poniedziałek, 16 września 2019

Parasite, czyli nawet pachną inaczej

W kinach w Polsce zdaje się, że już Piłsudski, zaraz pewnie Legiony i generalnie zaganianie wycieczek szkolnych na seanse. A ja namawiam Was póki co do polowania na coś innego. Bong Joon-ho zachwycił w Cannes i to jedna z produkcji, która może zachwycić zarówno krytyków jak i przeciętnego zjadacza chleba. Bo poza analizami i rozbieraniem filmu na części pierwsze, zachwyt jak pomieszane są tu zgrabnie gatunki, można się tym filmem po prostu bawić. Dać się poprowadzić tej dość szalonej historii i zobaczyć jaki będzie jej koniec... A będzie się działo. To mogę Wam zagwarantować.

Wyobraźcie sobie rodzinę, która mieszka w jakiejś suterynie w bardzo skromnych warunkach, pod jej oknami regularnie odbywa się sikanie klientów knajp, żeby złapać wifi od sąsiadów muszą stawać na klozecie w łazience, łapią wszelkie prace jakie się tylko da, ale na poprawę ich losu większych szans nie widać. Trudno jednak zarzucić im brak motywacji. Gdy trzeba, zrobią wszystko, żeby pracę zdobyć, utrzymać. Nie tam, żeby jakoś się przepracowywać, ale marzenie o zbliżeniu się do lepszych warunków życia mocno ich napędza.
Ta historia jest po prostu kapitalnie zbudowana, budzi zarówno grozę, jak i autentycznie bawi. Gdy już wszystko zaczyna się układać, można spodziewać się kolejnego szybkiego zwrotu akcji. Ale przecież nie chodzi jedynie o sam czarny humor, trzymanie w napięciu, groteskę - ten film mocno uświadamia niezaprzeczalny fakt rozjeżdżania się pomiędzy warstwami społecznymi. Bogaci mają coraz więcej, biedni coraz mocniej skazani są na wegetację przez kolejne pokolenia, bo nie mogą zaproponować nic swoim dzieciom. Przecież to prawda nie tylko o Korei.
Rzadko ma się do czynienia z kinem rozrywkowym, a jednocześnie tak świeżym, pomysłowym i z jakąś głębszą treścią. Parasite moim zdaniem taki właśnie jest.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza