niedziela, 3 listopada 2019

Rajmonda, czyli balet na węgierską nutę

„Rajmonda” to najłatwiejszy do odczytania balet jaki do tej pory obejrzałam w ramach transmisji z Teatru Bolszoj udostępnianych przez nazywowkinach.pl. Nie potrzeba nawet broszurki ułatwiającej śledzenie akcji; otóż francuski rycerz (Artemij Bieliakow) zaręczony z węgierską arystokratką wyrusza na krucjatę. Ona (Rajmonda – Olga Smirnowa) tęskni i śni o nim, jednak we śnie miejsce ukochanego zajmuje zjawa o wyglądzie saraceńskiego rycerza. Jakież jej zdziwienie, kiedy niebawem, w dniu swoich urodzin zjawa pojawi się jako postać rzeczywista i zapragnie ją zdobyć. A kiedy Rajmonda odmówi, będzie usiłował ją porwać. W porę jednak powróci ukochany narzeczony, zabije rywala i poślubi ukochaną.


Mistrzowie tańca klasycznego nie zawodzą nigdy. Nawet drobne niedoskonałości potrafią skrzętnie ukryć, ale – dla mnie - są mistrzami w scenach zbiorowych. To, że soliści wykonują partie solowe z lekkością piórka i jakby od niechcenia – do tego już zdążyłam się przyzwyczaić, to, że kiedy tancerka wskakuje partnerowi na ramię lub w ramiona, a on ani drgnie – też. Olga Smirnowa jest jak zwykle niezawodna, natomiast z tancerzy zdecydowanie bardziej podobał mi się saraceńczyk (Igor Ćwirko) – jako nieokiełznany „dzikus”, był bardziej dynamiczny niż zbyt „wydelikacony” Artemij Bieliakow jako rycerz francuski. Ale obaj prezentują rzemiosło doprowadzone do perfekcji.


Natomiast mnie Teatr Bolszoj niezmiennie zachwyca scenami zbiorowymi, bo jeśli ponad dwadzieścia tancerek tańczy jeden taniec i każda ręka jest na tym samym poziomie, a każdy wyrzut nogi zatrzymuje się w jednakowym zgięciu – to jest wyjątkowo trudne do osiągnięcia. Po chwili wchodzi kolejna grupa tancerek i efekt jest taki sam jak w pierwszej grupie. Jak do tego dochodzi można podejrzeć w przerwach spektaklu, kiedy kamera prowadzi nas na salę prób… setki powtórzeń, poprawek by osiągnąć efekt finalny, czyli – rewelacyjny. Wspominam o tym dlatego, że niedawno oglądałam operę Manon z Met.Opery i występował tam balet… oj, jak daleko mu było do tancerek z Teatru Bolszoj. A już scena snu Rajmondy w ogrodzie, kiedy pojawia się zjawa Saraceńczyka! – mistrzostwo świata. Widzę pagórek, który w następnej chwili ożywa i wygląda jak ruchome kamienie, aby po kolejnej chwili stworzyć coś na kształt falującego kielicha kwiatowego, to proszę mi wierzyć, jest to efekt WOW! Można jedynie w pas się ukłonić twórcy choreografii Jurijowi Grigorowiczowi (na podstawie choreografii M. Petipy i A. Gorskiego). Z drugiej strony - jak musi być wyćwiczone ciało członka ekipy Teatru Bolszoj kiedy potrafi z pozycji „w kucki” skakać kilkakrotnie do góry bez prostowania nóg! Coś niebywałego!


Muzykę do baletu „Rajmonda” stworzył Aleksander Głazunow. Jest bardzo zróżnicowana. Słychać w niej i kastaniety i muzykę rodem z Węgier (czardasze). Mamy delikatne brzmienia rodem z romantycznych snów, jak również mocne akcenty zaborczego Araba (a może Maura).


Ten balet jest wystawiany bardzo rzadko, bo stawia przed tancerzami bardzo wysokie wymagania i nie każdy jest w stanie temu sprostać. Dlatego z uporem maniaka będę powtarzać, że Bolszoj to najwyższa jakość i mistrzostwo techniczne. Grzechem jest nie skorzystać z możliwości ich obejrzenia, bo potrafią stworzyć tańcem piękne widowisko, przenieść nas w krainę marzeń, ukoić muzyką.


Niezmiennie zachęcam do obejrzenia.


MaGa

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza