wtorek, 4 marca 2014

Złodziejka książek, czyli jak to przenieść na ekran?

I druga rzecz w miarę świeża i trochę wkurzająca gdy zaczynamy porównywać książkę i film. O powieści już pisałem pora na ekranizację.
Druga wojna światowa widziana oczyma młodziutkiej dziewczyny z Niemiec i opowieść przepełniona dziwnym klimatem (narratorem jest śmierć), słowami i rysunkami - jak to przenieść na ekran?
No więc od razu powiedzmy, że cholernie trudno i udało się średnio. Obojętnie więc czy już widzieliście film, czy jeszcze nie, namawiam przede wszystkim na poznanie książki! Wszystko wtedy nabiera zupełnie innych barw, klimatu, głębi i z tej wydawało by się sentymentalnej historii nastolatki, która trafia do nowej rodziny i próbuje się tam zaaklimatyzować, jej dojrzewania, odkrywania przyjaźni, obrazów wojny i życia "normalnych Niemców", wychodzimy jacyś uśmiechnięci, poruszeni, wrażliwsi. Nie da się ukryć, że film może wzruszać (oglądałem z koleżankami z pracy), ale dopiero w zestawieniu z książką odkrywa się drugie dno całej opowieści.
photo.title
Na początek jeszcze odrobina marudzenia: mieszanie angielskiego niemieckiego w dialogach razi sztucznością, przeszkadzało mi też obsadzenie w roli głównej bohaterki Sophie Nelisse, która nijak nie wygląda na 10 lat. Trudno więc nam uwierzyć w to, że nie umie pisać i czytać, bo pannica wyrośnięta trochę za bardzo. Aktorsko się nie czepiam, chodzi mi raczej o sam pomysł. Natomiast dzięki obsadzeniu Emily Watson i Geoffreya Rusha w rolach Rosy i Hansa Hubermanów, czyli przyszywanych rodziców Liesel cudownie wchodzimy w atmosferę domu, miłości, ciepła. Dzięki nim robi się z tego kino prawie familijne. 
 

Okrucieństwo wojny, wszystkie potworności jakie ze sobą niesie, są zarysowane raczej niezbyt mocno, ale podobnie jak w książce nasz stosunek (dzięki wrażliwości głównej bohaterki) do tego jest jednoznaczny. Jak każde dziecko dziwi się, zadaje pytania, czasem się boi, ale też nie ma w sobie zgody na to by być obojętnym. To chyba jest tu najważniejsze - pokazanie, że w trudnych czasach, w potrzebie, dopiero okazuje się kto ile jest wart, ile ma serca dla innych. 
Przyjaźń, życzliwość, ciepło, serdeczność... Wszystko wydaje się gdy przelewam to na klawiaturę aż nazbyt słodkie, ale przecież wcale takie nie jest. Śmierć, który jest narratorem i prowadzi nas przez tą opowieść zadbał o to byśmy wciąż mieli przed oczyma właśnie jego.
 
Trochę jakoś mało wyraźne mam wrażenie w filmie jest tego co tak urzeka w powieści: rozpalonej miłości dziewczynki do książek, do słów, do opowiadania historii. To co zostało może nie powala, ale miejmy nadzieję iż zachęci kogoś do sięgnięcia po pierwowzór.

5 komentarzy:

  1. Filmu nie widziałam, ale pamiętam jak w podstawówce byłam na "Ani z Zielonego Wzgórza" w teatrze. I w roli rudowłosej dziewczyny zobaczyłam krótko mówiąc starą kobietę. Nie wiem może miała 40-50 lat. Traumatyczne przeżycie... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Znam książkę - zachwyciła mnie. Film - nie. Oglądało się nieźle - nie powiem. ale bez fajerwerków, bez grama jakichś mocniejszych przeżyć, wzruszeń...

    OdpowiedzUsuń
  3. ja porównuję każdy film do książki, na pewno nie czytałeś Nikolasa Sparksa Noce w Rodanthe - książka bomba, film porażka, poleciłam go (film) mamie i później dzwoniła i pytała czy chodziło mi o ten gdzie konie biegały po plaży przez połowę filmu, nawet główni bohaterowie - Gere i Lane nie pomogli, ale ostatnio oglądałam Bez mojej zgody na podst. powieści Jodi Picoult i tylko mnie zachęcił do zdobycia i przeczytania książki, więc reguły chyba nie ma :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o tak tamten pamiętam i zgadzam się, że zrobiony jest dobrze. Ale jej powieści to trochę samograje - walą po emocjach

      Usuń
  4. Jakoś do tej pory nie mogłam zmusić się ani do przeczytania książki, ani do obejrzenia filmu.
    Może teraz w końcu się zdecyduję, choćby po to, żeby wyrobić sobie zdanie.

    OdpowiedzUsuń