piątek, 19 czerwca 2026

Tajne godziny - Mick Herron, czyli agenci i biurokraci

Cykl Kulawe konie Micka Herrona od pierwszego tomu bardzo przypadł mi do gustu, a serial z genialną rolą Oldmana jeszcze zwiększył mój entuzjazm. Oczywiście autor ma swój styl, poza akcją funduje czasem takie opisy, że nie każdemu to podejdzie, ale klimat tych powieści jest niepowtarzalny. Wyobraźcie sobie grupę ludzi sfrustrowanych jakimiś porażkami i skazanych na nudną, nic nie wnoszącą pracę, agentów którzy zostali zesłani na boczny tor, do biura którym zarządza w sposób kompletnie psychopatyczny gość budzący totalną niechęć i pogardę. Tyle że gość ma lata doświadczeń w pracy w terenie i intuicję, której mogą pozazdrościć mu wszyscy w służbach. I nawet z największych tarapatów potrafi jakoś wybrnąć, rozwiązać sprawę i jeszcze obronić swoich ludzi. Bo choć nimi pomiata, szanuje ich jak dotąd nikt tego nie robił.  
 
Ale, ale, miało być o najnowszym tomie cyklu, a ten trochę odbiega od całości. Można by go nazwać takim spin-offem, sięga bowiem mocno w przeszłość i pokazuje nam Jacksona Lamba w czasach jego służby w Berlinie, choć akcja dzieje się współcześnie i dotyczy rozgrywek na szczytach władzy. Po raz kolejny politycy mieszają w finansach i w nominacjach, mając nadzieję że komuś utrą nosa, jednocześnie wzmacniając swoją pozycję, a za nic mając bezpieczeństwo kraju. 

Trudno bowiem traktować inaczej różne próby kontrolowania służb specjalnych, prywatyzowania pewnych sfer ich działalności, bo to za każdym razem niesie ze sobą nie tylko ryzyko wycieku danych, konieczność tłumaczenia się ludziom, którzy nie rozumieją specyfiki pracy, ale i osłabienia możliwości bieżącej pracy operacyjnej. Trudno tu czasem tłumaczyć się z każdego wydanego funta, z każdej decyzji jeżeli potem okazała się strzałem na ślepo albo z braku podpisu gdy decyzje trzeba było podejmować natychmiastowo. Trochę wokół takich spraw krąży fabuła Tajnych godzin. 
 

Przez długi czas trudno nam połączyć różne wątki, bo choć początek jest emocjonujący, potem na długo grzęźniemy w papierach, poznajemy nowe postacie i dopiero przesłuchanie przed komisją i cofnięcie się do przeszłości pozwala na połapanie się we wszystkim. To trochę inna książka od poprzednich, nie tylko dlatego że nie ma ani ekipy Kulawych Koni, Lamb pojawia się tyle że jakby w tle. Po prostu brakuje w niej też trochę szybszej akcji, napięcia, które pojawia się jedynie na początku - potem to raczej labirynt domysłów na temat tego kto na kogo ma teczkę, kto kogo podejrzewa i czy to udowodni. Zdrada, ukryci agenci, dawne zbrodnie i nowe interesy. Najwyraźniej są ludzie, którzy uważają że wszystko ujdzie im na sucho o ile mają znajomości i kasę.  

No tak, niby mniej akcji, mniej czarnego humoru, ale fragmentami czujemy że to mogło wyjść jedynie spod ręki faceta, który wymyślił Kulawe konie. Plastyczność tych opisów, scen, wchodzenie w głowę kolejnym postaciom, próby rozkminiania w jakim kierunku podążamy - to się naprawdę kocha!

Mimo różnic, to nie jest zła powieść. Po prostu trochę inna. Może nawet miłośnicy powieści szpiegowskich w klasycznym stylu np. le Carre, będą bardziej zadowoleni.    

Polecam nie tylko ten tom, ale przede wszystkim cały cykl! A potem serial.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz