sobota, 16 listopada 2019

Happy now?, czyli co to jest szczeście?

Autorka Lucinda Coxon napisała utwór dramatyczny, niekoniecznie odkrywczy w treści ani nowatorski, może jedynie z aspiracjami, aby przedstawić pierwsze pokolenie 30-40-latków XXI w. , ludzi z nosami w telefonach, poradników wszelkiej maści i „Seksu w wielkim mieście” będących w wiecznej pogoni za szczęściem. Utwór o ludziach, takich co to już coś osiągnęli w życiu, mają – całkiem przyzwoitą – stabilizację, dobrą pracę, podchowane dzieci. I są nieszczęśliwi, wiecznie zawieszeni między realiami życia codziennego i marzeniami, którym się wydaje, że u sąsiada trawa zawsze bardziej zielona.

Ten utwór reżyser Adam Sejnuk obsadził świetnymi aktorami, zaakcentował po swojemu i wyszła całkiem dobra, inteligentna sztuka o relacjach damsko-męskich, o dążeniu do szczęścia we współczesnym świecie. A wszystko to zaprawione ironią i sarkazmem.


Happy now?



 

Na to pytanie miały odpowiedzieć na scenie dwie pary małżeńskie: Kitty (Maria Seweryn) i John (Bartłomiej Tołpa) oraz Bea (Katarzyna Kwiatkowska) i Miles (Bartosz Opania), ale można je również zadać osobom w ich orbitach: matce Kitty (Małgorzata Rożniatowska), obleśnemu podrywaczowi (Adam Sajnuk) i przyjacielowi gejowi (Rafał Mohr). Jacy oni są? Na pozór wszystko jest ok. Pracują, realizują się, odchowują dzieci, spotykają się ze sobą, odwiedzają wzajemnie, opowiadają o swoich osiągnięciach i wydają się być szczęśliwi. Ale czy tak jest? Gdzieś w tych opowieściach o tym jak dobrze sobie radzą, jacy są zaradni, mądrzy, jak pięknie się realizują, pod powierzchni burzy się gorąca lawa tłumionej złości, niewypowiedzianych żalów, znużenie monotonią szarej codzienności. Ze sceny na scenę opada maska z każdego z nich i odsłania się gra pozorów, w którą grają wszyscy. Bywają małostkowi, często zakłamani, momentami nas złoszczą, momentami – wzruszają. Usiłują bezproblemowo łączyć ze sobą strefę zawodową z rodzinną (co jest nierealne), często balansując na cienkiej linie i jeszcze w tym wszystkim próbują być wolni, niezależni i… szczęśliwi.



Przewrotne pytanie tytułowe dotyczy każdego bohatera. Dokonałeś jakiegoś przełomu w swoim życiu, pozbyłeś się jakiegoś ciernia, który cię ranił, miałaś na coś ochotę, ale się powstrzymałaś, poszedłeś za głosem serca, powieliłaś czyjąś ścieżkę życiową… czy teraz jesteś szczęśliwa/szczęśliwy? Co tak naprawdę sprawia, że jesteśmy szczęśliwi? A może szczęście to utopia? Może nie ma krainy wiecznej szczęśliwości, może doświadczanie radości kryje się w stwierdzeniu (Skaldowie), że: „nie o to chodzi by złapać króliczka, ale by gonić go”? Mówią też, że szczęście mieszka w każdym z nas, tylko jak go tam odnaleźć? Dlaczego błądzimy wiecznie w labiryncie uczuć, które nie prowadzą nas do radości?


Sztuka nie daje jednoznacznych odpowiedzi, bo takich nie ma. Natomiast stawia nam pytania i zmusza do refleksji. A takie sztuki uwielbiam. Błyskotliwe dialogi, cudowna gra aktorów. Wszystkich bez wyjątku. Trudno się dziwić – w takiej obsadzie!


I jeszcze jedno, bardzo mi się podobała scenografia Katarzyny Adamczyk, prosta, minimalistyczna i bardzo elegancka.


To był bardzo udany wieczór. Dziękuję.


Polecam.


MaGa


Fot. ze strony teatru Polonia, autor: Luka Łukasiak

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza