środa, 13 listopada 2019

Kult, czyli bez publiki by nie istnieli

Oficjalna premiera zdaje się, że 20 listopada, w najbliższą sobotę niezawodne kino Atlantic robi pokaz przedpremierowy, a ja po seansie zastanawiam się kiedy iść drugi raz. Z góry jednak uprzedzam, że nie jestem obiektywny, bo Kultu słucham prawie od początku, czyli gdzieś tam od połowy lat 80. Każdy ich koncert jest dla mnie ogromną frajdą i chyba jako jedni z nielicznych potrafią sprawić, że mam ochotę rzucić się w kocioł pod sceną. Ten film dla mnie i dla fanów jest więc dużą przyjemnością, choć nie ukrywam, że pewnie również trochę i rozczarowaniem. Chciałoby się bowiem więcej! Więcej muzyki, więcej trochę bardziej poważnych tekstów, pociągnięcia za język... Dostajemy rzadką okazję zajrzenia za kulisy, przyglądania się muzykom w chwilach prywatnych, nie wszystko jednak jest równie interesujące i aż zdziwiony jestem, że w montażu nikt nie zadbał o usunięcie dłużyzn i rzeczy mało istotnych. 

Film zawiera sporo nigdzie nie publikowanych zdjęć, podobno nagrywanie trwało około 6 lat, choć ja miałem wrażenie, że większość z nich była nagrana w ramach "pomarańczowej trasy", spora część w Warszawie (Stodoła). Muzycy opowiadają jak organizują sobie podróże, noclegi (kto z kim), próby, wygłupiają się. Można z ich różnych komentarzy oczywiście trochę wyciągnąć informacji, choć nie spodziewajcie się wiele - ani o nagrywaniu jakichś płyt, konkretnych numerów, ani o perturbacjach ze składem, ani o historii... Mówią o sobie. O tym jak to jest gdy prawie 40 lat jest się na scenie, jak stara gwardia dogaduje się z młodymi, jak to oni biorą ciężar skakania po scenie, o przygotowywaniu koncertów na 3 godziny, o tym jak są podejmowane decyzje. Trochę tego jest, choć żal, że nie więcej, bo przecież tyle tematów można by pociągnąć, choćby te ich coroczne trasy "pomarańczowe", gdzie bilety sprzedają się błyskawicznie, o podejście zespołu do innych projektów Kazika, o tym jak powstawały konkretne numery...
To co najciekawsze trochę z tego filmu trzeba sobie "wycisnąć" niczym sok z cytryny. Olga Bieniek sprawiła, że widz może poczuć się trochę jako dodatkowy członek zespołu, którego na moment dopuszczono do prywatności, ale zabrakło mi w tym jakiegoś jej pomysłu na całość tej opowieści o zespole, co byłoby jakąś klamrą, czy komentarzem. Film ma więc swoje dobre i niestety również słabsze momenty. Chwilami ma się wrażenie, że więcej tam Didiego, czyli fana Kultu, który stał się bardzo bliski zespołowi, niż samej kapeli, a ich opowieści są dość hermetyczne, bo wspominane półsłówkami. Tak jakby jeździła z muzykami kamera, zaglądała do mieszkań, jakby mówili do niej co chcieli, ale nikt zza niej nie zadał nigdy żadnego pytania, nie było rozmowy. Obraz jaki widzimy pokazuje ich więc nie tyle jako gwiazdy (bo też nie chcą tak siebie postrzegać), ale jako zwyczajnych ludzi, których połączyło robienie czegoś razem. Wydawało się, że może nie na długo, ale ze względu na to jak reagują na nich ludzie, wciąż grają i nowe i te numery sprzed lat. I nie czuć w nich z tego powodu zażenowania, a frajdę sprawiania fanom radości. Może dlatego tak są kochani.

Mimo pewnego rozczarowania, dla muzyki, dla tych ciarek gdy ogląda się zdjęcia z Woodstocku, gdy widzisz np. sceny gdy Kazik myli się ze wzruszenia, warto zobaczyć w kinie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza