poniedziałek, 30 września 2019

W 100-lecie niepodległości, czyli Legiony i Piłsudski

Kasą sypnęło państwo i zamiast jednego mamy aż dwa filmy w rocznicę 100 lecia niepodległości, szkoda jedynie że poza korzyścią dla szkół, które będą mogły zabrać uczniów do kina, korzyść z nich niewielka.
Na pewno trzeba przyznać: potrafimy już robić zwiastuny. Ta muzyka, ten montaż, to tempo... A potem w  kinie siedzisz i nie możesz się nadziwić, że po raz kolejny dałeś się nabrać. I na tym właściwie mógłbym notkę skończyć, ale niech tam, napiszę choć parę zdań.


photo.titlepilsudski film

Piłsudski. Życiorys taki, że na niejeden film byłby materiał. Twórcy jednak nie robią produkcji o mężu stanu, ojcu narodu, czy zamordyście, postanowili pokazać nam to wszystko co doprowadziło go do miana przywódcy. A więc generalnie jedziemy tramwajem o nazwie socjalizm (aż do przystanku niepodległość), romansujemy, spiskujemy, napadamy na pociągi i staramy się zbudować wokół siebie armię posłusznych, podobnie myślących ludzi. Taki obraz człowieka z charyzmą, odważnego i upartego. Potrafi udawać chorego psychicznie, ukrywać się gdy trzeba i walczyć nawet gdy inni wcale tego nie chcą. I taki wizerunek może i by zaciekawiał, gdyby popracować nad scenariuszem i nadać filmowi trochę tempa. Borys Szyc gra nieźle, przykuwa uwagę, ale reszta prawie nie istnieje, snują się wokół niego, ale nie zawsze wiemy po co. Twórcy postanowili nic nie wyjaśniać, nic nie komentować, różne etapy życia i działania przyszłego marszałka nie zawsze się nam kleją w całość. Z tego wszystkiego najbardziej czytelny jest wątek romansu, mimo że żona rozwodu dać nie chce. A z ciekawostek: protesty robotnicze zakończone mordowaniem ludzi przez carskich żołnierzy, pokazane zostały jako zaplanowana prowokacja Piłsudskiego, który chciał zdobyć pretekst do bardziej ostrych metod walki (czyli podkładania bomb i zamachów). Ziuk jest strategiem, który ma wizję, dąży do niepodległości i choć wydaje się wierzyć we wszystkie ideały socjalizmu, to służyć mają one zjednoczeniu narodu wokół sprawy i walki z wrogiem, a nie rewolucji.

To film dość zachowawczy, brakuje mu rozmachu i pasji (no i pewnie kasy na efekty zabrakło). Ot, kolejna nijaka wygładzona biografia filmowa. Ale wiecie co? Dla Szyca nawet warto. A przynajmniej jeżeli macie wybierać jeden z tych obrazów, to stawiam właśnie na ten pierwszy.


"Legiony" bowiem (mimo kilku scen bitewnych, w których od biedy można zobaczyć trochę realizmu), są filmem jeszcze bardziej nudnym i nijakim. To bardziej melodramat z historią w tle niż to co nam obiecywano, czyli epicka historia o ludziach, którzy wywalczyli niepodległość.

Józek (Sebastian Fabijański) to dezerter z armii rosyjskiej, który uratowany przez Polaków przyłącza się do nich, choć nie wierzy w powodzenie walki. On chce jedynie przeżyć. Zmienia go uczucie do Aleksandry (Wiktoria Wolańska) - charyzmatycznej dziewczyny, która należy do oddziału oraz doświadczenie bezsensownego okrucieństwa ze strony przeciwnika. To taki typ straceńca, który niejedno wytrzyma, choć nie bardzo sam wie po co, ale upór, determinacja i odwaga są jedynie wzmacniane przez trudności. No i musi przecież udowodnić swoją męskość Aleksandrze, prawda? Ona kocha Tadeusza (Bartosz Gelner), ale przecież na wojnie łatwo zginąć, więc warto trzymać się blisko, by ewentualnie wskoczyć na miejsce rywala... Trójkąt miłosny wyjątkowo żałosny i niestety z każdą sceną tracimy nawet ciekawość tego co dalej, a postać Aleksandry robi się coraz bardziej rozlazła.

Zabawnie ogląda się te filmy tuż po sobie, bo niektóre sceny (a nawet lokacje) są identyczne - takich idiotyzmów to nawet w filmach o Dywizjonie 303 nie było. Historia jest długa, wlecze się niemiłosiernie, bo przecież trzeba pokazać i cierpienie Polaków, okrucieństwo Rosjan, dumę i odwagę, która pozwala wygrywać naszym mimo słabszych sił (ale bądźmy precyzyjni, przez ostatnią linię oporu przedarło się sześciu ułanów, a nie dwóch). Oprócz romansu, niewoli, ucieczki, mamy oczywiście to na co wszyscy czekają, czyli walkę. Cóż... Zdjęcia niezłe, ale mało tego i niestety reżyserowi zabrakło pomysłów i wizji, wciąż powtarza te same ujęcia, a my im dłużej się im przyglądamy tym bardziej wydają się idiotyczne (obsada artylerii uciekająca przed trzema ułanami, konie, które przeskakując nad okopami robią większe spustoszenie niż szable żołnierzy)... Szkoda gadać. Bitwy są dwie, a druga tak naprawdę po to, by pokazać heroizm bohatera, bo nie widać na ekranie by cokolwiek ona znaczyła dla legionów. Nawet dzieci ze szkoły chyba mądrzejsze z kina nie wyjdą, bo nie będą wiedziały co to za wojsko, kto im wydawał rozkazy (bo po co mówić że Austriacy)... Kto by pomyślał, że w kategorii kina historycznego będę wracał myślami z sentymentem i tęsknotą do przeciętnej i pompatycznej "Bitwy warszawskiej". To nawet pompy nie ma. No chyba że muzyka - w tym jesteśmy nieźli.
Szkoda. Szczególnie żal, gdy patrzy się na napisy końcowe i zdjęcia prawdziwych bohaterów tych obu historii. Ludzi z krwi i kości, odważnych i ryzykujących życie dla sprawy. Kochających i kochanych. Rozumiem, że obie produkcje miały to właśnie pokazać. Moim zdaniem niestety to się nie udało, te wszystkie emocje, dialogi, motywacje, wydają się sztuczne i mało prawdziwe.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza