czwartek, 3 grudnia 2015

Korolian, czyli nie pozwolę na to, by motłoch o mnie decydował

Moja przygoda z Szekspirem trwa w najlepsze. No naprawdę chyba aż wrócę do lektury, bo w tekście na scenie odnajduję coraz więcej ciekawych fragmentów, w dodatku wciąż aktualnych. Niezależnie czy twórcy próbują widza osadzić mocniej w kontekście historycznym, czy też wprost nawiązują do współczesności, tak czy inaczej tych odniesień można znaleźć całkiem sporo. Korolian - chyba jeden z mniej znanych dramatów Szekspira jest tego najlepszym dowodem.
Sztuka nagrywana w Royal National Theatre (ale na mniejszej scenie) krąży po Polsce już od ponad roku, ciesząc się wciąż niesłabnącą popularnością. Udało mi się upolować  ją w kinie Atlantic na pokazach organizowanych we współpracy z samorządem studenckim UW. Zaglądajcie na stronę kina, bo już niedługo kolejne propozycje.  W przyszłym tygodniu idę tam na Jane Eyre.

Podobnie jak w przypadku Hamleta, o którym pisałem kilka dni temu - sporo ludzi przyjdzie głównie ze względu na aktora grającego głównego bohatera - w tym przypadku jest to Tom Hiddleston (czy tylko mi przypomina trochę naszego Szyca?), ale miejmy nadzieję, że nawet oni rozsmakują się trochę tym co zobaczą w teatrze.


Trudno bowiem odmówić reżyserującej spektakl Sosie Rourke, aby był klasycznym przykładem podejścia do tekstu. Kameralna scena, surowość w scenografii (wręcz minimalizm) i mieszanie epok w strojach. Tu wszystko może być umowne, jedynie zasygnalizowane, niby zbroja skórzana może łączyć się z dżinsami, a ktoś w normalnej współczesnej kreacji stanie obok kogoś kto swoim strojem nawiązuje jednak do epoki. Liczy się tekst i interakcja między postaciami - reszta pozostaje kwestią naszej wyobraźni. Chwilami mi to trochę przeszkadzało, wolałbym chyba jednoznaczne osadzenie w czasach rzymskich lub we współczesności, ale trzeba przyznać, że było to dość oryginalne i ciekawe.

Opowieść rozgrywa się w Rzymie. Wielki generał Kajus Marcjusz, który za pokonanie armii Wolsków i miasta Koriole, otrzymuje swój nowy przydomek, jest wysławiany za swą odwagę i rozsądek, ma dostać tytuł konsula. Tyle, że w mieście nie wszystkim się to podoba. Przy wcześniejszych rozruchach spowodowanych głodem, senat wbrew radom generała, dopuścił do tego, by lud był reprezentowany przez swoich trybunów. Teraz oni podburzają lud, oskarżając bohatera nie tylko o butę, pogardzanie biednymi, ale i zapędy do tyranii. Narastający konflikt to zderzenie dumy i cynizmu, odwagi zarówno w mowie jak i walce z otwartą przyłbicą oraz zakulisowych intryg, plotek i kłamstw. Gdy wreszcie Korolian zostaje wygnany z miasta, triumf jego przeciwników nie będzie trwał długo. Miasto jeszcze pożałuje tego, że ustąpiło przed tłuszczą i krzykami głupców.
Dramat prostego żołnierza, szczerego i niezdolnego do udawania, dramat zatracania się w zemście, ale to co dla mnie chyba najciekawsze to właśnie pokazanie triumfu tchórzy i głupców. Oto oblicze demokracji, gdy mądry jest w mniejszości. Oto oblicze sławy, która przecież jest tylko chwilowa i zazdrość może spowodować jeszcze szybsze ściągnięcie z piedestału niż chwilowa radość z tego, że nań się zostało podniesionym. Smutne i tragiczne.
Role trybunów i ich manipulacje ludźmi były dla mnie najbardziej irytujące, ale i zarazem przykuwające uwagę.

Tom Hiddleston poradził sobie ze swoją rolą naprawdę dobrze - balansuje między wściekłością, żalem, dumą i rozgoryczeniem. Jest pełen pasji, a gdy trzeba jego wzruszenie, ból wywołują aż ciarki na plecach. Pozostałe postacie grają dużo bardziej "na chłodno", ale też nie przeszkadzało mi to na tyle, żeby wybić mnie z akcji sztuki, aby drażniło. Znajomych twarzy nie dostrzegłem - może poza Brigitte Hjort Sorensen, grającą tu żonę Koroliana, a którą kojarzę z telewizji. Pełną obsadę, foty i informacje znajdziecie  Tutaj

Ciekawe, że na tak małej scenie udało się opowiedzieć historię, w której są przecież i sceny bitwy, zamieszek na ulicach i tyle różnych lokalizacji - rozwiązanie by sadzać postacie na krzesłach, jakby w tle, skąd mogli w każdej chwili włączyć się w akcję, zmieniając jej kontekst, miejsce, czas, sprawdził się dobrze, choć przyznam na początku trochę dziwił. Generalnie - na pewno ciekawe. Surowość w inscenizacji nie odbiera siły tej sztuce, a może nawet jej dodaje. Ponad trzy godziny, ale warte skupienia i oglądania. 
  

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza