wtorek, 19 listopada 2019

Gdyby ulica Beale umiała mówić, czyli miłość wszystko przetrzyma

Coraz mniej czasu na pisanie notek, ale nie chcę porzucać rytmu, więc choć parę zdań. Choć pewnie o tym filmie wyjdzie pewnie więcej niż kilka.
Młodzi ludzie, zakochani, planujący przyszłość i nagle jakaś dziwna sytuacja, pomyłkowe oskarżenie o gwałt i rozdzielają ich kraty. Nie dość, że w drodze dziecko, to trzeba próbować ratować ukochanego, bo ewidentnie prokurator nie chce słuchać o innym sprawcy... Wymiar sprawiedliwości złapał już winnego i jest usatysfakcjonowany, bo jednego "czarnucha" mniej na ulicy. Z tej historii niejeden reżyser by wycisnął masę łez, dramat pełną gębą, jeszcze z głośnym oskarżeniem o niesprawiedliwość i prześladowanie na tle rasowym. Barry Jenkins (to ten od cholernie ciekawego Moonlight o którym kiedyś pisałem) pragnie opowiedzieć to po swojemu. I dlatego ten film jest tak wyjątkowy, przeplata poetyckość z realizmem.

Jenkinsa bardziej bowiem interesuje niewinność młodych, ich nadzieje na przyszłość, niż to że są obywatelami drugiej kategorii. Zawsze będą traktowani podejrzliwie, zarabiali mniej, może będą mieli trudność z wynajęciem mieszkania, ale ich uczucie jest tak gorące, tak piękne, że wierzą w to, że wszystko się ułoży, mogą być razem choćby w nędzy. Poradzą sobie, bo będą razem.
I nawet gdy już wiemy, że są rozdzieleni, widzimy jak trudna walka ich czeka, wciąż wracają te sceny gdy razem spacerowali przez miasto, snuli swoje plany. To one dają im siłę, by wytrwać, by znieść wszystko to co ich trudnego spotyka, nawet jeśli to odrzucenie przez własną teściową.

Wzruszające, zmysłowe. I mimo wszystko mocne w swoim przekazie o równość traktowania, choć nikt nie doszuka się w tym grama agitacji. Ich miłość jest dla nich tak ważna, że nie ma w nich nienawiści wobec tych, którzy ich rozdzielają...
Ładne zdjęcia, piękna muzyka to coś co zapamiętam z ekranu.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza