na pewno ciekawsze niż nasze. Sporo jednak z Polski wywieziono.
      I masz rację - kiedyś rzeczywiście w muzeach to tylko kapcie i cisza. A teraz podchodzi się inaczej.

      Usuń
  3. Nigdy nie byłam w Muzeum Narodowym, choć zdarzyło mi się mieszkać w odległości jednego przystanku tramwajowego od niego. Przez dwa lata. Taki coming out. Zdarzyło mi się za to ostatnio wejść do Fotoplastikonu. Malutkie to, ale jakże urocze.

    OdpowiedzUsuń